Kronika
Otwarcie 53 sezonu kolarskiego

28.04.2019

Za nami już kilka ciekawych rowerowych wypraw poprzedzających otwarcie, a wszystkim towarzyszyła piękna i słoneczna aura. Otwarcie sezonu celowo robimy pod koniec kwietnia, aby dać czas pogodzie na ustabilizowanie swoich wybryków. Jednak w ten niedzielny poranek nawet pies miałby opory aby wyjść na codzienny spacer, było bowiem zimno, deszczowo i pochmurno. Mamrocząc pod nosem ondraszkowe zaklęcie „że choćby żabami prało…” jadę na rowerze na miejsce zbiórki na cieszyński rynek od razu testując przeciwdeszczowe wdzianko.

Płyta rynku cała zabudowana budkami z jakimś jarmarcznym rękodziełem. Ondraszki, w nadspodziewanie licznej bo ok. 20-osobowej gromadce zebrały się tym razem pod laubami. Prowadzący A. Nowak - „Skryba” po ogarnięciu spraw organizacyjnych wyjaśnił, że tegoroczne otwarcie zaplanował w leczniczych jodowo-bromowych oparach dębowieckiej tężni. Uradowani tym ruszyliśmy od razu w drogę wiedząc, że przynajmniej się nie przeziębimy. Dzięki obecności reportera portalu ox.pl ten moment trafił również do Internetu.

Od ronda przy węźle przesiadkowym skorzystaliśmy z symbolicznego kawałka ścieżki rowerowej, następnie przenieśliśmy rowery w rękach przez nasyp kolejowy oraz tory i pojechaliśmy dalej obiecując sobie opisać tą nieszczęsną ścieżkę w piśmie do burmistrza miasta. Dalej już bez przeszkód, oczywiście nie licząc deszczu, wyjechaliśmy na Pikiety i przez Zamarski oraz Kostkowice dotarliśmy do Dębowca. W połowie drogi na Podlesie oczekiwał nas pan Bronisław Brudny, wiceprzewodniczący miejscowej Rady Gminy. I nie przypadkiem tutaj się spotkaliśmy albowiem było dobrze stąd widać pompę „konika”, która z trzewi ziemi wydobywała słynną solankę jodowo-bromową o rewelacyjnym składzie. Z opowieści wynikało, że historia rozpoczęła się w 1908r. przy czym nie szukano solanki lecz węgla, a dowiercono się przypadkiem do złóż gazu ziemnego. Zakończyło się to rok później spektakularną eksplozją, która rozniosła szyb po całej wiosce. Szczęściem nikt wtedy nie zginął, natomiast wraz z gazem zaczęły wylatywać w powietrze zamrożone kule solanki. Tym sposobem Dębowiec wzbogacił się o darmowe źródło ogrzewania (obecnie już na wyczerpaniu) oraz solankę, której wydobyciem i przetwarzaniem zajął się specjalnie utworzony, do dziś funkcjonujący zakład pracy.

Następnie podjechaliśmy pod zabudowania tężni. Tutaj się dowiedzieliśmy, że mały pomniczek przy drodze upamiętnia równie ważne wydarzenie z historii Dębowca tj. pierwszy zrzut „cichociemnych” z 1941r. Trzej skoczkowie wylądowali tutaj przez pomyłkę nawigatora samolotu, bo oczekiwali ich na polach... ale koło Włoszczowej. Po wielu przygodach, kontynuując swoją misję szczęśliwie trafili docelowo do Warszawy. Tym sposobem mała podgórska wioska trafiła do historii II Wojny Światowej.

I my dołożylismy coś, z czego Dębowiec może być dumny, czyli ondraszkowe chrzciny. Zaszczytu tego dostąpili dwaj „poganie” Łukasz Krawczyk i Mariusz Bubik, którzy przeszli pozytywnie ostatnią próbę i złożyli uroczyste przyrzeczenie otrzymując imiona „Śmieszek” i „Milczek”. Wiwatom nie przeszkodził nawet deszcz, który wcale nie zamierzał przestać cedzić.

Po tym przenieśliśmy się pod daszek miejscowej restauracji Solanka, gdzie została przygotowana biesiada. Podziękowaliśmy przewodnikowi za ciekawe opowieści odwdzięczając się pamiątką w postaci naszego śpiewnika oraz monografii klubu z wpisaną dedykacją. Uczestnicy z kolei otrzymali breloki z logo klubu opracowane i wykonane z inicjatywy „Paparazziego” - P. Hamery.

Po wchłonięciu porcji grilowanej kiełbaski oraz wymianie informacji o nadchodzących wyprawach zaczęliśmy się rozjeżdżać do domów. Aż nagle „Szykowno” - B. Szarzec, już z drogi zaalarmowała telefonicznie: Józek jedzie! Oto nasz podziwu godny „Niezłomny” wybrał się samotnie w tą paskudną pogodę aby powitać świętować otwarcie kolejnego sezonu. Droga powrotna była już mniej skomplikowana, bowiem pojawił się również samochodem nasz „Majster Blaszka” - J. Pilch, więc wpakowaliśmy go do samochodu wraz z rowerem.

Tak więc spokojnie mogliśmy zakończyć tą deszczową, ale jednak udaną wyprawę. Przejechałem 33 km.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria