Kronika imprez z 2017 roku
Spis treści
Noworoczne spotkanie rowerowe

01.01.2017

Nowy Rok 2017 - dzień jak co roku o tej porze - po zabawach, prywatkach, a czasem spokojnym wieczorze spędzonym w domowym zaciszu. A jednak trochę inny. Dzień, który rozpoczyna drugie półwiecze istnienia Naszego klubu. Jak co roku, już od ośmiu lat, w samo południe na cieszyńskim Rynku spotkało się grono zapaleńców, którzy zamierzali Nowy Rok uczcić wycieczką rowerową. W tym roku była nas dwunastoosobowa ekipa rowerowa oraz pieszo - Beata. W bezśnieżnej scenerii Nowego Roku zrobiliśmy sobie kilka pamiątkowych fotek, a potem, wzbudzając uzasadnione zainteresowanie mijanych ludzi, ruszyliśmy w kierunku ulicy Majowej, do domu Lincerów, od których dostaliśmy zaproszenie. Gospodarze przywitali nas jak zawsze bardzo gorąco. Złożyliśmy im życzenia noworoczne, a następnie wznieśliśmy toast szampanem. Przy pysznych ciasteczkach i innych słodkościach czas szybko upływał. Trzeba było się pożegnać, chociaż nie na długo.

Następnym punktem programu było pieczenie kiełbasek na ognisku. W tym celu musieliśmy powrócić do Cieszyna, na ulicę Jana Łyska. Z daleka można było zauważyć dym z ogniska, gdyż Piotr, który przyjechał wcześniej z Marylą, nie czekał na nas, tylko już przygotował ognisko. Zyskaliśmy przez to trochę czasu. Przystąpiliśmy więc do pieczenia kiełbasek, tym bardziej, że pomimo świecącego słońca, było jednak dosyć zimno. W międzyczasie dotarli do nas Józek z mamą, Beata na rowerze oraz córka Małgosi i Kazika Holiszów z mężem i dzieckiem.

Po zjedzeniu kiełbasek i wymianie najświeższych wieści, powoli zaczęliśmy zbierać się do domów, tym bardziej, że słońca już nie było widać i zaczynało robić się coraz zimniej.

Myślę, że pierwsza impreza 51. sezonu "Ondraszka" była udana.

Jarek Rezmer - "Bystry"
Galeria
Zebranie sprawozdawczo-wyborcze na kadencje 2016-2019, rozstrzygnięcie konkursów

20.01.2017

Zebrania nigdy nie zastąpią naszych wspaniałych rowerowych spotkań, ale raz do roku trzeba się jednak spotkać, aby podsumować to, co za nami. Tym razem to zebranie było wyjątkowe, i to aż z trzech powodów.

Podsumowaliśmy bowiem nie tylko ostatni rok, ale całą kadencję, wybraliśmy nowy zarząd klubu, a do tego były na nim obecne władze naczelne PTTK(!) oraz prezes Oddziału PTTK „Beskid Śląski” - J. Tyczkowski. Takiej sytuacji, jak długo istnieje Ondraszek, ba, nawet nasz cieszyński Oddział PTTK, pewnie nigdy nie było. A jaka była przyczyna?

Otóż „Szeryf” - Wł. Sosna został uhonorowany przez ZG PTTK nagrodą literacką im. Władysława Krygowskiego za wybitne osiągnięcia w dziedzinie literatury krajoznawczej. Wręczała je delegacja w składzie Prezes ZGPTTK R. Bargieł, Przewodniczący Komisji Turystyki Górskiej J. Gajewski, redaktor naczelny „Wierchów” - W. Wójcik, Przewodniczący Kapituły Odznaczeń ZGPTTK - R. Mazur, sekretarz Komandorów Turystiki Górskiej - J. Konieczniak.

Wzruszony laureat odebrał nagrodę w postaci sporej wielkości obrazu o tematyce górskiej. Po tym pięknym wstępie zebranie odbyło się własnym torem. Quorum na przewodniczącą jednogłośnie wybrało A. Wlach – „Czornom”, która jak widać zaczyna się w tym specjalizować. Przy wejściu wszyscy otrzymali również kalendarze – sklerotniki z wkładką z propozycjami wypraw na nadchodzący sezon.

Zaczęliśmy od rozstrzygnięcia konkursu fotograficznego „Jubileusz Ondraszka w obiektywie” 10 jednakowych, gustownych pucharków znalazło swoich właścicieli, a nagrody wręczał A. Kowol prezes Klubu Fotograficznego „Start” współorganizator konkursu.

Następnie wysłuchano sprawozdań prezesa, komisji rewizyjnej, TRW oraz skarbnika. Wiało z nich optymizmem, gdyż wielokierunkowe działania całej kadencji zostały w większości zakończone sukcesem. A kadencja obfitowała w różne ważne wydarzenia włącznie z obchodami Złotych Godów naszego klubu. Wyjątkiem było sprawozdanie skarbnika, bo jak się okazało m.in. za sprawą kosztów organizacji jubileuszu w kasie klubu zostało raptem parę złotych. Ostatecznie zarząd w całości otrzymał rozgrzeszenie, czyli udzielono mu absolutorium. Przy tej okazji za udaną kadencję podziękowano prezesowi (czyli mnie) piękną przemową, oklaskami oraz bukietem kwiatów. Nie ma dwóch zdań – mocno się wzruszyłem.

Następnie, w bloku wyborczym wybrano odpowiednie komisje i zebrano kandydatury do zarządu klubu i koła kadencji 2017-2020. W wyniku głosowania tajnego (zgodnie z ordynacją wyborczą w PTTK) skład zarządu na kadencję 2017-2010 ukonstytuował się następująco (w nawiasie ilość oddanych głosów):

  • Zbigniew Pawlik (30)
  • Barbara Toman (29)
  • Jarosław Rezmer (28)
  • Andrzej Nowak (26)
  • Maria Biłko-Holisz (25)
  • Alicja Wlach (25)
  • Jadwiga Rezmer (19)
a do Komisji Rewizyjnej wybrano:
  • Marian Wlach (24)
  • Irena Dzikowska (23)
  • Kazimierz Szewczyk (21)

Teraz w głosowaniu tajnym nowo wybrani członkowie zarządu i Komisji Rewizyjnej wybrali prezesa klubu – Z. Pawlika oraz szefa Komisji Rewizyjnej – I.Dzikowską. Tak więc, jak widać wiele się nam ten skład nie zmienił.

A kiedy Komisja Skrutacyjna w osobach P. Hamera „Paparazzi” oraz J. Pawlik w pocie czoła zbierała i liczyła głosy, najpierw A. Nowak jako szef TRW wydał zdobyte odznaki turystyki kwalifikowanej oraz rozstrzygnęliśmy klubowe konkursy. Tym razem, właśnie z powodu jubileuszu, było ich więcej niż zazwyczaj. Rozstrzygnięto:

  1. konkurs na najciekawszą wycieczkę sezonu jubileuszowego (nagrodą były pamiątkowe patery wykonane przez poznaną na klubowej wycieczce firmę Gliniana Koniczynka). Otrzymali je:
    • I miejsce Jadwiga i Jarosław Rezmerowie,
    • II miejsce Barbara i Andrzej Słota,
    • III miejsce Włodek Nowak oraz Grażyna i Eugeniusz Klapuchowie.
  2. konkurs na najaktywniejszego turystę kolarza dekady 2007-2016 (nagroda-puchary)
    • I miejsce Zbigniew Pawlik i Jarosław Rezmer,
    • II miejsce Leszek Szurman,
    • III miejsce Jadwiga Rezmer i Beata Szarzec.
  3. konkurs na najaktywniejszego turystę-kolarza sezonu 2016 (nagrody rzeczowe)
    • I miejsce Leszek Szurman,
    • II miejsce Jarosław Rezmer,
    • III miejsce Aleksander Sorkowicz.
  4. konkurs na długodystansowca kadencji 2013-2016 (nagroda- pamiątkowe statuetki)

    Panie:

    • I miejsce Beata Szarzec,
    • II miejsce Kazimiera Hansel,
    • III miejsce Jadwiga Rezmer

    Panowie:

    • I miejsce Andrzej Warpechowski,
    • II miejsce Leszek Szurman,
    • III miejsce Andrzej Nowak Ziołowy
  5. konkurs na długodystansowca sezonu 2016 (dyplomy)

    Panie:

    • I miejsce Małgorzata Holisz,
    • II miejsce Beata Szarzec,
    • III miejsce Kazimiera Hansel

    Panowie seniorzy:

    • I miejsce Adam Poloczek,
    • II miejsce Andrzej Nowak Ziołowy,
    • III miejsce Jan Stasik

    Panowie Juniorzy:

    • I miejsce Andrzej Warpechowski,
    • II miejsce Leszek Szurman,
    • III miejsce Łukasz Krawczyk
W tej podniosłej chwili na klubowiczów (imienne listy w załączeniu), którzy zdobyli laury zwycięstwa spadł deszcz zasłużonych wyróżnień.

Korzystając z obecności prezesa honorowego Oddziału PTTK - R. Mazura Dyplom Zasługi zaległy od zebrania jubileuszowego otrzymał Piotr Holisz, a Stanisław Pawlik otrzymał zdobytą wówczas prestiżową statuetkę konkursu 50/50. J. Tyczkowski wręczył z kolei Dyplomy za Zasługi dla PTTK, na które wnioski złożył klub. Otrzymali je Alicja Wlach oraz Aleksander Sorkowicz.

Bardzo miłą chwilą było też ujawnienie zawartości niespodzianki, czyli sporej wielkości pudła przewiązanego wstążeczką. Mistrzem ceremonii była J. Pawlik, która wyciągnęła z niego… klubowe wielkoformatowe kalendarze ścienne na rok 2017. Była to moja prywatna inicjatywa, gdyż uznałem że mając ciekawe zdjęcia z konkursu fotograficznego warto było z nich zrobić taki użytek. A znając stan klubowej kasy zrobiłem to też na własny koszt. Te estetycznie wydane kalendarze można było traktować też jako sklerotnik w wersji max, bo zostały zaznaczone w nim wszelkie propozycje na 51 sezon klubowej aktywności. Ondraszki mogły go zakupić za cenę ich wykonania, z czego wielu skorzystało.

W bloku uchwał i wniosków przegłosowano dwie uchwały: likwidację konkursu długodystansowca w dotychczasowej postaci oraz realizację mutacji dotychczasowego konkursu 50/50 przy wykorzystaniu zasobu posiadanych statuetek. Do realizacji uchwał zobowiązano zarząd klubu.

W tle spotkania można było obserwować na ekranie jubileuszowy sezon w obiektywie w zestawie zdjęć przygotowanym przez P. Hamerę „Paparazziego”. Na zakończenie omówione zostały co ciekawsze propozycje wynikające z kalendarza imprez i był to ostatni akcent tego ważnego spotkania.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Spotkanie Regionalnej Rady Turystyki Kolarskiej Województwa Śląskiego

11.02.2017

Miejscem tego dorocznego spotkania było Muzeum im. Marii Skalickiej w Ustroniu Brzegach, a jego organizatorem był niedawny jubilat, czyli Turystyczny Klub Kolarski „Ondraszek” z Cieszyna, który w ubiegłym roku świętował złote gody swoje działalności. Impreza m.in. była okazją do podsumowania jubileuszowych wydarzeń wśród tak dostojnego gremium.

Miejsce obrad też nie zostało wybrane przypadkowo. Śp. Maria Skalicka była rodowitą ustronianką, i choć mieszkała, pracowała i zmarła w Katowicach, całe swoje pozazawodowe życie poświęciła „małej ojczyźnie”. W testamencie w formie darowizny przekazała jej bogate zbiory kolekcjonerskie i bibliofilskie związane z Ustroniem i Ziemią Cieszyńską, a także swój dom rodzinny. Tutaj właśnie je zebrano i udostępniono zwiedzającym, a uczestnicy spotkania mogli je odkryć dla własnych klubowych wypraw w przyszłości.

Do Ustronia przybyło łącznie 67 przedstawicieli z 13 klubów i komisji kolarskich z województwa śląskiego, w tym również Honorowy Członek Ondraszka St. Radomski z Gliwic, wiceprezydent UETC St. Karuga z Katowic oraz przewodniczący Regionalnej Rady Turystyki Kolarskiej M. Koba z Jaworzna. Po powitaniu i przedstawieniu przybyłych przez gospodarza spotkania Rechtora – Z. Pawlika głos zabrała kierownik placówki pani Irena Maliborska, która w swoim wystąpieniu przybliżyła postać fundatorki i historię tej filii ustrońskiego Muzeum Techniki. Uczestnicy z kolei nie ukrywali, że w zdecydowanej większości byli w tym miejscu po raz pierwszy.

Następnie prezes Ondraszka Rechtór – Z. Pawlik przedstawił półwieczną historię klubu posiłkując się przyniesionymi specjalnie z tej okazji tomami kronik klubowych oraz zawartością pakietu powitalnego, który wszyscy przy wejściu otrzymali. Był tak dobrany (m.in. egzemplarze archiwalnych WR, zbiory pocztówek itp.), że mógł w skondensowanej formie zilustrować dotychczasową działalność Ondraszka.

Bardzo miłym akcentem było uhonorowanie przez Ondraszka wszystkich ogniw Regionalnej Rady Turystyki Kolarskiej specjalnymi dyplomami, klubową monografią i jubileuszowym medalem. Przy tej okazji również pod naszym adresem wypowiedziano wiele serdecznych życzeń, popartych okolicznościowymi adresami i pamiątkami.

Kolejny blok programowy wypełnił M. Koba i St. Karuga, którzy omówili sprawy organizacyjne, czekające ciekawe wydarzenia nadchodzącego sezonu oraz inne nurtujące nasze środowisko. Sprawozdanie złożył też P. Rościszewski reprezentujący Klub Śląskich Znakarzy. Nie było ono zbyt optymistyczne, gdyż według sprawozdawcy klub działał w prawie jednoosobowym składzie, a władze samorządowe poszczególnych gmin i miast nie wykazują wiele zrozumienia i woli współdziałania dla batalii toczonej w sprawie utrzymania czytelności oznakowanych tras rowerowych w naszym województwie. Następnie Skryba - A. Nowak - prowadzący TRW przy klubie Ondraszek w swoim wystąpieniu przedstawił regionalne odznaki turystyki kolarskiej weryfikowane przez TRW i zachęcał do ich zdobywania. W tle obu wystąpień na ekranie można było zobaczyć Ondraszkowy przegląd wydarzeń jubileuszowego sezonu w prezentacji przygotowanej przez Paparazziego - P. Hamerę.

Po przerwie poświęconej podziwianiu muzealnych zbiorów, wymianie doświadczeń oraz „wchłonięciu” przygotowanego poczęstunku Rechtór - Z. Pawlik zaprosił do prezentacji historii klubu na bazie slajdów pochodzących w większości z lat 80-tych ubiegłego wieku. Poza tym, że osoby na nich uwiecznione „nieco” się zmieniły, to widać było jeszcze jak dalece zmieniła się też nasza rzeczywistość - od sprzętu rowerowego i biwakowego, po infrastrukturę rowerową, czy wygląd zabytkowych miejsc, które wówczas odwiedziliśmy.

Ostatnim akcentem tego udanego spotkania było zwiedzanie prywatnej kolekcji historycznych motocykli „Rdzawe diamenty”, przygotowane przez Wędrowniczka - L. Szurmana. Serdecznie pożegnaliśmy gości i pozostały nam miłe wspomnienia oraz wpisy do pamiątkowej księgi z życzeniem „do zobaczenia na rowerowych trasach”.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Rowerowy objazd granicami Cieszyna – cz. II - strona polska

26.03.2017

Ziarno pomysłu tej wyprawy zostało zasiane już w ubiegłym roku. Nikt z nas wówczas nie wiedział, że Cieszyn po obu stronach Olzy jest tak rozległy terytorialnie i mimo dobrych chęci nie udało się wtedy nam go objechać. Kontynuując, teraz przyszła kolej na stronę polską i jak się można było przekonać, nie było to łatwe zadanie, choćby z tego powodu, że Cieszyn leży na wysokości 260-375 mnpm, więc 115 m przewyższenia pokonaliśmy parokrotnie.

Na rynku przy w miarę przyzwoitej pogodzie zebrało się 19 śmiałków zdecydowanych do udziału w tej unikalnej wycieczce. Osobiście już dzień wcześniej zrobiłem mały rekonesans trasy stwierdzając, że nie wszędzie da się w ogóle dojechać, choćby nawet po miedzach, gdzie można sobie „pobrudzić buciki”. Lojalnie wszystkich o tym uprzedziłem i ruszyliśmy w drogę. Granica miasta z Czech do Polski przechodzi w Błogocicach i biegnie dokładnie wzdłuż ulicy Dębowej, więc jak wiadomo jednej z bardziej stromych w okolicy. Na rozdrożu z ul. Jastrzębią granica ucieka w kierunku Mnisztwa, lecz niestety o tym czasie nie jest to trasa nawet dla rowerów. Skorzystaliśmy zatem z objazdu ul. Jastrzębią, Słowiczą, Ustrońską, aby się z nią spotkać na granicy Bażanowic. Po drodze wraz z Dzięciołem musiałem niespodziewanie zrobić mały remont mojego bicykla. Jadąc dokładnie wzdłuż granicy, skręciliśmy w ul. Tulipanową, która doprowadziła nas do dzielnicy Potoczki. Tutaj najpierw skończył się asfalt, potem walcówka, dalej dróżka utwardzona kamieniem i na końcu została nam tylko miedza między szerokimi polami uprawnymi w Ogrodzonej. Widok Cieszyna z tej perspektywy był dla wszystkich sporym zaskoczeniem. Płosząc stada saren dojechaliśmy do Wielodrogi, która w aktualnym stanie była najbardziej odpowiednia dla traktorów i motocykli crossowych. Dobitnie się o tym przekonał jeden z uczestników, który zaliczył wywrotkę i się „upaprał jak nieboskie stworzenie”. Granica miasta znów nam nieco uciekła w pola, lecz niebawem ją spotkaliśmy dojeżdżając do asfaltu i cywilizacji w Gumnach.

Teraz przekroczyliśmy autostradę A-1 kładką pieszo-rowerową i ruszyliśmy w kierunku Zamarsk goniąc granicę, którą wytyczono na skróty między polami uprawnymi. W barze Źródełko zrobiliśmy mały postój, gdzie pokrótce wyłuszczyłem historię ekspansji terytorialnej Cieszyna. Wynikało z niej, że jeżeli jakieś prehistoryczne Ondraszki w 1155r. miałyby by ten sam pomysł wycieczki, to wystarczyło wówczas objechać wzgórze zamkowe. W XVI w. byłby to też krótki spacer wzdłuż miejskich murów. Na dobrą sprawę to większy przyrost nastąpił dopiero w 1922 r., gdy przyłączono podcieszyńskie Błogocice oraz w 1932 r. Bobrek. Miasto rozdęło się do obecnych rozmiarów (28,6 km2) dopiero w latach 70-tych XX w., kiedy Cieszyn połknął 7 okolicznych wsi, co zresztą nadal widać w miejsko-wiejskim krajobrazie. Granicę spotkaliśmy teraz na Pikietach w dolnym odcinku ul. Żniwnej. Po ostrym zjeździe trafiliśmy na ul. Rudowską w Kalembicach i podjechaliśmy dokładnie granicą miasta i jednocześnie lasu Parchowiec do oś. Szarotka. Po przekroczeniu drogi nr 938, jadąc nadal wzdłuż granicy ul. Boczną trafiliśmy do dzielnicy Parchów. Tutaj rozstaliśmy się z nią definitywnie, bowiem aż do Marklowic wytyczono ją w zupełnie niedostępnym dla rowerów głębokim jarze małego potoku. Tak więc pozostało nam zjechać do Marklowic najbliższą drogą asfaltową i wrócić do domu. Łącznie przejechałem nieco ponad 30 km, co uważam za świetny wynik, zważywszy że był to mój tegoroczny rowerowy debiut.

Zbyszek Pawlik - Rechtór
Galeria
X Jubileuszowy Zlot Oddziałów PTTK Województwa Śląskiego

22.04.2017

Jak ten czas leci! Zupełnie niedawno nasza drużyna brała udział w pierwszym inauguracyjnym zlocie Oddziałów PTTK w Pszczynie, a teraz mieliśmy okazję uczestniczyć w nim już po raz dziesiąty. Zlot ten był dla nas wyjątkowy też z innego powodu. Autorem i przewodnikiem tras był nasz Ondraszek W. Nowak a pomagał mu J. Geresz z Żywca. Początkowo przewidywano, że będą dwie trasy, ostatecznie jednak pojechaliśmy wszyscy w tym samym kierunku.

Tradycyjnie Ondraszek wystawił silną dwudziestoosobową ekipę, co wobec 66 uczestników na trasie rowerowej było znaczącym wynikiem i to pomimo, że kilku z zapisanych przerzuciło się na trasy piesze lub z różnych powodów nie przyjechało.

Start wyznaczono przy bielskim dworcu PKP, gdzie oczekiwali już prowadzący i kłębił się tłumek postaci w strojach kolarskich i… pelerynach. Te ostanie były niezbędnym dodatkiem, gdyż wiosna ostatnio nas nie rozpieszcza, a na okolicznych szczytach górskich było całkiem biało.

Prowadzący postawił sobie karkołomne zadanie poprowadzenia tego dość licznego peletonu w normalnym ruchu miejskim i do tego przekazywania na bieżąco informacji krajoznawczych na temat oglądanych obiektów. A, że Bielsko i Biała mają długą i ciekawą historię było tego sporo zgodnie z załączonym wykazem. Było to trudne zadanie, jednakże, dzięki wykorzystaniu ulic o mniejszym natężeniu ruchu, rowerowych ścieżek, których w mieście było całkiem sporo oraz dyscyplinie w peletonie, udało się nam dojechać na metę w jednym kawałku.

Z trasy warto było wyróżnić ledwo co oddane do użytku Bulwary Straceńskie z rewelacyjną ścieżką rowerową, kolekcję starych samochodów w dawnym zajeździe tramwajowym, kolekcję „maluchów” wystawionych jako atrakcja w centrum handlowym, otwarty specjalnie dla nas kościół ewangelicki w Białej oraz mały, lecz historycznie ważny, kościół w Lipniku. Tam też dopadła nas ekstremalna aura - bo nie dość, że było zimno, to jeszcze zaczął padać deszcz ze śniegiem. Na szczęście, zanim dojechaliśmy do ośrodka ZIAD pod Szyndzielnią, przestało padać i pojawiło się nawet nieśmiało słońce.

Na mecie powitał nas już spory tłum uczestników, a było podobno zapisanych coś ponad 540 osób. Spotkaliśmy też 3-osobową ekipę z cieszyńskiego Oddziału PTTK z prezesem J. Tyczkowskim oraz „spieszonych” Ondraszków. Jedną z atrakcji mety był przygotowany konkurs wiedzy o Bielsku-Białej. I tutaj znajomością materii zaskoczył nas A. Sorkowicz, który w nim wystartował i zajął dobrą III lokatę.

Pod wiatą hulał zimny wiatr, więc po odebraniu świadczeń i konsumpcji posiłku, uczestników szybko ubywało. A nam pozostało wrócić w miejsce startu, gdzie mieliśmy zaparkowane auto. Przejechaliśmy ok. 35 km i mimo dość paskudnej pogody myślę, że zlot był udany i warto było w nim wziąć udział.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Otwieramy pierwszy sezon kolarski w drugim półwieczu klubu

23.04.2017

To wydarzenie miało historyczną rangę ze względu na swoją wyjątkowość, bo przecież pierwszy sezon otwiera się tylko raz, a nam udało się to zrobić powtórnie. Wydarzenie to wyjątkowe było też i z innego powodu. Wszyscy uczestnicy uzyskali dodatkowy tytuł „Twardziela Nowootwartego Sezonu”. No bo kto z przeciętnych użytkowników bicykla widząc termometr z paroma kreskami nad zerem oraz beznadziejny deszcz ze śniegiem za oknem bierze rower i jedzie na wyznaczoną zbiórkę? Tylko Ci, którym kołacze się po głowie fraza Ondraszkowego przyrzeczenia „że choćby żabami prało, i koło się w tył obracało, jedziemy...” oraz zmotywowani sympatycy. I takich Twardzieli zebrało się aż 25, w tym nasza młodzież Juniorek - B. Sorkowicz i P. Zmełty.

Ambitny plan Skryby wyjazdu do Pogórza, z racji tak ekstremalnych warunków, i tak został zweryfikowany. Zapobiegliwy Unisono M. Wlach już wcześniej zamówił dla nas miejsce pod daszkiem i w ciepełku w przytulnej restauracji w Pogwizdowie. Zebrane „pod laubami” Ondraszki oraz sympatycy, otuleni w ciepłą odzież oraz peleryny, przyjęli tą zmianę ze zrozumieniem, a Rechtór zaproponował i poprowadził zaimprowizowaną trasą. Po przeczekaniu większego deszczu wyruszyliśmy w drogę. Pojechaliśmy na Zaolzie i przez Brandys bocznymi ścieżkami do Kocobędza.

Tutaj zobaczyliśmy kilka schronów bojowych wybudowanych w latach 1936-1937 przez Czechosłowację do obrony granic przed zakusami zachłannych sąsiadów (w tym wypadku Polski). Linia tych bunkrów zaczyna się koło Cieszyna i ciągnie się wzdłuż dawnej (a właściwie i obecnej) granicy, przez Sudety i dalej na południe, otaczając całe państwo pierścieniem. Miano ich wybudować łącznie aż 14,5 tyś, a harmonogram przewidywał zakończenie budowy fortyfikacji w 1951r(!). Jak uczy historia nie na wiele się jednak przydały. Następny przystanek miał miejsce w Podoborze przy nowo postawionym budynku obsługi Archeoparku. Tutaj na pewno warto zajrzeć na dłużej, bo budowla wygląda imponująco. W dalszej drodze mieliśmy możliwość zobaczyć destrukcyjny wpływ wydobycia węgla na okolicę. Z dawnej wsi Łąki nad Olzą pozostał jedynie rozsypujący się kościół pw. św. Barbary, a reszta dawno zniknęła pod wielometrowymi zwałami kopalnianych hałd, które zupełnie zmieniły wygląd tej niegdyś uroczej okolicy. Dojechaliśmy następnie do Raju (dzielnicy Karwiny), gdzie podglądnęliśmy nowo wybudowany stadion piłkarski i wróciliśmy na polską stronę. W międzyczasie pogoda, o dziwo, zrobiła się całkiem znośna, przestało padać, a zza chmur nawet wyjrzało... słońce. I gdyby nie ten zimny wiatr byłoby całkiem przyjemnie. Nam jednak śpieszyło się na metę, gdzie niebawem dotarliśmy jadąc przez Kaczyce. Tutaj już nas oczekiwało kilku Ondraszków, którzy przyjechali na skróty, więc razem było nas ok. 30. Skocznymi melodiami powitał wszystkich duet muzyczny naszego Maniusia, a grali tak dobrze, że nogi same rwały się do tańca.

Po konsumpcji przygotowanego dobrego posiłku przystąpiliśmy do najważniejszej czynności tej imprezy, czyli mianowania na Ondraszka jednego z dotychczasowych „pogan”. Po pokonaniu ostatniej przeszkody (przełknięcia tajemniczej mikstury) i złożenia uroczystej przysięgi Aleksander Sorkowicz przy aplauzie wszystkich zgromadzonych otrzymał klubowe imię: OLO. Odbył się również tradycyjny konkurs łowienia ryb na sucho, a był bardzo zacięty, bo wymagał dogrywki. Był też konkurs wiedzy o Ondraszku i klubie. Ten ostatni wymagał przyswojenia tajemnej wiedzy z monografii, którą wydaliśmy z okazji ubiegłorocznego jubileuszu. Tutaj nieprzeciętną wiedzą wykazał się Bystry - J. Rezmer (I miejsce), Apanaczi - B. Toman (II miejsce) i Dzięcioł - G. Cieńciała (III miejsce).

Zwycięzcy otrzymali upominki i każdy już własnymi ścieżkami wracał do domu. Moment zakończenia też wybraliśmy właściwy, bo ledwie dojechaliśmy do Cieszyna znów lunęło deszczem. Łącznie przejechałem 31 km i podkreślam, że mimo tej niepewnej pogody było warto!

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Dzień „Gwarka”

13.05.2017

Jak to bywa 13, nie można liczyć na nic pewnego. Pogoda niespecjalnie zachęcała do wyprawy rowerowej, było pochmurno i chłodno, ale nie padało. O wyznaczonej godzinie na rynku zebrało się 13 Ondraszków (dopasowaliśmy się do daty) ciekawych tego, gdzie nas Gwarek „zasmyczy”. Był to kwiat młodzieży męskiej z jedną rodzynką - druhną K. Pawliczek.

W takim składzie pojechaliśmy przez Dzięgielów i Cisownicę do Goleszowa Równi, gdzie zahaczyliśmy o Izbę Pamięci Jerzego Gajdzicy. Nie byliśmy tutaj zapowiedziani, ale akurat nadjechał potomek tego znanego „piśmiorza”, który zaprosił nas dalej i opowiedział o swoim przodku. Jego „praszczur”, Jura Gajdzica, mieszkał w tym samym miejscu, czyli „na gruncie”, na przełomie XVII i XVIII wieku. Był bogatym gospodarzem, tzw. ”siedlokiem” i posiadł dość rzadką wówczas umiejętność czytania i pisania. Dodatkowo wyróżniał się tym, że kolekcjonował książki, które podpisywał własnym exlibrisem, co było tym bardziej wyjątkowe. Jako że oprócz gospodarzenia na roli trudnił się też furmaństwem, wożąc własnym wozem przeróżne towary nawet do Austrii i na Węgry, toteż z niejednego pieca chleb jadł i niejedno widział. A to co widział zapisywał i w ten sposób powstał oryginalny „Zapiśnik”, który teraz jest cennym świadectwem epoki w której żył. Jego „Zapiśnik”oraz księgozbiór jest teraz w muzeum, a na miejscu zachowała się oryginalna izba, w której urządzono mini muzeum, które zobaczyliśmy.

Dalsza droga wiodła do Ustronia, gdzie Gwarek zarządził mały postój w „Oazie”, za czasów PRL-u kultowej gospodzie, z modnymi wówczas dancingami. Po zaliczeniu „małej czarnej” pojechaliśmy dalej wałami Wisły do Hermanic, gdzie nasz Gwarek się urodził i spędził szczęśliwe dzieciństwo. Miejsce to znalazł po długim kluczeniu, bo wiele się tutaj zmieniło. Nie zmienił się tylko stary jesion, pod którym stała rodzinna chałupa małego Kazia oraz Wisła, która nadal płynie nieopodal. Powrót do korzeni dla każdego z nas jest dużym wzruszeniem, i jak myślę w większości miejsca te dzisiaj też inaczej już wyglądają, o ile w ogóle istnieją.

Dalej pojechaliśmy do Skoczowa i następny postój nastąpił w stołówce miejscowego „Teksidu”, gdzie za jedynie 9,50 zł można było zjeść obfity obiad ze sporego wyboru dań. Wierzyć się nie chce, że jeszcze gotujemy w domu.

Najedzeni po uszy ruszyliśmy w drogę powrotną przez Bładnice, Kisielów i Ogrodzoną do Cieszyna. W międzyczasie nawet zaświeciło słońce, co potwierdza tezę, że z Ondraszkiem warto jechać bez względu na to co za oknem. Obaliliśmy tez mit pechowej 13-tki, więc wycieczkę należy zaliczyć do udanych. Przejechałem 34 km.

Rechtór-Zbyś
Dzień „Wędrowniczka”

21.05.2017

W swojej autorskiej wycieczce przodownickiej L. Szurman „Wędrowniczek” wziął na tapetę pradzieje Ziemi Cieszyńskiej, czyli zaproponował podróż do przeszłości. I to dosyć odległej, bo plemiennej, kiedy w nieprzebytej puszczy, w dolinie Olzy żyło sobie plemię Gołęszyców. Na rynku stawiło się ok. 20 Ondraszków gotowych zanurzyć się w odmętach przeszłości. Pojechaliśmy więc, często przez nas ostatnio uczęszczaną trasą, na Puńców i Dzięgielów, skąd odbiliśmy w stronę dawnego przejścia granicznego w Kojkowicach. Tuż przed nim wykonaliśmy kolejny skręt, podjeżdżając pod tzw. Farską Górkę. To tutaj, wg słów naszego prowadzącego, w dawnych czasach stała prasłowiańska gontyna. Oczywiście nie ma po niej śladu, lecz zachowały się opowieści, obecnie formułowane jako legendy. Wg jednej z nich, po przyjęciu chrześcijaństwa, ówcześni kapłani kazali wykopać ogromny dół, w którym schowano dotychczas czczone bóstwa, z nadzieją na ich powtórne odkrycie. Tak się jednak nie stało, po latach wszyscy zapomnieli, gdzie je zakopano, więc nadal czekają na swojego odkrywcę. Fakt, że prowadzone rozpoznanie archeologiczne potwierdziło obecność pogańskich plemion na tym terenie. Następnie wróciliśmy do rzeczywistości i podjechaliśmy do ewangelickiego ośrodka dla seniorów Eben-Ezer, aby odwiedzić naszego klubowego „Seniorka”, który niedawno się tu przeprowadził. Powitaliśmy Go serdecznie, przy czym zapewnił nas, że przy przeprowadzce nie zapomniał też o rowerze, tym samym mamy nadzieję znów się zobaczyć na którejś klubowej wyprawie.

Nasza trasa zakończyła się nieopodal, w bardzo ciekawym miejscu pod nazwą „Frankówka”. Serdecznie powitał nas gospodarz. Jak opowiadał, po latach starań, udało mu się wykupić prawie 2 ha nieużytków i wielkim nakładem sił i środków wybudować to bardzo urocze ranczo. W otoczeniu kilku niewielkich stawów połączonych mostkami stoi niewielki domek, a w pobliżu urocza piwniczka wbudowana w skarpę oraz grill.

I to właśnie było nam potrzebne, aby tą krótką wycieczkę zakończyć przy opiekanych kiełbaskach oraz planowaniu najbliższych rowerowych wypraw. Wznieśliśmy też toast za nowonarodzoną Hanię i jej rodziców, którzy mianowali Afi i Rechtóra powtórnymi dziadkami. Przy okazji podziwialiśmy też determinację i upór gospodarza oraz niebanalne rozwiązania techniczne i krajobrazowe, dzięki czemu „Frankówkę” można śmiało nazwać miejscem magicznym.

Do domu każdy już wracał na własną rękę - my przez Gumna i Zamarski. Przejechaliśmy 34 km, w sam raz jak na krótki niedzielny rowerowy wypad za miasto.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Podbeskidzkie wędrówki rowerowe

27.05.2017

Nasi przyjaciele z drugiej strony Olzy zaplanowali tym razem rowerową wędrówkę po górskim pograniczu Czesko-Słowackim. Zapowiadało to spore wyzwanie kondycyjne, ale z drugiej strony zapewniało przy dobrej pogodzie piękne widoki z górskich szczytów.

Na starcie, w Mostach koło Jabłonkowa, stanęło 14 Ondraszków, w tym Szykowno, Apanaczi i dwóch sympatyków klubu, którzy przyjechali aż z Zabrza. Środowisko PTTS reprezentowało 3 beskidzioków w tym organizator wycieczki Monika oraz pochodzący z Mostów prowadzący wycieczkę Janusz Sikora. Towarzystwo to w większości przybyło pociągiem z Czeskiego Cieszyna, część autami, ale też kilku tradycyjnie, czyli na rowerach.

Po powitaniu i przedstawieniu atrakcji wycieczki ruszyliśmy i to od razu pod górkę, a naszym celem był Wielki Połom. Wygodna wąska droga, lecz o dobrej asfaltowej nawierzchni, pięła się zakosami coraz wyżej i wyżej, choć tylko w końcowym odcinku była naprawdę stroma. Peleton oczywiście się podzielił i choć wydawało się to prawie niemożliwe, gdzieś po drodze zagubił się jeden z Ondraszków. Okazało się, że tak skutecznie pomylił trasę, że do końca wyprawy już się nie spotkaliśmy. Droga trawersując górskie zbocze zapewniała świetne panoramy, zwłaszcza na słowackie góry. Nieco zasapani dotarliśmy pod szczytem do schroniska Klubu Czeskich Turystów. Tutaj mieliśmy zasłużony odpoczynek i czas na uzupełnienie kalorii i podziwianie panoramy. Wtedy nastąpił krótki, lecz karkołomny zjazd i niebawem przejechaliśmy prawie niezauważalną granicę ze Słowacją. Leśnym duktem dojechaliśmy do miejsca zwanego „Niedźwiedzia Skała”. Ku naszemu zdziwieniu, to leśne ustronie położone wysoko w górach, pełne było ludzi i samochodów. Okazało się, że przy uroczej kapliczce ustawionej w cieniu ogromnej skały z okazji św. Huberta, słowaccy myśliwi zaplanowali polową mszę świętą.

Na naszą prośbę, odświętnie ubrany zespół, na trąbkach zagrał kilka pięknych myśliwskich melodii, co nagrodziliśmy brawami. Podziwiając dalsze panoramiczne widoki, zjechaliśmy na sporej wielkości polanę i leśną drogą wróciliśmy do Czech. O dziwo, pomimo, że nadal byliśmy w leśnej głuszy, tuż za granicą droga zmieniła się w asfaltową, więc pomknęliśmy w dół, aż do Jabłonkowskich Szańców. W tym miejscu byliśmy już kilkakrotnie, więc można zauważyć, że gospodarze dbają o ten zabytek militarnej architektury. Utwardzona kamieniami droga, rozstawione tablice informacyjne i stado owiec wygryzających trawę, aby szańce całkiem nie zarosły. Szańce powstały w XVII wieku jako obrona Księstwa Cieszyńskiego oraz uczęszczanej drogi kupieckiej z Węgier na Śląsk w czasie zagrożenia turecką inwazją. Szczęśliwie jednak nigdy nie były zdobywane, a jedynym ich wrogiem okazała się miejscowa ludność, która przez lata wykorzystywała kamień z umocnień do budowy własnych chałup. I tak, po latach pozostało go niewiele, ale fortyfikacje ziemne są nadal czytelne.

Po tym spotkaniu z historią znów zanurzyliśmy się w las i obraliśmy kierunek na Bocanowice. Po drodze część ekipy się odłączyła, gdyż zmierzała do punktu startu czyli Mostów. Zjeżdżając stopniowo w dół osiągnęliśmy dolinę Olzy i w Bystrzycy wjechaliśmy na ścieżkę rowerową, która doprowadziła nas do Cieszyna.

Przejechałem ok. 60 km, a piękna pogoda i fajna trasa i rewelacyjne widoki sprawiły, że wyprawę należy zaliczyć do bardzo udanych.

Rechtór-Zbyś
Sztafeta rowerowa „500 km na 500 lat Reformacji"

02.06.2017 - 03.06.2017

W dniach 02-03 czerwca 2017r parafia ewangelicko-augsburska w Wiśle Czarne organizowała sztafetę rowerową „500 km na 500 lat Reformacji”. Pomysłodawcą uczestnictwa w tej imprezie kolarskiej był Andrzej Nowak – „Ziołowy”, który objechał trasę wokół jeziora Czerniańskiego o długości 5 km i rozpoczął kompletowanie drużyny. Jako że wszyscy zawodnicy, którzy wzięli udział w sztafecie są członkami TKK PTTK Ondraszek Cieszyn automatycznie ustalono nazwę drużyny „Ondraszek Cieszyn”.

Drużyna wystąpiła w składzie: kapitan - Kazimierz Szewczyk, Andrzej Nowak, Łukasz Wilczek, Beniamin Sorkowi i Aleksander Sorkowicz. W zawodach w dwóch kategoriach wzięło udział 21 zespołów. W kategorii OPEN – 13 zespołów oraz w 8 zespołów w kategorii SPORT. W południe odbyła się odprawa kapitanów, na której każdy zespół otrzymał identyfikator drużyny w formie czipu oraz prowiant (wodę, napój energetyczny, baton i banany).

Start kategorii OPEN rozpoczął się o godzinie 13:00 przy byłej restauracji Fojtula, a zmagania w naszej drużynie rozpoczął najmłodszy z ekipy Benek, który pokonując pierwszą pętlę wyprowadził naszą drużynę na linię zmian na trzecim miejscu. Każdy z nas przejechał jedno okrążenie o długości 5 km, aby dobrze zapoznać się z trasą. W dalszej części zawodów jechaliśmy po dwa okrążenia w następującej kolejności: Beniamin, Łukasz, Aleksander, Kazimierz i Andrzej. Utrzymując się na szóstej pozycji. Najlepsze czasy kręcili Andrzej i Beniamin od 10 do 11 minut, a pozostali około 15 minut. Wszyscy razem wspaniale walczyliśmy, lecz z biegiem czasu, w nocy, dopadł nas lekki kryzys, gdyż pojawiły się pierwsze oznaki zmęczenia. Każdy szukał chwili na odpoczynek i sen. Jakby tego było mało, temperatura w nocy spadła do zaledwie 4 stopni Celsjusza (na szczęście na plusie), dlatego wszyscy grzaliśmy się przy ognisku i piliśmy ciepłą herbatę. Przez te perypetie spadliśmy na 9. miejsce, ale wciąż tkwił w nas duch walki o jak najlepszy wynik. Andrzej, Beniamin i Łukasz jechali nawet po 3 okrążenia by dać innym trochę więcej czasu na odpoczynek, a przy tym odrabialiśmy straty. Wyszliśmy wtedy na 8. miejsce i broniąc się dzielnie przed atakami drużyny ze Starego Bielska, dowieźliśmy to miejsce do mety. Ostatnie okrążenie, jako wyróżnienie za pomysł udziału w sztafecie, przejechał Andrzej Nowak. Na mecie przybiliśmy piątki i zrobiliśmy wspólne zdjęcie całej drużyny wraz z pastorem.

Nasz czas na 500 km to 22 godziny i 30 minut. Pierwsze cztery drużyny były poza zasięgiem, a z innymi można było powalczyć. Wiadomo, że nie chodziło o wynik a raczej o przygodę, poznanie osób, sprawdzenie się na tle innych oraz udział w tak dobrze przygotowanej imprezie. Jedyne czego zabrakło w naszej drużynie, to liczebność ekipy, gdyż inne liczyły od 10 do 25 zawodników, oprócz jednej 4-osobowej drużyny „Samorządowców”. Razem w zawodach wzięło udział 286 kolarzy.

Wyniki w kategorii OPEN

  1. My są stela – 18 godz 58 min 19 s
  2. Jonidlo – 19 godz 27 min 58 s
  3. Płonące Siodła – 19 godz 29 min 44 s

Wyniki w kategorii SPORT

  1. Opony Sarafinowskie – 17 godz 55 min 15 s
  2. Góral MTB Team – 18 godz 27 min 21 s
  3. Skoczów – 18 godz 36 min 20 s

Porównując nasz wynik amatorów do zawodowców wcale tak dużo nie straciliśmy. Naszą drużynę dzielnie wspierał nasz kolega Grzegorz Sawka z Kostkowic. O godzinie 18:00 odbyło się ogłoszenie wyników sztafety, rozlosowanie nagród rzeczowych i wręczenie pamiątkowych medali za uczestnictwo dla każdego kolarza. Następnie odbył się koncert zespołu Bubka, po którym trzy zwycięskie drużyny (w dwóch kategoriach), z rąk bp Adriana Korczago i burmistrza Wisły Tomasza Bujoka, otrzymały puchary i medale. Z poczuciem dobrze wykonanej pracy i przeżycia wspaniałych wrażeń w czasie całej sztafety, która odbywała się przy pięknej pogodzie, z wielką radością wracaliśmy do domu. Obiecaliśmy sobie, że jeżeli będzie znów podobna impreza, chętnie weźmiemy w niej udział, ale z większą ilością zawodników. Organizatorom, na czele z księdzem, pastorem i głównym sędzią, złożyliśmy serdeczne podziękowania oraz gratulacje za przeprowadzenie tej wspaniałej ekumenicznej sztafety „500 km na 500 lat Reformacji".

Rechtór-Zbyś
Zielonoświątkowa jajecznica

04.06.2017

Zgodnie z pradawnym zwyczajem, w dzień Zielonych Świąt, Ondraszek wyruszył rowerowo w plener, aby zgromadzić się przy brytfannie pełnej smakowitej jajecznicy usmażonej na ognisku. „Kropelka” - W. Zmełty na miejsce akcji wybrał tym razem gospodarstwo agroturystyczne w Kisielowie, gdzie w kilku grupach dotarło prawie 40 Ondraszków i sympatyków roweru, w tym przedstawicieli klubu Wiercipięta z Jastrzębia.

Bezsprzecznie najmłodszym uczestnikiem wycieczki był 1,5-roczny Filip, syn „Alipali” obecnie Gołuckiej, którego dumnie przywiózł na siodełku rowerowym dziadek „Rechtór” - Z. Pawlik. Był to jednocześnie debiut Filipa w naszym rowerowym gronie i debiut Rechtora w roli przewoźnika. Nad częścią kulinarną spotkania panował „Śmig” - P. Holisz, a nasze panie przygotowały smakowity wsad do kotła w ilości coś ponad 100 sztuk. Przygotowana w kilku partiach jajecznica wszystkim bardzo smakowała, więc mistrz ceremonii zebrał zasłużone brawa. Po tym obżarstwie przystąpiliśmy do tradycyjnego konkursu strzeleckiego o puchar – patelnię ondraszkowej jajecznicy. Rywalizacja była ostra i wymagała dogrywki. Ostatecznie puchar zdobył „Długi” - R. Pawliczek. Rywalizowaliśmy również w konkurencji wbijania gwoździ do pniaka. Była z tego kupa śmiechu, bo niektórym „wiatr” krzywił gwoździe we wszystkie strony. Ostatecznie jednak udało się ustalić zwycięzców.

Swoje osiągnięcia oraz przygody zaprezentowała ondraszkowa drużyna reprezentująca klub w zawodach „500 km na 500-lecie Reformacji”, który odbywał się niedawno wokół jeziora w Wiśle Czarnym. Po rozdaniu przygotowanych upominków, obgadaniu czekających w naszym kalendarzu atrakcji, już własnymi ścieżkami rozjechaliśmy się do domów. Należy dodać, że dotychczas sprzyjająca pogoda się spaskudziła i dosłownie na kilometr przed domem dopadła nas burza. Filip był już bezpieczny w domu, ale Afi, Rechtór i Alipala ugrzęźli na dobre pod drzewem i w efekcie przyjechali całkiem przemoczeni.

Zbyszek Pawlik - Rechtór
Galeria
Szlakiem Rajdu Dookoła Polski - część zachodnia

10.06.2017 - 16.07.2017

Dzień pierwszy.

10 czerwca wraz z kolegą Kazimierzem Holiszem i jego małżonką Małgosią, wyruszyliśmy na zaplanowany przez nas rajd Dookoła Polski. Ja wystartowałem w sobotę rano. Z domu pojechałem na rynek, gdzie spotkałem się z kolegą Pawłem i zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie. Po drodze wstąpiłem po kołacze do piekarni państwa Hojdysz, tam również pożegnałem się z Danką. Jadąc dalej zorientowałem się, że nie działa mi licznik. Jadąc przez Kończyce wstąpiłem pożegnać mieszkających tam znajomych. Do Zebrzydowic dojechałem przed godziną 9 i odbyłem tam spotkanie z redaktorem „Głosu Ziemi Cieszyńskiej” oraz z kolegami rowerzystami z Przerzutki. W drogę ruszyliśmy tuż po 9. Wkrótce popsuła się pogoda, zaczął padać deszcz. Kiedy padało mocniej robiliśmy przerwę na kawę czy coś do przekąszenia. Do Kietrza dojechaliśmy ok. godziny 15, podbiliśmy książeczki, zjedliśmy obiad – flaczki, po czym ruszyliśmy w dalszą drogę. Pogoda była zmienna, raz deszcz, raz słońce. Po przejechaniu 130 km (ja miałem tyle na liczniku, bo od Cieszyna, Kazik i Małgosia 110 km) dotarliśmy do Głogówka. Nocleg mieliśmy w małym pensjonacie (120 zł za trzy noce), zjedliśmy kolację, ja miałem pulpety z makaronem, a do tego kawa. Zdarzyła się nawet pewna wesoła historyjka: Kazik znalazł przypadkiem na ławce róże, wziął je i wręczył Małgosi w podzięce, że z nami pojechała, odniósł je zaraz na miejsce, i dobrze, bo znalazła się ich właścicielka. Później przyszła już tylko pora na kąpiel i spanie.

Dzień drugi – 11 czerwca.

Nie jest łatwo przypominać sobie zdarzenia sprzed kilku miesięcy, dni się mylą, zapomina się miejscowości, ale staram się wszystko sobie poukładać. Ranek w Głogówku był pogodny. Wyruszyliśmy dalej, pierwszym miastem po drodze był Prudnik, następnie Pokrzywna. Pogoda niezwykle słoneczna i jechało się całkiem przyjemnie. Było sporo podjazdów, ale dosyć łagodnych. Do Dusznik dojechaliśmy około południa, tam odbyliśmy krótki odpoczynek, zrobiliśmy drobne zakupy - przede wszystkim woda do picia – i dalej z Dusznik dojechaliśmy do Koperników. Spotkaliśmy tam motocyklistę, pogadaliśmy z nim trochę o wsi, z której pochodził ród Kopernika i skąd my pochodzimy. Z Koperników pojechaliśmy dalej, do Nysy, zwiedziliśmy cytadelę i katedrę. Później, dość ruchliwą drogą przejechaliśmy w stronę Otmuchowa. W Nysie odbywał się akurat jakiś maraton, w biegach prowadzili dwaj czarnoskórzy zawodnicy, naprawdę wspaniale biegali. Pewien facet dziwił się, że tak zwinnie i szybko biegną, wyjaśnił mu to Kazik: "Panie, jak pan przed lwem będziesz całe życie uciekał, to pan wprawy i szybkości dostaniesz”.

W Otmuchowie zwiedziliśmy zamek. W przydrożnym zajeździe "Nad Stawem" zatrzymaliśmy się na niedzielny obiad: rosół z makaronem, udko z kurczaka, ziemniaki i sałatkę. Po przyjeździe do Paczkowa zrezygnowaliśmy ze zwiedzania miasta. Ja zrobiłem to już dwa razy przy okazji wcześniejszych wizyt, podobnie Kazik z Małgosią. Postanowiliśmy, że jadąc do Lądka Zdroju przeskoczymy przez przełęcz Jaworniki. Było bardzo pod górę. W międzyczasie dzwoniliśmy w poszukiwaniu miejsca na nocleg, niestety ceny okazały się zaporowe. Wobec tego, po dotarciu do miasteczka pojechaliśmy na boisko sportowe, gdzie poprosiliśmy gospodarza obiektu o pozwolenie na rozłożenie namiotów. Zgodził się. Był tak miły, że udostępnił nam nawet łaźnię z ciepłą wodą, daliśmy mu za przysługę 30 zł. Zjedliśmy szybką kolację i poszliśmy spać. Namiot, który pożyczyłem od kolegi, bardzo dobrze się sprawdził, mimo chłodnej nocy. Musiałem nawet zdjąć dres.

Dzień trzeci – 12 czerwca

Poranek był słoneczny a przy tym pracowity. Jadąc do Lądku złapałem gumę i powietrze powoli schodziło z koła. Dlatego tak zaraz z rana wraz z Kazikiem, a właściwie to sam Kazik, szybko zmienił dętkę i ruszyliśmy w dalszą drogę. Najpierw skierowaliśmy się do Stroni Śląskich po czym jechaliśmy ostro w górę na przełęcz, lecz po drodze cały czas przydarzały się awarie: luzowała mi się śruba mocująca koło i słyszałem ciągle dziwne „granie” na szprychach. Sądziliśmy, że to może niedokręcone szprychy, ale do przyczyny tego grania doszliśmy dopiero w Bystrzycy Kłodzkiej, no ale po kolei. Na przełęczy wstąpiliśmy do bacówki na żętyce i oscypki, zrobiliśmy sobie nawet zdjęcia z małymi owieczkami. Zaczęło trochę padać, zjechaliśmy do Dusznik, gdzie dotarliśmy około południa. Tam Małgosia dopiero zauważyła przyczynę grania. Robił to suwak od zamka błyskawicznego, który w czasie jazdy odchylał się i tarł o szprychy. Pogoda ciągle nie była najlepsza, padało nam co parę kilometrów, jechaliśmy trasą rowerową na Zieleniec wśród lasów, więc ten deszcz nie był zbyt dokuczliwy. Jadąc przypominałem sobie miejsca, którymi już kiedyś jechałem przy okazji pierwszej wyprawy rowerowej dookoła Polski i jak rok temu wraz z Pawłem Wiśniowskim szedłem niektórymi odcinkami piechotą, bo trasa naszej wycieczki pokrywała się z głównym szlakiem sudeckim. Do Zieleńca było ostro pod górę i miejscami trzeba było rowery prowadzić. Było dość pusto i bezludnie, bo jest to zimowa stolica Sudetów. Po krótkim odpoczynku zjechaliśmy bardzo szybko do Dusznik Zdrój, tam odwiedziliśmy Muzeum Papiernictwa i zjedliśmy obiad. Obok restauracji stały dwa zabytkowe samochody: radziecka Pobieda i Moskwicz. Zaraz po obiedzie ruszyliśmy na przełęcz Polskie Wrota. Było ostro pod górę. Tam zrobiliśmy chwilę przerwy na odpoczynek. Dalej pojechaliśmy do Kudowy Zdrój, gdzie mieliśmy nocleg na campingu. Tego dnia przejechaliśmy jedyne 90 km. Pierwsze dni były dla mnie dosyć trudne, przechodziłem jakiś kryzys, bolały mnie wszystkie mięśnie.

Dzień czwarty – 13 czerwca

Przywitał nas kolejny słoneczny poranek. Na śniadanie zjedliśmy to, co udało nam się kupić poprzedniego wieczoru w Biedronce. Po śniadaniu jechaliśmy do Wambierzyc, ale najpierw zahaczyliśmy o Błędne Skały. Pojawił się ponownie problem z kołem, schodziło powietrze i musiałem dopompowywać. Zjazd do Wambierzyc prowadził trasą z pięknymi widokami. Już na miejscu, jako że Bazylikę zwiedzałem już dwukrotnie, załatwiliśmy tylko pieczątki i ruszyliśmy w dalszą drogę. Niestety, znowu awaria, znowu guma w tylnym kole i kolejny postój. Planowaliśmy tego dnia dojechać do Świdnika. Po drodze spotkaliśmy znajomych rowerzystów z Kalisza. Poznaliśmy się kiedyś na którymś zlocie, teraz też jechali właśnie na zlot. Do Świdnika dojechaliśmy późnym popołudniem. Zameldowałem się, wypełniłem ankietę i karty do głosowania na rowerzystę, który przyjechał z najdalszego miejsca. Kazik i Małgosia zostali w bazie, a ja pojechałem do internatu szkolnego, bo tam byłem zameldowany. Po zakwaterowaniu się zjadłem obiad i poszedłem piechotą do bazy zlotu. Po drodze trochę się zgubiłem, bo poszedłem w odwrotnym kierunku. Złapałem jednak taxi i za 10 zł dojechałem na stadion. A tam miła niespodzianka. Wylosowałem chustę na głowę z symbolami zlotu i PTTK. Po odprawie w sali widowiskowej spotkaliśmy się na małej imprezie. Były wspomnienia z dawnych zlotów. Czas miło mijał, w wesołej atmosferze, ale o 10:00 poszedłem do internatu, bo następnego dnia planowaliśmy wyruszyć w dalszą drogę. Po przyjściu na kwaterę rozmawiałem jeszcze z Marianem, jego żoną Alicją i z kolegami z pokoju.

Dzień piąty – 14 czerwca

Wstałem wcześnie rano, spakowałem sakwy i zjadłem śniadanie. W bazie czekali już Kazik i Małgosia. Podjechaliśmy jeszcze zwiedzić Kościół Pokoju, jego konstrukcja i barokowy wystrój budzi podziw. Ze Świdnicy pojechaliśmy w stronę Wałbrzycha. Kazik kupił nowy palnik gazowy, bo ten co miał spalił się. Oczywiście nie obyło się bez awarii, znowu guma. Pożegnaliśmy również koleżankę Jadzię z Łodzi, która jechała z nami kawałek drogi (była jedną z uczestniczek zlotu).

W Nowej Rudzie podbiliśmy książeczki i pojechaliśmy w stronę Krzeszowic. Po drodze kupiliśmy jeszcze jakieś jedzenie w Biedronce. Po przyjeździe do Krzeszowa zwiedziliśmy Bazylikę Sanktuarium MBŁ i zakon Cystersów. Dzień był dość męczący, dużo podjazdów, a najgorszy był chyba ten do Kowar, Kazik o mały włos się nie wywrócił. W Krzeszowie zjedliśmy flaczki na obiad. Później, już po przyjeździe do Kowar, zrezygnowaliśmy z jazdy do Karpacza, bo było już zbyt póżno i ciężko byłoby znaleźć nocleg. Jadąc obok stadionu zauważyliśmy, że brama jest otwarta, wjechaliśmy, zastaliśmy jeszcze gospodarza obiektu. Po krótkiej rozmowie zgodził się na rozbicie namiotów. Okazało się, że tak jak ja i Kazik jest AA, czyli nasz z branży, jak to nazywamy. Mimo spartańskich warunków, nie było kąpieli, wyspaliśmy się. Rano oczywiście tradycyjnie już klejenie gumy i wymiana szprych. Przejechaliśmy tego dnia 125 km.

Dzień szósty – 15 czerwca

Zapowiadała się kolejna ciężka trasa. Dzień zaczęliśmy jednak od miłego spotkania w Karpaczu. Zaprosiła nas na kawę i domowe ciasto emerytowana pracownica PKP, czyli Kazikowa bratnia dusza. Spotkaliśmy tam również miłośnika dworca kolejowego i koleji regionalnej, dążącego do reaktywowania kolejowego transportu w Karpaczu. W dalszą drogę ruszyliśmy około godziny 10. Po dojechaniu do Sobieszowa mieliśmy przymusowy postój. Kazik miał awarię bagażnika, złamała się jedna z podpórek. Po usunięciu jej czekała nas ostra jazda w górę w kierunku Szklarskiej Poręby. Był to spory wysiłek, bo dzień był gorący. W Szklarskiej Porębie zrobiliśmy zakupy w aptece, pstryknęliśmy zdjęcia i pojechaliśmy dalej w trasę. Podziwialiśmy widoki na Karkonosze, po drodze minęliśmy Świerardów Zdrój, by na obiad dojechać do Mirska, a tam zorganizowaliśmy postój i dobry niedzielny obiad. Po odpoczynku, z nowym zapasem sił, znowu jazda w górę - do zamku Czocha. To bardzo dobrze zachowany średniowieczny zamek, kryjący jeszcze chyba sporo tajemnic. Minęliśmy Leśną (w gminie Platerówka), w której pierwszymi osadniczkami były kobiety służące w jednostce wojska polskiego im. E. Plater. Na nocleg zajechaliśmy do Sulikowa. Małego miasta na Łużycach. Tam przenocowaliśmy w niedrogim pensjonacie (za 25 zł). Tego dnia przejechaliśmy tylko 95 km, ale droga była trudna. Po zakwaterowaniu poszedłem trochę pozwiedzać miasteczko. Szczególnie zainteresowałem się dwiema kamieniczkami w rynku w stylu Łużyckim. Fascynujący był również stary, neogotycki, nieczynny już kościół z ciekawą rzeźbą na frontonie kościoła. Następnie zjedliśmy kolację, porozmawialiśmy z gospodarzami, później już tylko kąpiel, pranie i spanie.

Dzień siódmy – 16 czerwca

Z samego rana wyjechaliśmy w stronę Zgorzelca. Jeszcze było ciepło i nic nie zapowiadało zmiany pogody. W Zgorzelcu wjechaliśmy na most graniczny, trochę pozwiedzaliśmy miasto, przy okazji kupiłem szprychy i dętki. Dalej pojechaliśmy w stronę Gozdnicy, by na nocleg dojechać do Bronowic. Dzień nie był zbyt dobry do jazdy, ciągle łapały nas deszcze. Część drogi przejechaliśmy po niemieckiej stronie, jadąc bardzo dobrą trasą rowerową. Spaliśmy pod namiotami na Campingu familijnym Sławomira Głąba. Mimo zimna, noc nie była najgorsza, mogliśmy się nawet wykapać. Przejechaliśmy kolejne 103 km.

Dzień ósmy – 17 czerwca

Dzień nie zapowiadał się najlepiej, było pochmurno. Z samego rana ruszyliśmy nasypem kolejowym zamienionym na trasę rowerową. Po drodze zwiedzaliśmy poniemieckie budowle militarne. Szczególnie zainteresował nas krąg filarów z betonu o nieznanym przeznaczeniu. Zjedliśmy trochę poziomek, których pełno rosło wokół. Niestety, nie obyło się znowu bez awarii, tym razem Małgosia złapała gumę. Jechaliśmy przez Brody i Gubin, gdzie zwidziliśmy starą farę, ruiny wielkiego gotyckiego kościoła. Odbywał się tam akurat jakiś koncert. Mieliśmy również atrakcje przed wsią Kłopot, która jest celem naszej dzisiejszej podróży - przeprawę promową przez Odrę. Na promie siekły nas komary i z ulgą zjechaliśmy na ląd. Do Kłopotu dojechaliśmy pod wieczór. To mała wieś, a słynie z tego, że jest tam najwięcej bocianich gniazd w Polsce i jest muzeum Bociana. Nocujemy pod namiotami obok muzeum, jest bezdeszczowo i ciepło.

Dzień dziewiąty – 18 czerwca

Z rana pracownik muzeum opowiedział nam o zwyczajach bocianów. Jest ornitologiem, więc ma sporą wiedzę o tych ptakach. Pojechaliśmy na stary most, wysadzony jeszcze w czasie wojny. Trasa przebiegała jakimiś polnymi drogami, przez wielka fermę bydła. Po wyjeździe na główną drogę zostałem trochę w tyle, Kazik i Małgosia jechali szybciej, to spowodowało, że skręciłem w boczną drogę. Tam też złapałem gumę, musiałem wymienić dętkę i dopiero mogłem jechać dalej. Po kilku kilometrach znowu awaria. Tym razem rozerwała się opona. Wymieniłem ją i dojechałem w końcu do Gorzycy, ale sporo po moich współtowarzyszach. Do Kostrzynia pojechaliśmy razem. Zwiedziliśmy starą twierdzę i stare miasto, a właściwie to, co z niego zostało, bo wojna zniszczyła je całkowicie. Tam się rozstaliśmy. Kazik pojechał dalej jakimś skrótem, ja drogą główną. Miałem już dosyć skrótów tego dnia. Jednak nie ominęła mnie kolejna awaria – koło zaczęło mi się odkręcać.

Na nocleg zajechaliśmy do Boleszkowic, gdzie przespaliśmy się na powórzu u miłych państwa sołtysów. Małgosia nawet mogła się wykąpać. Miała to być nasza ostatnia wspólna noc, bo Kazik i Małgosia chcieli jechać szybciej. Ja z racji tego, że miałem jeszcze do zrobienia szlak latarń, planowałem jechać jeszcze do Świnoujścia i poza tym w ogóle jakoś wolniej jechałem. Oni zaś mieli zamiar dojechać szybciej do Suwałk, gdzie chcieli odwiedzić swoich znajomych.

Dzień dziesiąty – 19 czerwca

Poranek był pogodny i rześki. Zjedliśmy wspólnie śniadanie, po czym jako pierwszy ruszyłem w trasę. Pojechałem najpierw do Mieszkowic, gdzie zwiedziłem stary kościół i podbiłem książeczkę pielgrzyma (przy okazji robienia odznaki Rajdu Dookoła Polski robię jeszcze KOP). Z Mieszkowic podjechałem w stronę Siekierek. Zwiedziłem Muzeum Wojska Polskiego i olbrzymi cmentarz, gdzie pochowani są ci, co oddali życie za odzyskanie ziemi. Dziś skazuje się ich na zapomnienie, a jeśli już jakiś oficjel składa tam kwiaty, to tak, jakby mu to było nie w smak, a tam, w tej ziemi, leżą razem radzieccy i polscy chłopcy, co walcząc razem zawierali braterskie więzi. Z Siekierek pojechałem do Cedyni, gdzie zwiedziłem miasteczko i spotkałem się z moimi kolegami. Razem odwiedziliśmy Muzeum Bitwy pod Cedynią. Potem ja ruszyłem od razu w trasę, Kazik z kolei rozmawiał jeszcze z grupą turystów na motorach. Po drodze przystanąłem jeszcze na moment pod Cisem o imieniu brata Mieszka pierwszego, który tam zginął i pod nim, podobno, został pochowany.

Jadąc do Krajnika zahaczyłem jeszcze o miejscowość Piasek. Do samego Krajnika dojechałem około południa, zjadłem tam obiad w restauracji, a od jednego klienta dostałem jeszcze mapę Szczecina. W Krajniku byłem kilka lat temu przy okazji mojej pierwszej wyprawy dookoła Polski. Miejscowość praktycznie się nie zmieniła, nadal żyje z Niemców mieszkających za Odrą. I taki paradoks, Niemcom te ziemie zabrano, a życie toczy się dzięki nim. Nawet przygraniczny burdel, gdyby nie faceci zza Odry, splajtowałby. Po obiedzie ruszyłem w stronę Gryfina, gdzie dojechałem o godzinie 17. Na parafi podbiłem książeczki, wypytywałem o jakiś nocleg, bo miałem już 116 km na liczniku, ksiądz niestety nic nie wiedział, ale wikary powiedział mi, że jest hotel sportowy. Znajdował się on niedaleko, a na miejscu okazało się, że jest możliwość rozłożenia namiotu. Gdy już rozkładałem namiot postanowiłem zadzwonić do Kazika. Jakie było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że on z Małgosią również są w Gryfinie i szukają noclegu. Ja myślałem, że dojechali już do Szczecina, tak jak planowali. Bardzo szybko dotarli na camping i znowu razem nocowaliśmy. To pole namiotowe znajdowało się nad samą Odrą i komary ostro cięły. Mieliśmy możliwość zażycia kąpieli, a cena była chyba najniższa jak dotąd.

Dzień jedenasty – 20 czerwca

Pożegnaliśmy się kolejny już raz. Planujemy spotkać się ponownie w Suwałkach. Pojechałem do Szczecina. Tam zwiedziłem Zamek Książąt Pomorskich, Wały Chrobrego i szukałem serwisu rowerowego, bo znowu koło mi się obluzowało. W serwisie naprawili usterkę, a z miasta pomógł mi wyjechać inny rowerzysta. Poopowiadaliśmy sobie przez chwilę o maszych wycieczkach. Opowiadał mi o swojej wycieczce do Niemiec i cenach. Później jechałem przez Lubczynę do Goleniowa, a w Goleniowie znowu guma, tym razem poszła dętka z przodu. Pokleiłem ją na miejscu, założyłem i wyruszyłem w dalszą drogę. W goleniowskiej zabytkowej bramie miejskiej dowiedziałem się, że Małgosia i Kazik byli tu 3 godziny wcześniej, czyli nie jest tak źle z moim tempem jazdy, szczególnie biorąc pod uwagę, że zwiedzałem Szczecin. Zadzwoniłem do nich wieczorem po dojechaniu do Stępnicy, gdzie nocowałem u byłej pani sołtys. Bardzo mili ludzie. Gospodyni była bardzo zadowolona, że znowu ich odwiedziłem, była to już moja druga wizyta u nich. Jak się dowiedziałem dzwoniąc do kolegów, oni nocowali w Międzyzdrojach. Tego dnia przejechałem tylko 97 km. Mogłem jeszcze jechać dalej, ale wolałem przenocować w Stępnicy.

Dzień dwunasty – 21 czerwca

Dzień rozpoczął się pogodnie. Pożegnałem gospodarzy i popedałowałem w stronę wyspy Wolin. Zwiedziłem skansen, osady Wikingów i Słowian, wstąpiłem do muzeum i pogadałem z jego kustoszem, wstąpiłem do starego kościoła po pieczątkę do KOP, na koniec zjadłem śniadanie i ruszyłem w stronę Świnoujścia. Planowałem zwiedzić pierwszą latarnię morską, ale gdy tam dojechałem, w kolejce oczekiwało tylu turystów, że zrezygnowałem i pojechałem dalej, w kierunku Międzyzdrojów. Mijałem parę rowerzystów, ale byli tak rozpędzeni, że nie chcieli rozmawiać. Niestety, pośpiech nie jest dobrym doradcą. Po kilku kilometrach zastałem ich na poboczu drogi, mieli poważny problem, kobieta na dość stromym zjeździe wywróciła się wchodząc w zakręt.

Do Dziwnówka zdążyłem dojechać zanim podniesiono most. Zadzwonił do mnie kolega Adam z Jastrzębia Zdroju i zaoferował mi pomoc w znalezieniu noclegu w Pobierowie u jego kolegi Franka. Pojechałem do Kamienia Pomorskiego, gdzie pozwiedzałem trochę miasto i ruszyłem dalej do Pobierowa. Tam znalazłem dom Franka, który już na mnie czekał z kubkiem dobrej kawy. Posiedzieliśmy trochę, pogadaliśmy. I on i ja mamy wspólną chorobę, więc mieliśmy wspólny temat do rozmowy, a i na inne tematy też sobie porozmawialiśmy. Na moje pytanie o koszt noclegu, odpowiedział mi, że tacy wędrowcy mają u niego zawsze ulgę i nic nie chciał. Zjadłem kolację i wyspałem się w wygodnym łóżku.

Dzień trzynasty – 22 czerwca

Poranek był bardzo pogodny. Wstałem dosyć wcześnie i zadzwoniłem do Kazika. Podpytałem o ich plany, byli w końcu prawie o dzień jazdy do przodu. Wtedy Franek zaprosił na kawę, zjadłem śniadanie, zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcia, a około 8 rano wyruszyłem w drogę. Najpierw dojechałem do Trzęsacza, tam obejrzałem ruiny kościoła nad samym brzegiem morza. Pogoda była dobra i wiatr zachodni, więc jechało się bardzo przyjemnie. Do Trzebiatowa zawitałem jeszcze przed południem. Miasto zwiedzałem w poprzednich latach, ale tym razem odwiedziłem stary zabytkowy kościół i podbiłem KOP. Przed kościołem spotkałem małżeństwo rowerzystów z Niemiec. Porozumiewaliśmy się trochę po rosyjsku, a resztę na migi i pokazaliśmy na mapach swoje trasy przejazdu. Kiedy wyjechałem z Trzebiatowa pogoda zaczęła się łamać, jednak nie padło, było ciepło. Do Bieczyna dojechałem w południe. Podbiłem książeczkę, obejrzałem stary kościół, wtedy przejeżdżałem przez wioski, które już dawniej odwiedzałem w ramach wczasów.

W Dźwirzynie, w okolicach Kołobrzegu, nie zabawiłem zbyt długo, bo to miasto również już kiedyś zwiedzałem. Podbiłem tylko paszport w latarni morskiej i wyruszyłem w dalszą drogę, w stronę Gąsek. Dojechałem tam nawet dosyć wcześnie, bo już o godzinie 17, po przejechaniu 97 km. Pod latarnią wypytałem o miejsca noclegowe, mogłem jeszcze dalej jechać, ale postanowiłem już tutaj przenocować i wykapać się w morzu. Zakwaterowałem się na polu namiotowym, poszedłem do sklepu, kupiłem sobie coś na kolację (prawie jak zawsze: pulpety, makaron, chleb, ciasto, czyli taka moja norma żywieniowa; pulpety albo flaczki, często gulasz lub fasolka, gołąbki, takie gotowe dania). Miałem kuchenkę gazową, to sobie gotowałem. Po kolacji poszedłem na plażę, morze było spokojne, woda bardzo ciepła, więc mogłem się wykąpać. Godzinę później wykupiłem sobie kąpiel na kartę chipową, na 10 minut, wykorzystałem 5, bo tyle mi wystarczyło. Rano zwrócono mi różnicę przy płaceniu rachunku. Niestety w nocy zaczęło padać i to lało dość solidnie.

Dzień czternasty – 23 czerwca

Jak wspomniałem nocą lało. I lało w dzień. Ale wyjątkowo poranek obył się bez deszczu. Jakoś szybko udało mi się spakować graty i w drogę. Najpierw do Sarbinowa. Okazało się, że droga jest w remoncie i ktoś zasugerował abym skrócił sobie drogę. Niestety zjechałem źle i pognałem na Koszalin. Jadąc w strugach deszczu szybko przejechałem przez miasto. Po drodze spotkałem kilku podróżników na rowerach. Jeden rowerzysta zrobił sobie ze mną zdjęcia, bo zawsze miał pragnienie jazdy dookoła Polski, ale nie miał na to czasu. Podróżował na rowerze, na którym jedzie się na leżąco (tak zwany rower poziomy).

W Bukowie Morskim zwiedziłem stary kościół i miałem okazję obserwować ochotniczą straż pożarną w akcji. Mieli akurat ćwiczenia w szybkości zbiórki po usłyszeniu syreny. Dalej jechałem przez Dąbki, Darłowo, Ustronie Morskie, a do latarni morskiej dojechałem dopiero po godzinie 18, kiedy latarnia była już zamknięta. Zadzwoniłem na podany na tablicy numer telefonu i latarnik przyszedł i podbił mi paszport Blizy. Przenocowałem w ośrodku wczasowym PTTK „Bałtyk”. Poznałem tam młodych rowerzystów, chłopaka i dziewczynę, z Poznania. Niestety w nocy znowu lało.

Dzień piętnasty – 24 czerwca

I znowu deszcz. Wszystko wilgotne. I w dodatku jeszcze awaria klocków hamulcowych. Jakoś udało się dojechać do Ustki. Tam znalazłem serwis rowerowy, naprawa trwała kilkanaście minut. Poprawiono mi również szprychy w kole, bo koło trochę biło. Dzień był deszczowy, ale udało mi się wyjść na latarnię morską w Czołpinie. Wspaniały widok na ruchome wydmy. Tam też spotkałem miłych niemieckich turystów. Byłem w skansenie wsi Słowińskiej i miałem możność wysuszenia odzieży. Na kolację zjadłem sobie sporej wagi (przeszło kilogram) golonkę z kapustą i pieczonymi ziemniakami. Obsługiwali mnie bardzo uprzejmi synowie właścicieli. Nawet kawę gratis na koszt firmy podali. Interesowali się moją jazdą. Spać poszedłem wcześnie. Jadąc z Kluk złapał mnie taki deszcz, że byłem zmuszony przerwać jazdę i zanocowałem w agroturystyce Pod Dębami. Nie było za tanio, ale było ciepło i sucho.

Dzień szesnasty – 25 czerwca

Poranek nareszcie pogodny. Słońce na niebie, ale za chmurami. Jest niedziela, to i ruch na drodze niewielki. Po drodze spotkałem kolegę-rowerzystę. Jechał szlakiem latarni morskich, ale odwrotnie niż ja (ze wschodu na zachód). Porozmawialiśmy przez chwilę. Niestety, pogoda załamała się około południa i do Łeby jechałem w deszczu. Miałem zamiar dojechać tam jeszcze dzisiaj, ale musiałem zmienić plany. Raz, że z powodu deszczu, przejazd traktem nad jeziorem Serbsko był utrudniony, bo zamienił się w bagno i rower musiałem pchać (teoretycznie mogłem dojechać gdzie planowałem), a dwa, w Sosinie pękła mi opona i dętka. Na szczęście był tam serwis rowerowy, czynny w niedziele, bo działał przy wypożyczalni rowerów. Kupiłem oponę i dętkę. Usunięcie awarii nie zajęło dużo czasu. Zostawiłem tam sakwy i zdążyłem jeszcze do latarni morskiej przed jej zamknięciem. Po przyjeździe do Sosina była godzina 18:30 i odeszła mi ochota na dalszą jazdę. Na miejscu zapytałem właścicieli wypożyczalni, czy pozwolą mi rozbić namiot obok stodoły, zgodzili się bez zastrzeżeń. Poszedłem do sklepu kupić coś do zjedzenia. Później okazało się to zbędne, bo zostałem poczęstowany gołąbkami, na co ja, w rewanżu, kupiłem bratu gospodyni piwo za pomoc przy naprawie roweru. Wieczór zleciał mi na rozmowie z gospodarzami.

Dzień siedemnasty – 26 czerwca

Poniedziałek. Pobudka o 6 rano. Śniadanie i poranna kawa to codzienny rytuał, zawsze tak samo, chyba, że pada deszcz i śpię pod namiotem. O godzinie 7 ruszam w stronę Choczewa. Tam zakupiłem nową oponę na zapas, bo bałem się, że znowu coś wyskoczy. Na ten dzień zaplanowałem długą jazdę. Chciałem odrobić straty. Kazik z Małgosią byli spory kawał drogi przede mną, a ja jeszcze musiałem odwiedzić Hel i Krynicę Morską. Ale wszystko po kolei. Z Choczewa dojechałem do latarni morskiej na Półwyspie Rozewie. Do Władysławowa dojechałem bardzo szybko, bo prawie cały czas było z górki. Pojechałem na Hel, po drodze wstąpiłem tylko do Muzeum Motyli – bardzo fajna ekspozycja stała motyli z całego świata. Na Hel jechało się całkiem fajnie, bo wiatr wiał w plecy. Miałem zamiar tam przenocować, ale była tak ładna pogoda, że ruszyłem w drogę powrotną. Niestety, nie było już tak przyjemnie. Wiatr się wzmógł i tym razem wiał mi prosto w twarz. Dojechałem do Chałup i postanowiłem pozostać tam na campingu. To był dotychczas najdłuższy etap podróży, bo aż 140 km.

Dzień osiemnasty – 27 czerwca

Obudziłem się wcześnie, camping jeszcze spał, spakowałem namiot, zagotowałem wodę na kawę i zjadłem śniadanie. Później zapłaciłem za pobyt i zaplanowałem sobie dalszy przejazd. Chciałem dojechać chociaż na wyspę Sobieszowską. Niestety, czasami nasze plany zostaną pokrzyżowane, ale ogólnie było ok. Miałem zamiar odwiedzić jeszcze kolegę-rowerzystę, Sławka. Poznaliśmy się kiedyś w Cieszynie, gdy podróżował do Pragi. Przeprowadził się on z Olsztyna do Gdyni. Dwa dni wcześniej zepsuł mi się aparat i zdjęcia robiłem komórką. Jakość ich nie była zadowaląjąca, więc gdy tylko zobaczyłem sklep z elektroniką, wstąpiłem i kupiłem aparat Canona, lustrzankę. Trochę za duży dla mnie, dlatego postanowiłem, że jak wrócę do domu, podaruję go córce Izabeli. Niedaleko Pucka, w Rucewie, zwiedziłem zamek. Do Gdyni wjechałem o godzinie 15. Zadzwoniłem od razu do Sławka i on powiedział mi dokąd jechać. Trochę nie tak pojechałem, ale napotkany po drodze rowerzysta sprowadził mnie na dobrą drogę. Musiałem tylko wynieść rower na estakadę, by dojść na ulicę Morską. U Sławka poczęstowano mnie dobrym obiadem, ciastem i kawą. Tutaj zastała mnie przykra wiadomość: kolega Kazik zachorował i trafił do szpitala. Małgosia została we Fromborku, a Kazik w szpitali w Braniewie, dokąd zdążyli dojechać. Od Sławka wyszedłem o godzinie 16:30. Jako że przeszła mi ochota na dalszą jazdę zacząłem szukać jakiegoś noclegu. W tańszych hotelach wszystko było zajęte. Akurat w tym czasie odbywał się w Gdyni festowal rockowy i miejsc noclegowych zwyczajnie nie było. Postanowiłem podjechać do Sopotu, na pole namiotowe. Ale po drodze zobaczyłem komendę hufca ZHP i tam zapytałem czy przypadkiem nie mają miejsc noclegowych, albo miejsca, żeby rozbić namiot. Zgodzili się na przenocowanie mnie i tak miałem dach nad głową na tę noc i to za jedyne 30 zł. Jak na Gdynię, to jak za darmo. Kupiłem trochę jedzenia, przygotowałem sobie posiłek w kuchni turystycznej, porozmawiałem z harcerzami, porobiłem trochę zdjęć i położyłem się wyjątkowo wcześniej spać.

Dzień dziewiętnasty – 28 czerwca

Noc szybko zleciała. Rankiem zjadłem śniadanie, spakowałem sakwy i ruszyłem w trasę do Gdańska. Jechałem ścieżką rowerową wzdłuż plaży. Na ulicach ruch był dość niewielki, więc jechało się bardzo przyjemnie. W Sopocie podbiłem książeczkę i pojechałem dalej. Jeszcze przed samym Gdańskiem wstąpiłem do serwisu, żeby zmienić oponę w przednim kole. Obserwowałem bawiące się wrony, które udawały martwe, a jak się im rzuciło chleb, to od razu wstawały. Do Nowego Portu przyjechalem o godzinie 10. Wyszedłem na szczyt latarni, skąd rozpościerał się wspaniały widok na port, na miasto i na Westerplatte. Przeprawiłem się na drugi brzeg tramwajem wodnym. Po Westerplatte nie jeździłem zbyt długo, bo już tam kiedyś byłem. Dalej ruszyłem w stronę wyspy Sobieszewskiej. Przypadkiem pomyliłem drogę. Pojechałem przez Stogi aż do Portu Wiślańskiego, ale z drugiej strony kanału, a przeprawy tam nie było. Dlatego też musiałem jechać spowrotem, a to było prawie 20 km więcej. Niezrażony tym dojechałem na Sobieszowską wyspę. Na końcu tej wyspy, tuż przed przeprawą promową, zatrzymałem się w barze i zjadłem obiad. Przeprawiłem się promem na drugą stronę. Z miejscowości Mikoszów dojechałem do Sztutowa. Miejscowe muzeum niestety było już nieczynne. Pojechałem więc dalej, do Krynicy Morskiej. Tego dnia przejechałem w sumie 100 km. Przenocowałem na prywatnym polu namiotowym z pełnym węzłem sanitarnym. Właścicielka campingu opowiedziała mi swoją historię osiedlenia się w tym miejscu.

Dzień dwudziesty – 29 czerwca

Poranek zaczął się deszczowo, przez co humor nie dopisywał. Podjechałem do centrum Krynicy i pod latarnię. Niestety, musiałem trochę poczekać, bo pocztę otwierają o 9, a latarnię o 10 rano. Po załatwieniu sprawy na poczcie i zdobyciu pieczątki w latarni, wybrałem się do obozu koncentracyjnego. Po krótkim zwiedzaniu ruszyłem na Żuławy. Przed Nowym Dworem Gdańskim znowu poszła dętka w przednim kole. Na szczęście do miasta dojechałem już bez kłopotów. Przy wjeździe wstąpiłem do sklepu „Sekrety natury”, żeby kupić coś do picia. Właścicielka sklepu była tak uprzejma, że poczęstowała mnie super zimnym napojem i bardzo smacznymi batonami z różnych nasion zbóż. Wstąpiłem jeszcze do muzeum żuławskiego. Następnie dojechałem do Myszewa. Tam podbiłem książeczkę u sołtysa i ruszyłem dalej. Przed Malborkiem złapała mnie ogromna ulewa. Byłem zmuszony przeczekać ją w sklepie spożywczym, co wykorzystałem na zjedzenie posiłku.

Sam Malbork również przywitał mnie ulewą. Zamku nie zwiedziłem, bo było już dosyć późno. Chciałem jeszcze z Malborka dojechać do Elbląga, ale musiałem jeszcze odwiedzić miejscowość Zambrowa. Wstąpiłem do gospodarzy, u których nocowałem w 2014 roku. Do Elbląga dojechałem po przejechaniu łącznie 115 km. Nocleg zaplanowałem na campingu, którego adres przesłała mi mieszkająca w Elblągu znajoma. Chciałem tam odwiedzić jeszcze znajomego, Karola Wyszyńskiego, ale było już za późno. Gospodarze campingu wspomnieli, że kilka dni wcześniej nocowali u nich Cieszyniacy. Poinformowałem ich, że to moi przyjaciele i wspomniałem o tym, jaki smutny los ich spotkał. Kazali mi bardzo serdecznie pozdrowić Małgosię i Kazika. Nocowałem obok rowerzysty Kurta z Niemiec, lat 68. I jak się rano okazało, również obok Irlandczyka, tego, co go poznałem w drodze na Hel. Z Kurtem porozumiewałem się po rosyjsku. Na szczęście deszcz przestał w końcu padać i mogliśmy spokojnie pogadać. Niestety w nocy padało, ale rano znowu była ładna pogoda. Kiedy Irlandczyk wstał, mogliśmy zrobić sobie wspólne zdjęcie. Niestety, kiedy wyjeżdżałem z Elbląga, zaczęło padać.

Dzień dwudziesty pierwszy – 30 czerwca

Przez cały dzień padał deszcz z krótkimi przerwami, ale i tak ciągle było zimno. Kiedy już wyruszałem zadzwonił do mnie ten znajomy co go miałem odwiedzić. Przeprosiłem go, ale niestety odwiedziny musiałem przełożyć na inny termin, bo trochę zaczynało mi się już spieszyć. Byłem bardzo do tyłu z kilometrami. Tego dnia byłem w Kadynach, gdzie widziałem 750-letni Dąb Bażyńskiego oraz pałac króla Prus. Następnie dotarłem do Tolkmicka. Po dojechaniu do Fromborka udałem się na camping, gdzie mieszkała Małgosia. Chwilę odpocząłem, wypiłem kawą i wraz z żoną Kazika pojechałem odwiedzić go do szpitala w Braniewie. Było mi żal kolegi, tak bardzo pragnął przejechać trasę rajdu dookoła Polski. Niestety, choroba go uziemiła. Po krótkiej wizycie pojechałem w stronę Pieniężna. Cały ten czas towarzyszył mi deszcz i silny wiatr. Za Pieniężnem miałem już dość i chciałem gdzieś przenocować. Nawet trafił się stróż nocny, który zaproponował mi miejsce noclegowe, ale odmówiłem, bo nie miałem niczego do zjedzenia, a i warunki były niezbyt dobre. Pojechałem do Ornety i tam się zatrzymałem w gospodarstwie agroturystycznym pani Zofii Ciesiul, bardzo sympatycznej pani. Kiedy zobaczyła w jakim jestem stanie, od razu dostałem pokój, a na dodatek wielki talerz wspaniałego żurku i herbatę z cytryną. Mimo tego, że pogoda była fatalna i dużo czasu spędziłem na odwiedzinach u znajomych oraz na zwiedzaniu, przejechałem 111 km.

Dzień dwudziesty drugi – 1 lipca

Poranek obył się bez deszczu, ale było pochmurno. Pożegnałem właścicielkę i ruszyłem w stronę Lidzbarka Warmińskiego. Wybrałem trasę rowerową biegnącą po dawnym nasypie trasy kolejowej łączącej przed wojną Ornetę i Lidzbark. Obecnie jest tam fajna trasa rowerowa, nad którą biegną murowane z cegły wiadukty. Jechałem już tym szlakiem w 2014 roku i złapałem tam wtedy gumę, na szczęście tym razem nie było już tak źle. Był tylko jeden mały incydent. W pewnym momencie szlak się kończył drucianym ogrodzeniem, jakieś roboty tam były, przez co zmyliłem szlak i trochę pobłądziłem w lesie. Ostatecznie odnalazłem drogę i bez większych problemów dojechałem do Lidzbarka Warmińskiego, miasta biskupów warmińskich. Na wjeździe do miasta wstąpiłem na cmentarz żołnierzy armii czerwonej. Po przyjeździe na zamek kupiłem sobie lokalny przysmak – piernik, podzieliłem się nim z pieskiem, który się do mnie łasił. Podbiłem książeczki, zrobiłem sobie zdjęcia i wyruszyłem w dalszą drogę. Już na wyjeździe zaczęło padać, ale utrzymało się to tylko przez jakieś 20 minut. Po drodze obejrzałem trzy stare motory. Ktoś wystawił je na sprzedaż. Stały tam SHL i Gazela.

W Bisztynku widziałem diabelski kamień, jeden z trzech wielkich głazów narzutowych Polski. To drugi taki olbrzym jaki widziałem. Poznałem tam również ciekawy zwyczaj, a może raczej była to jakaś plastyczna kompozycja, drzewa były poubierane w kolorowe kubraczki uszyte z wielokolorowych szmatek. Przed Reszlem znowu niestety klops, poszła opona. Wjechałem w szczelinę w asfalcie tak pechowo, że rozerwała się także dętka. Usunięcie awarii zajęło mi dobrą godzinę. Dobrze, że miałem zapasową oponę. Niestety, to nie był koniec złej passy. Po kilkunastu kilometrach znowu dziura, ale tym razem w przednim kole i kolejny czas stracony na naprawę. W Reszlu byłem o godzinie 17, akurat przed mszą wieczorną, zastałem jeszcze jakiegoś księdza na parafii, podbiłem KOT i KOP. Porobiłem jeszcze trochę zdjęć i pojechałem dalej. Pewnie dojechałbym do Kętrzyna, ale niestety, w Świętej Lipce spotkał mnie deszcz. Skutecznie zniechęciło mnie to do dalszej jazdy. Już tam kiedyś, w tej miejscowości, nocowałem. Teraz zrobiłem zakupy i udałem się prosić o pozwolenie na rozłożenie namiotu obok domu pielgrzyma. Dzień zakończyłem z 87 km na liczniku. Przygotowałem sobie jeszcze kolację i wcześnie udałem się na spoczynek. Do snu kołysał mnie spadający na tropik namiotu deszcz, po chwili trochę mnie to już denerwowało. Z tego co czytałem w Internecie, pogoda na kolejny dzień nie zapowiadała się zbyt obiecująco. Niestety, tak też było. O poranku zbudziły mnie dudniące w namiot krople deszczu.

Dzień dwudziesty trzeci – 2 lipca

Zrobiłem śniadanie, spakowałem mokry namiot i ruszyłem w strugacj deszczu w dalszą drogę. Była niedziela. W Kętrzynie wszystko pozamykane, a chciałem kupić dodatkową oponę składaną, żeby mieć na zapas. Na szczęście supermarket był czynny, a w nim dział rowerowy. Pogoda nadal była paskudna. Wilczy Szaniec obejrzałem w deszczu. Jadąc dalej w stronę Radziejowa, bardzo martwiła mnie droga jaka do niego prowadziła wcześniej. Szczęśliwie, moje obawy okazały się bezzasadne, droga była nowa. W Węgorzewie udałem się do Muzeum Kolejnictwa. Później, w Baniach Mazurskich, w barze Stary Młyn posiliłem się smacznymi kartaczami i wypiłem kawę. Na nocleg zajechałem do Gołdapi. Dojechałem tam dopiero o godzinie 20 i od razu skierowałe się do zajazdu Jurand. Zatrzymywałem się tam już przy okazji mojego pierwszego rajdu dookoła Polski.

Dzień dwudziesty czwarty – 3 lipca

Dzień rozpoczął się bardzo pogodnie. Dało mi to sporo radości, bo miałem już dosyć deszczu i chmur. W sakwach wszystko wilgotne. Po zrobieniu śniadania i pożegnaniu właścicielki, pewna pani dała mi na drogę konserwę z tuńczykiem i paprykarz szczeciński. Drogi, którymi jechałem, poznałem już wcześniej. Droga wiodła przez Puszczę Ronicką, nie było prawie żadnego ruchu, a i widoki były wspaniałe. Wokół tylko las i bagna.

W Żytkiejmach odwiedziłem Dom Polonii. Byłem tam już wcześniej. Kierowniczka ośrodka od razu rozpoznała mnie i poczęstowała kawą. Teren wokół był pagórkowaty, nie na darmo nazywano go dawniej górami. Do Suwałk dojechałem popołudniu. Uzupełniłem w Biedronce prowiant i pojechałem na Wigry. Noclegu szukałem w schronisku PTTK, ale niestety przedstawiał żałosny widok. Było nieczynne. Zresztą i tak hotele PTTK są za drogie. Dobre miejsce znalazłem praktycznie nad samym jeziorem, w Agroturystyce Wigry 6, u państwa Aurelii i Idzisława Druzba. Za 20 złotych miałem spanie w moim namiocie, prąd za darmo i kąpiel oraz dostęp do kuchni. Po kolacji poszedłem na spacer nad jezioro i pod klasztor Kamedułów. Obejrzałem mały stateczek, którym podobno pływał Papież podczas wizyty nad Wigrami. Pogadałem trochę z gospodarzem na campingu. Później spotkałem jeszcze sympatycznych Czechów i też przez chwilę porozmawialiśmy. Wtedy poszedłem już spać.

Dzień dwudziesty piąty – 4 lipca

Poranek był pogodny, ale nieco wietrzny. Namiot cały mokry od rosy, a to nigdy nie jest dobry znak. Jak wiatr wieje na rosę – wróży deszcz. I tak też było i tym razem. Do Frącek jechało się dobrze i szybko, teraz równy i drogi znane mi już wcześniej. Po drodze mijałem małe domki, charakterystyczne dla regionu Suwalszczyzny. We Frąckach rozpadało się dokładnie tak samo jak kilka lat temu, kiedy tam pierwszy raz przyjechałem. Pierwszy deszcz przeczekałem pijąc kawę na stacji bezynowej. Niestety, nie mogłem dłużej czekać, bo to drogi nie skróci, a planowałem dojechać chociażby do Lipska. Przedzwoniłem do Kazika, do szpitala, w tym dniu akurat wychodził. Jednak droga ich powrotu miała być inna i nie mogliśmy się spotkać. Do Augustowa zawitałem w południe. Zupełnie mokry postanowiłem zjeść obiad. Wstąpiłem do napotkanego baru nad jeziorem, zjadłem dobry obiad: kotlet z surówką, flaki i deser. Kiedy wyjeżdżałem z Augustowa deszcz w końcu przestał padać. Wstąpiłem do Muzeum Kanału Augustowskiego. Po drodze spotkalem chłopaków z Krakowa na rowerach. O godzinie 15 na niebie pojawiły się ciężkie chmury. Do Lipska nie było już daleko, widziałem nawet wieżę kościoła, jednak przed deszczem nie zdążyłem. Na szczęście w pobliżu był przystanek PKS, gdzie mogłem schronić się przed wielką ulewą i burzą z piorunami. Nawałnica trwała dobre 40 minut, a po niej zaświeciło słońce. Dlasza droga przebiegała już w słońcu. Lipsk minąłem nawet nie biorąc pod uwagę noclegu tam. Pojechałem do Sokółki. Byłem tam o godzinie 18. Wstąpiłem na stadion sportowy po pięczątkę, ale do miasta nie wjeżdżałem, bo zwiedziłem je przy okazji poprzednich wyjazdów. Tego dnia przejechałem 165 km, to mój rekord życiowy, mimo takich warunków meteorologicznych. Nocleg załatwiłem sobie w schronisku szkolnym w miejscowości Krynki. Spałem na Sali razem z wychowawcami z domu dziecka z Gliwic, którzy podróżowali z wychowankami na rowerach po Suwalszczyźnie. Pogadaliśmy trochę i przyszła pora na sen. To był udany dzień.

Dzień dwudziesty szósty – 5 lipca

Krynki, to stare miasto na wschodzie Polski, dziś daleka prowincja, ale dawniej liczące się centrum handlu. Wyróżnia się rynkiem – wychodzi z niego 12 ulic, są takie tylko trzy w Europie, m.in. w Paryżu. Jadąc z Krynek prawie cały czas pozostawałem na Green Velo. Mijałem takie miejscowości jak Kruszyniany, gdzie obejrzałem minaret jednej z większych wspólnot muzułmańskich jacy mieszkają od wieków na tych ziemiach. Kiedyś już tędy jechałem, ale wtedy lał deszcz i ta droga, na codzień piaszczysta, była nieprzejezdna. Musiałem rower pchać. W Kruszynianach odwiedziłem Jurtę Tatarską – restaurację i agroturystykę. Zjadłem śniadanie, ale nie tatarskie, zjadłem naszą tradycyjną jajecznicę, którą popiłem kawą. Do Gródka przyjechałem w godzinach przedpołudniowych. Tam spotkała mnie miła przygoda. Pani redaktor radia Białystok poprosiła mnie o wywiad. Pytała o cel wędrówki i jak odbieram tereny Białostocczyzny. Odpowiedziałem jej, że to nie mój pierwszy pobyt tutaj. Szkoda, że nie ma tego nagrania, a znaleźć go w sieci nie umiałem.

Z Gródka pojechałem do Jałówki, a następnie do Narewki. Ale nim tam dojechałem, to i złapał mnie deszcz i trochę dałem się zwieść jakiemuś skrótowi, co okazało się nie lada przeprawą, bo skrót znowu prowadził po krzakach, a na następnie nasypem kolejowym biegnącym przez jezioro. Na koniec wiódł przez most kolejowy, gdzie kładka dla pieszych była tak szeroka jak mój rower z sakwami. Zanim przejechałem jakieś może ze sto metrów od mostu, zaczęło padać. Do Narewki jechałem w deszczu. Tam zrobiłem małe zakupy, bo nie liczyłem, że dojadę do Białowieży. Deszcz był bardzo mocny i zaczynałem szukać noclegu. Przed samą puszczą przestało w końcu padać. Spotkałem chłopaka na rowerze, z Poznania, więc kolejne kilkanaście kilometrów pokonaliśmy razem. Czas szybko zleciał. Wspomniałem mu, że kiedyś na tej drodze zerwał mi się pedał i rower w nocy przyszło mi pchać. Tym razem nie pedał, a guma złapana, wbił mi się kawałek szkła. Stało się to w Pogorzeli, akurat spotkaliśmy chłopaków z wioski – ekologów, protestujących przeciwko wycince puszczy. Jeden z nich okazał się serwisantem rowerów i pomógł mi wymienić dętkę. Miałem tak skostniałe palce z zimna że sam tego nie mogłem zrobić, na dodatek byłem bardzo mokry. Dzięki jego pomocy awaria szybko została usunięta i pojechaliśmy dalej do Białowieży. Na miejscu okazało się, że mamy problem z noclegami i dopiero na polu namiotowym „Pod Bocianem” mogliśmy przenocować. To bardzo przyjazne dla rowerzystów miejsce. Jest kuchnia i są prysznice i cena przystępna, bo tylko 25 złotych.

Dzień dwudziesty siódmy – 6 lipca

Poranek był słoneczny, co bardzo mnie ucieszyło. Po wczorajszym deszczu, to była miła odmiana. Przyszykowałem śniadanie, pożegnałem się z kolegą, który jeszcze zostawał, bo umówił się z przewodnikiem na zwiedzanie puszczy. Poranna droga do Hajnówki szybko zleciała. Na miejscu wstąpiłem do prawosławnej cerkwi po pieczątkę i niezwłocznie ruszyłem w dalszą drogę w stronę Kleszczeli. Po drodze znowu złapałem gumę. Klejenie i wymiana zajęło mi jakie 30 minut. Trochę straty, ale droga po równinie w krainie żubrów nie była trudna i można było szybko jechać.

W Kleszczelach, kiedy robiłem sobie zdjęcie, podszedł do mnie starszy człowiek. Zaintrygowała mnie wpięta w jego marynarkę odznaka lotnika. Ten przyjazny starszy pan zaprosił mnie do swojego prywatnego muzeum minerałów. Opowiedział mi sporo o tych jego „dzieciach”, jak nazywał te swoje półszlachetne kamienie z całego świata. Były tam szafiry z Chin, Rosji, Afryki, Ameryki. Jedne małe jak pięść, inne metrowej długości. Kolekcja mieściła się w dwóch izbach starego domu. Kiedy byłem w tej wiosce kilka lat temu poszedłem basen. Tym razem zrezygnowałem z wizyty, bo czas naglił. W sklepie z używaną odzieżą kupiłem jeszcze kurtkę na chłodniejsze dni, bo w mojej zamek się zepsuł. Dalsza droga przebiegała już bez specjalnych przygód.

W Siemiatyczach podbiłem książeczki. Nie zatrzymywałem się tam na dłużej, ponieważ kiedyś już miałem dwudniowy postój w tym miejscu. Po przejechaniu Bugu znalazłem się w województwie Mazowieckim. To jego najdalej wysunięty na wschód obszar. W Mierzwicach odwiedziłem gospodarstwo agroturystyczne, w którym nocowałem w poprzednim roku. Gospodarze byli mile zaskoczeni odwiedzinami. Pogadałem z nimi chwilę i pojechałem w stronę Sierpic. Jadąc lasami nad Bugiem widziałem skutki niszczycielskiej mocy wiatru. Przeszedł tamtędy parę dni przed moim przyjazdem. To była wielka nawałnica wyrywająca duże drzewa z korzeniami, skręcająca pnie. Na nocleg zajechałem do Pensjonatu Ostoja, polecam wszystkim. Komfortu wielkiego nie ma, ale można wynająć sobie camping, taki, jakie budowano w latach wczesnego Gierka. Na murach wisiały plakaty propagandowe z czasów PRL, było niezwykle cicho i nad samym urwistym brzegiem Bugu.

Dzień dwudziesty ósmy – 7 lipca

Poranek był słoneczny. Na śniadanie przygotowałem pulpety z makaronem, do tego zaparzyłem kawę. Przed odjazdem zrobiłem jeszcze kilka zdjęć ośrodka i wyruszyłem w trasę. Droga wiodła wśród pól i lasów. Mijałem liczne wioski, na rogatkach wielu z nich z nich wisiały plakaty informujące o afrykańskim pomorze świń. Do Janowa Podlaskiego przyjechałem około 10. Obejrzałem zamek i mały ryneczek. Janów to obecnie wieś, ale kiedyś było miastem. Do stadniny już nie jechałem, bo byłem tam dwukrotnie wcześniej. Na rynku stoją stare dystrybutory paliwa, to taka lokalna ciekawostka. W sklepie zakupiłem jeszcze dwie dodatkowe dętki i praktycznie od razu się przydały, bo znowu złapałem gumę w przednim kole. I to jedną po drugiej. Jedną wymieniłem, napompowałem koło, przejechałem ledwo kilka kilometrów i znowu dziura. Po dojechaniu do Terespola wstąpiłem do serwisu, gdzie kupiłem nową oponę, a serwisant sprawdził mi dokładnie obręcz w rowerze. Doszliśmy do wniosku, że powodem tych awarii była niewielka zadra na obręczy. Mogła ona przebijać oponę i naciskając na dętkę robić dziurę. Od handlującego przed sklepem Ukrainca, albo Białorusina, kupiłem fajne spodenki na rower za całe 10 zł.

Dalsza droga do Kodenia przebiegała spokojnie. Spotkałem małżeństwo rowerzystów, którzy jechali szlakiem kościołów. Kolejnym etapem był Romanów, gdzie kiedyś nocowałem. W Pałacu Kraszewskich, w którym urodził się Ignacy Kraszewski, okazało się, że pani kustosz, która niegdyś mnie gościła, przeszła już na emeryturę. W pałacu nie było już pokoi gościnnych. Zamieniłem kilka słów z obecnym kustoszem, który jak się okazało, w czasach studenckich miał znajomą z Cieszyna. Gdy się już pożegnaliśmy ruszyłem do miejscowości Włodawa. Na miejscu zrobiłem zakupy i jadąc dalej rozglądałem się za jakimś noclegiem. Dojechałem do Sobiboru, gdzie w przydrożnym gospodarstwie „Sosnowy Bór” znalazłem nocleg – możliwość rozbicia namiotu. Poznałem fajnych turystów na motorach. Całą noc lało, na szczęście był tam altana, gdzie mogłem postawić rower i moje pranie, żeby jakoś przeschło. Do obozu już nie jechałem, bo byłem w nim wcześniej, a droga prowadząca do niego nie była zbyt dobra. Miejscami miała pełno dziur.

Dzień dwudziesty dziewiąty – 8 lipca Poranek nie zapowiadał zbyt pogodnego dnia. Po całonocnej ulewie zostały kałuże. Było zimno, ale musiałem jechać dalej. Pierwszą miejscowością na trasie była Wola Uhruska, gdzie mogłem podbić książeczkę w sklepie, bo wszystko inne było zamknięte. Akurat odbywał się w tej miejscowości zlot motorowy. Następnie minąłem Dorohusk i Horodło, tam zjadłem obiad. Zwiedziłem miejsce, w którym stał kiedyś zamek książąt litewskich. Na wysokiej skarpie przed Horodłem, nad Bugiem, tam gdzie niegdyś Kościuszko przegrał bitwę, usypano kopiec ku jego pamięci. Pojechałem dalej. W Zosinie w sklepie zjadłe coś słodkiego i kefirek. Następnie minąłem Hrubieszów, po drodze zobaczyłem tylko pradawną osadę i rozglądałem się za jakimś noclegiem, albo miejscem, w którym mógłbym rozłożyć namiot. Niestety, na wschodzie Polski baza noclegowa jest bardzo słaba. I tak przejechałem 149 km, aż dojechałem do Witkowa. Zawsze mnie zastanawia, dlaczego ta miejscowość jest obowiązkowa do odwiedzenia, nic tam nie ma ciekawego. Jedynym miejscem, w którym można dostać pieczątkę jest dom sołtysa. Nocleg znalazłem u miłych gospodarzy. Kiedy zapytałem gospodynię, czy nie ma w okolicy jakiegoś noclegu, zaproponowała mi, że mogę namiot u nich na podwórku rozłożyć. Stanowiłem nawet atrakcję wieczoru, bo przyjechały to tych państwa córki z rodzinami i wszyscy byli zainteresowani moją podróżą.

Dzień trzydziesty – 9 lipca

Kolejny dzień jazdy i to jazdy non stop. W inne lata robiłem sobie dzień przerwy, a w tym roku postanowiłem jechać bez odpoczywania. Poranek był pogodny. Gospodyni zadzwoniła do sołtysa i on oczekiwal już na mnie przed domem z pieczątką. Wcześnie rano wyruszyłem do Tarnoszyna. Dotarłem tam około godziny 10. Zobaczyłem pomnik zamordowanych przez Ukraińską Powstańczą Armię mieszkańców wsi i okolic. W Płazowie zjadłem drugie śniadanie (kefir truskawkowy i słodką drożdżówkę). W Bełżcu obozu nie zwiedzałem, bo już tam kiedyś byłem. Przede mną była jazda przez Roztokę Południową. Jest to piękny krajobrazowy teren, porosły wspaniałymi lasami, niestety, źle oznaczone są trasy rowerowe i kosztowało mnie to prawie godzinę kluczenia po leśnych duktach. Spotkałem tam parę rowerzystów z dzieckiem, którzy jak i ja szukali drogi. Mieli nawigację, ale całkowicie nieprzydatną, bo zasięgu nie było. Ja jakoś za pomocą słońca i mapy znalazłem ścieżkę leśną w kierunku południowego wschodu i dojechałem do asfaltowej drogi. Stąd do uzdrowiska było już tylko 10 km drogi. Oby tylko tego uzdrowiska nie zburzyli, bo to taki relikt postkomunistyczny. Kto to widział, żeby chłop po sanatoriach jeździł. To sanatorium, gdzie większość pacjentów, to rolnicy. Kupiłem sobie po drodze mały słoik miodu dla osłody. Miał być niby do herbaty, ale zjadłem go od razu, taki był smaczny. Dalsza droga przebiegła spokojnie. W Oleszycach wstąpiłem do lodziarni w rynku. Właściciele poznali mnie, bo już tam na lodach byłem. Po 120 km dojechałem do Jarosławia, tam znalazłem nocleg w schronisku młodzieżowym. Spałem, a jakaś nawiedzona osoba chodziła nocą po korytarzu do recepcjonistki, żeby upominała mieszkańców, że jest cisza nocna. Tylko, że tam nikogo nie było.

Dzień trzydziesty pierwszy – 10 lipca

Poranek był pogodny i rześki. Wstałem bardzo wcześnie, zrobiłem sobie śniadanie i już od godziny 7 byłem w trasie. Ruszyłem znanymi mi już drogami w stronę Przemyśla, Dojechałem do niego w godzinach popołudniowych. Chwilę pozwiedzałem miasto, zrobiłem zdjęcie z wojakiem Szwejkiem, którego Jaroslav Hašek umieścił w swojej powieści. Kiedy jechałem z Przemyśla do Krasiczyna dopadł mnie deszcz. I nie opuszczał mnie przez długi czas. Czekał mnie morderczy podjazd, już tego tam kiedyś doznałem, ale po wyjeździe mogłem podziwiać panoramę bieszczadzkich pasm górskich. Po krótkim odpoczynku ostra kazda w dół krętą drogą do Birczy. Podjechałem na rynek, w Urzędzie Gminy podbiłem książeczkę i obejrzałem pomnik milicjantów i żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, którzy polegli w walkach z banderowcami. Zjadłem obiad, a następnie wyruszyłem w dalszą drogę do Ustrzyk Dolnych. Był to bardzo wyczerpujący etap, bardzo górzysty i pełen serpertyn. Przed Ustrzykami Dolnymi zatrzymał mnie patrol Wojsk Ochriny Pogranicza. Zostałem wylegitymowany i dość długo sprawdzali mnie w jakiejś bazie danych. W tym czasie porozmawiałem z dowódcą patrolu, okazało się, że był na jakimś szkoleniu w Cieczynie, jak był tam jeszcze jednostka. Miło wspominał miasto. W Ustrzykach byłem o zmierzchu i znowu spotkałem się z problemem braku bazy noclegowej w umiarkowanej cenie. Udało mi się ostatecznie znaleźć pensjonat, w którym wszystkie pokoje wynajmowali geodeci robiący mapy kartograficzne Bieszczad, wszystkich zabudowań, itp. Zgodzili się mnie przenocować, bo nie było jeszcze ich wszystkich. Poczęstowali kolacją i rozmawialiśmy ze sobą do późnej nocy. Rano poczęstowali mnie również śniadaniem. Panowie mieszkali na codzień w Ciechocinku.

Dzień trzydziesty drugi – 11 lipca Tego dnia postanowiłem dojechać do Komańczy, ale w planach miałem jeszcze odwiedziny u kolegi, który mieszka w miejscowości Czarne. Prowadzi on tam agroturystykę „Źródło-odnowy”, polecam wszystkim, już tam u niego nocowałem w trakcie poprzedniej jazdy dookoła Polski. U Janka spędziłem prawie dwie godziny, poznałem przy okazji kolegę z Wrocławia. Mieliśmy wspólnego znajomego – Franka, u którego nocowałemw Pobierowie. Janek poczęstował mnie kawą, pogadaliśmy i ruszyłem w drogę. Pierwszym punktem na trasie były Ustrzyki Górne. Droga, jak to w górach, bardzo trudna, sporo wzniesień, ale za to szybki zjazd w dół rekompensował wysiłek jazdy pod górę. Za Ustrzykami zaczęło padać i utrzymywało się to prawie do samej Cisnej. Na miejscu zjadłem nieduży posiłek i ciągle w deszczu ruszyłem w stronę Komańczy. Po drodze spotkałem studentkę z Cieszyna, chwilę porozmawialiśmy i trzeba było jechać dalej. Deszcz na szczęście przestał padać, niebo się w miarę wypogodziło i mogłem podziwiać wspaniałe bieszczadzkie widoki. To była bardzo przyjemna jazda, cicho, żadnych samochodów, słychać tylko ptaki i koniki polne. W Komańczy załatwiłem sobie nocleg w agroturystyce „Schron”, polecam, jest czysto i niedrogo (zapłaciłem 25 złotych) i miałem gdzie ugotować. Gospodarz nawet sobie mnie przypomniał. W 2015 roku wraz z kolegą Pawłem szukaliśmy noclegu i niestety w tym miejscu wszystko było zajęte. Z ciekawostek, woda Komańczy ma bardzo ostry smak. Niegdyś było tam uzdrowisko. Szkoda, że obecny wójt gminy nie chce by ludzie przyjeżdżali się tutaj leczyć (takie zdanie miał właściciel noclegowni). Spać poszedłem dosyć wcześnie, mimo, że przejechałem tego dnia tylko 118 km, to byłem bardzo wyczerpany. Moje ostatnie dni, każdego przejechane ponad 100 km, dawały o sobie znać. Ale obiecałem wnukowi, że na jego 11 urodziny dojadę do Cieszyna, to i na pedały naciskałem solidniej.

Dzień trzydziesty trzeci – 12 lipca

Poranek był wspaniały, słoneczny, niebo bez chmur deszczowych, a jedynie pełne białych obłoczków. Ten dzień był dla mnie prawdziwym wyzwaniem. Postanowiłem, że jeśli jazda będzie dobrze szła, dojadę aż do Piwniczej. Niestety, nie udało się, ale jednak 164 km przejechałem, dotarłem aż do Adamowa. Ale po kolei... Najpierw odwiedziłem Dukle, a w niej muzeum i pałac. Zobaczyłem ekspozycję stałą militariów jakie używano podczas walk na przełęczy dukielskiej, w czasie drugiej wojny światowej. Z Dukli do Nowego Żmigrodu jechało się nawet przyjemnie. Wiatr wiał w plecy przez cały czas. Przez Gorlice tylko przejechałem, nie zwiedzałem miasta, bo już to uczyniłem dwukrotnie przy okazji poprzednich wyjazdów. Na nocleg dojechałem do Adamowa, ale jazda w ciemności jedynie przy rowerowym słabym oświetleniu nie była zbyt przyjemna. Tam rozbiłem namiot przed wejściem do pensjonatu. Nikt tam nie mieszkał, ale jego gospodarz, po uprzednim skontaktowaniu się z nim, zgodził się na to. Tak więc namiot miałem pod dachem, na dużej, gumowej wycieraczce. Zjadłem kolację i położyłem się spać. W nocy bardzo mocno się rozpadalo. Ale mój namiot był zupełnie suchy. Pomysł, by rozbić się na tarasie, okazał się trafiony.

Dzień trzydziesty czwarty – 13 lipca

Po poprzednim, wyczerpującym dniu, obudziłem się mimo wszystko bardzo wcześnie. Przestało padać i nawet wyszło słońce. Zjadłem ciepły posiłek, wypiłem kawę i ruszyłem w drogę. Niestety, do Piwnicznej jechałem w deszczu, bo znowu się rozpadało. Taka aura utrzymywała się aż do Starego Sącza, do tego rower zaczął płatać figle – tylne koło zaczęło bić, ale szczęśliwie dojechałem do Lecka. Na miejscu wycentrowałem sobie trochę koło, przynajmniej na tyle, by dało się dalej jechać. Zjadłem tutaj jeszcze obiad. W Krościeńku znalazłem serwis, w którym szybko usunięto awarię. Dalsza trasa biegła ostro pod górę. W drodze do Czorsztyna odwiedziłem osadę Romów. Pogadałem z nimi, a dzieci poczęstowałem czekoladą. Później wyruszyłem w trasę już bez deszczu, ale za to drogą pełną wzniesień. Była ona bardzo urokliwa, z widokiem na Tatry. Po przyjeździe do Bukowiny Tatrzańskiej czekał mnie kolejny ostry podjazd. To był bardzo wyczerpujący etap. Do Zakopanego dojechałem dopiero w godzinach nocnych. Początkowo nie mogłem znaleźć noclegu i dopiero o godzinie 23, przy pomocy młodej Ukrainki wyprowadzającej psa, udało się coś znaleźć. Dziewczyna znała sporo miejscowych, którzy wynajmowali pokoje. Zadzwoniła do właścicieli „Leśnego Dworku”, a ci przyjęli mnie na nocleg. Mimo, że było drogo, bo kosztowało mnie to aż 80 zł, mogłem skorzystać z jacuzzi, prysznica, a gospodyni przyniosła mi jeszcze chleb, kawę, herbatę i dwie konserwy z tuńczykiem.

Dzień trzydziesty piąty – 14 lipca

Poranek był tego dnia zimny, ale słoneczny. Postanowiłem dojechać aż do Żywca. Jechałem trasą przez Chochołów. Spotkałem po drodze rowerzystkę ze Szczecina, która jechała samotnie dookoła Polski. W Czarnym Dunajcu kupiłem sobie kurtkę. W jablocje zjadłem obiad i ruszyłem ostro przez Zubrzyce na Przełęcz Krowiarki. Dalej w dół prosto do Zawoji i Makowa Podchalańskiego przez Suchą Beskidzką. Przejechałem w sumie przeszło 120 km. Nocowalem w Żywcu. W „Rybaczówce” gospodarze pozwolili mi rozbić namiot. Niespodziewanie zaczął padać deszcz, nocowałem więc w campingu, nie bybło luksusowo, bo do mek ten służył jako magazyn karmy dla ryb, ale przynajmniej był tapczan i nie padało na głowę. Było wygodniej niż w namiocie.

Dzień trzydziesty szósty – 15 lipca

Ranek był deszczowy. Jak się tak zastanowić, to jest chyba moja najbardziej deszczowa wyprawa na jakiej byłem. W Żywcu wstąpiłem na zamek i podbiłem książeczkę rowerową. Następnie pojechałem w stronę Węgierskiej Górki. I co za miła niespodzianka... Spotkałem naszego klubowego kolegę z małżonką – Jasia Woszczyńskiego. Z Węgierskiej Górki ruszyłem na Kamesznicę i niefortunnie wjechałem w jakąś dziurę. Koło scentrowało i ocierało o hamulec. Żeby usunąć awarię musiałem poświęcić dwie godziny. Trzeba było rozpakować sakwy, wycentrować koło i ustawić hamulce. Dalej jechałem drogą z Kamesznicy pod Koczy Zamek do Koniakowa. Dzień był bardzo wyczerpujący, dlatego dojechałem tylko do Wisły i poszukałem noclegu. Przejechałem tylko 135 km i miałem dosyć. Nocowałem w Istebnej, ugoszczony przez „Złoty Groń”, drogo bo drogo, ale co tam. Była sauna, jacuzzi, basen, szwedzki stół, pełny relaks i wypoczynek.

Dzień trzydziesty siódmy – 16 lipca

To już ostatni dzień. Po dobrym śniadaniu, spakowaniu rzeczy, ogoleniu się, wymianie czystej odzieży, ruszyłem do Cieszyna. Do miasta dojechałem, na luzie, tak jak zaplanowałem. O umówionej godzinie, na rynku, czekali na mnie koledzy z Ondraszka. Była Danka, Ela i Kasia oraz Kazik Holisz z bratem. Kazik już w miarę sprawny po przebytej chorobie. Tak zakończyła się moja kolejna wyprawa po Polsce. Przejechałem łącznie 4.146 km.

Leszek Szurman - "Wędrowniczek"
Galeria
57 Zlot Przodowników Turystyki Kolarskiej PTTK Świdnica

10.06.2017 - 17.06.2017

Teraz, kiedy opadły już emocje zlotowe, można przystąpić do podsumowania niedawnych wydarzeń. Należy podkreślić, że zlot to impreza, która z roku na rok przyciąga coraz więcej uczestników. W Świdnicy było nas już prawie 580, a dokładnie w tym samym okresie czasu do Cieszyna – tyle, że 11 lat temu – przyjechało niecałe 300 osób. Taka ilość rodziła poważne problemy organizacyjne, gdyż mało który organizator dysponuje tak obszerną bazą noclegową. Tu również nie było inaczej i spora część zlotowiczów – w tym naszej ondraszkowej ekipy – została zakwaterowana na drugim końcu miasta. Dlatego też, pomimo tego, że byliśmy jedną z najliczniejszych ekip na zlocie, ciężko było nam się spotkać w całości.

Główna baza zlotu mieściła się jednak na campingu, a codzienne odprawy odbywały się w pobliskiej hali lodowiska, więc ci, którzy mieszkali pod namiotami byli stale w centrum wydarzeń. A działo się wiele dobrego. I znów porównując poprzednie imprezy trzeba przyznać, że każda kolejna dodaje do organizacyjnego kanonu coś ciekawego. Tutaj organizatorzy wykonali kawał dobrej roboty, aby wszyscy byli zadowoleni i czuli się dowartościowani. Składały się na to codzienne pilotowane wycieczki rowerowe na kliku trasach , z czego skwapliwie korzystała większość uczestników. Ondraszki eksplorowały teren w różnych konfiguracjach osobowych. Często spotykaliśmy się na trasach choć jechaliśmy w różnych kierunkach. A było co zwiedzać. Do ciekawych miejsc, które zobaczyliśmy należy na pewno zaliczyć: Kościoły Pokoju w Świdnicy i Jaworze (znajdują się na liście UNESCO), słowiańską górę Ślęża, podziemia Riesse w Walimiu oraz zamek Książ. Wartością dodaną były spotykane, liczne na tym terenie, krzyże pokutne oraz pałace dawnego niemieckiego ziemiaństwa zachowane w różnym stanie. Należy też dodać, że licznie występują tu dawne folwarki, które jako poniemiecka własność nie miały dobrego gospodarza przez co obecnie w większości są zrujnowane i straszą załamanymi dachami.

Było też kilka wycieczek autokarowych, w tym na stronę czeską do Adšparskich Skał i do Wrocławia. Ondraszki również skorzystały z tej opcji zwiedzania. Zlot rozpoczął się i zakończył tzw. „świdnickimi biesiadami” przy ufundowanych grillowanych kiełbaskach i muzyce.

Dnia 14.06.2017 po powrocie z tras zorganizowano blok szkoleniowy „Bezpieczny rowerzysta”. Można tu było pod okiem fachowców próbować reanimować fantoma, poznać techniki masażu sportowego, zrobić profesjonalny przegląd roweru i pogadać z uczniami jedynej w Polsce średniej szkoły sportowej o profilu kolarskim.

Przez cały czas była też możliwość wzięcia udziału w wielu różnorodnych zmaganiach konkursowych. Nasz zespół, w zmieniającym się składzie, uczestniczył niemal we wszystkich. Trzeba przyznać, że z bardzo dobrym skutkiem. Okazało się, że w konkursie na hasło zlotowe najwyżej ocenione zostało to, które wymyślił duet „Olo” i „Czorno”, zdobyli tym samym I miejsce. A hasło brzmiało:

"TKK Ondraszek przyjechał na zlot z Cieszyna do Świdnicy, gdzie przyjaźń i przygoda na rowerze najbardziej sie liczy!"

Drużyna Ondraszka startująca w interesującej rowerowej grze miejskiej zajęła z kolei drugą lokatę. To samo miejsce zajęła ekipa startująca w ciekawym konkursie „Kocham cię Świdnico”, który przypominał organizowany przez telewizję popularny blok konkursowy „Kocham Cię Polsko”. W indywidualnych zmaganiach osobiście zająłem dwa V miejsca: w konkursie z zakresu wiedzy o ruchu drogowym oraz w konkursie krajoznawczym. Nic więc dziwnego, że przy wręczaniu nagród czerwone koszulki naszego klubu były wyjątkowo widoczne.

Warto też wspomnieć, że w konkursie Komisji Turystyki Kolarskiej ZGPTTK na najaktywniejszy klub w Polsce w roku 2016 zajęliśmy VII miejsce i odebraliśmy dyplom. Do ciekawych pomysłów należy na pewno organizacja rowerowej procesji w dniu Bożego Ciała. Wzięło w niej udział ok. 300 uczestników (czyli większość zlotowiczów), a role ołtarzy pełniły kościoły w okolicznych miejscowościach. Ksiądz kursował przed nami autem witając u progu poszczególnych stacji – kościołów, a na zakończenie, do mszy św. służył nasz „Olo”, gdyż jak się okazało przez długie lata był ministrantem. W wolnych od eksploracji terenu chwilach odbywały się oczywiście wieczorne Polaków rozmowy. Było bardzo sympatycznie znów spotkać się w gronie dawno niewidzianych przyjaciół z całej Polski. Niestety tydzień szybko minął, lecz rozstawaliśmy się pocieszeni informacją, że jest już znane miejsce i organizator zlotu AD2018.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
XVII Rajd do źródła Olzy

24.06.2017

Tradycyjnie już, w czerwcu, turyści rowerowi z obu stron Olzy spotykają się w Jabłonkowie, aby wspólnie udać się na Gańczorkę, gdzie znajdują się jedne spośród wielu źródeł Olzy. Start w Lasku Miejskim w Jabłonkowie przygotowali czescy koledzy z PTTS-u „Beskid Śląski” wspólnie z członkami PZKO. Po powitaniu przybyłych uczestników, dopełniono ostatnich formalności związanych z wypełnieniem listy obecności, po czym cały 44-osobowy peleton ruszył w obstawie Policji Miejskiej z Jabłonkowa w kierunku granicy z Polską w Bukowcu. Utartym szlakiem dotarliśmy do Istebnej Tartaku. Stamtąd początkowo bocznymi drogami, a później ścieżką przez łąkę i las, chętni do zwiedzania dotarli do pracowni i galerii obrazów Jana Wałacha. Mogliśmy tam obejrzeć małe i duże, mam na myśli format, prace artysty wykonywane w różnych technikach malarskich, ponadto drzeworyty oraz inne pamiątki po artyście. Po zwiedzeniu muzeum powróciliśmy do rowerów i udaliśmy się w dalszą drogę wzdłuż Olzy w kierunku Gańczorki. Droga do źródełka, które było celem naszej wyprawy, wiodła nową ścieżką wykonaną przez leśnictwo Istebna.

Przy źródełku Władek Kristen przypomniał historię odkrycia tego miejsca, opowiedział kilka anegdot z nim związanych oraz zaintonował “Płyniesz Olzo”, którą wszyscy uczestnicy odśpiewali gromkim głosem. Następnie, już bez żadnych przygód (pamiętamy ubiegłoroczne spotkanie z dziką bestią!) dotarliśmy do rowerów i pojechaliśmy na metę przygotowaną w pensjonacie „Maria”. Tutaj czekał na nas posiłek, a dzięki uprzejmości GOK Istebna przygrywała nam też 2-osobowa kapela góralska.

Na zakończenie wycieczki zostały wręczone puchary ufundowane przez:

  • Wójta Gminy Istebna
    • dla najliczniejszej grupy zorganizowanej (ekipa PTTS ”Beskid Śląski”w Czechach),
  • PZKO
    • dla najstarszego uczestnika (Józef Štirba z PTTS),
    • dla najmłodszego uczestnika (Mateusz Wałach z PTTS).

W tym roku puchary w komplecie powędrowały na Zaolzie.

Wiceprezes Jarosław Rezmer - “Bystry”
Galeria
XX Jubileuszowy Rodzinny Rajd Rowerowy

25.06.2017

Dnia 25 czerwca 2017 roku, przy pięknej pogodzie, cieszyński rynek stał się miejscem spotkania kilku pokoleń rowerzystów, którzy wyruszyli na trasę tegorocznej, jubileuszowej już XX edycji rodzinnego rajdu rowerowego. Impreza ta na stałe zagościła w kalendarzu wydarzeń sportowo-rekreacyjnych miasta organizowanych przez nasz klub. Patronat honorowy nad tym wydarzeniem objął p. Ryszard Macura - Burmistrz Miasta Cieszyna, p. Krzysztof Glajcar - Wójt Gminy Goleszów, na terenie której zorganizowano metę, a także p. Jacek Tyczkowski - Prezes Oddziału PTTK „Beskid Śląski” w Cieszynie. Patronat medialny objął „Głos Ziemi Cieszyńskiej”, a imprezę kilkukrotnie anonsowano na jego łamach, a także „Wiadomości Ratuszowych” oraz stronach internetowych miasta, powiatu oraz klubu. W odstępach czasu kilkukrotnie ponawiano również plakatowanie w miejskim systemie ogłoszeniowym.

Celem imprezy było propagowanie czynnego wypoczynku na rowerze jako środka integrującego rodzinę, promowanie oznakowanych ścieżek rowerowych, poznanie uroków Ziemi Cieszyńskiej oraz popularyzacja wiedzy z zakresu pomocy medycznej i bezpiecznego poruszania się po drodze.

W rajdzie udział wzięło ok. 130 uczestników, przedstawicieli aż czterech pokoleń, w tym nastoletnich gości z USA, którzy przyjechali tutaj na wakacje. Licznie była reprezentowana grupa dzieci i młodzieży. W rajdzie uczestniczyli przedstawiciele grup zorganizowanych, należących do okolicznych turystycznych klubów kolarskich: „Przerzutka” Zebrzydowice, „Ondraszek” Cieszyn, a także „Wiercipięta” Jastrzębie-Zdrój.

W ramach opłaty wpisowej uczestnicy otrzymali pamiątkową koszulkę z wyszczególnieniem wszystkich dotychczas zorganizowanych rajdów, a także najnowszą wersję mapy tras rowerowych Śląska Cieszyńskiego. Konferansjer i komandor imprezy Zbigniew Pawlik przekazał informacje o czekających uczestników atrakcjach, a obecny na starcie (wraz z rowerem!) Burmistrz Miasta p. Ryszard Macura, a także Honorowy Prezes Oddziału PTTK w Cieszynie p. Ryszard Mazur, w swoich wystąpieniach przekazali słowa uznania startującym. Patronat medialny nad imprezą objął „Głos Ziemi Cieszyńskiej”, której reporter wykonał uczestnikom grupowe zdjęcie. Był też obecny reporter z TV Ostrawa - sekcja polska i przeprowadził wywiady z prowadzącymi imprezę oraz burmistrzem Miasta Cieszyna. O godzinie 1000 wystartowała pierwsza grupa. Na tym rajdzie, dotychczasowy wielki i pilotowany przez Policję peleton, został zastąpiony małymi maksymalnie 15-osobowymi grupami, które dojeżdżały na metę wieloma trasami, prowadzone przez klubowych przodowników turystyki kolarskiej. Była też możliwość indywidualnego przejazdu w ramach przygotowanej rowerowej gry terenowej, z czego skorzystało 5 zespołów. Ogólnie trasy liczyły ok. 20 km i prowadziły przez malownicze tereny gminy Goleszów aż do gospodarstwa agroturystycznego Etnochata „Topolej”, gdzie zorganizowano metę. W trakcie odpoczynku na trasach prowadzący przekazali uczestnikom słodki poczęstunek ufundowany przez firmę Mondelez Olza.

Na mecie uczestników powitała w imieniu władz gminy Zastępca Wójta p. Grażyna Porębska-Jochacy, pracownik Urzędu Gminy Goleszów, p. Tomasz Lenkiewicz oraz p. Ryszard Mazur. Tutaj uczestnicy otrzymali ciepły posiłek i po krótkim odpoczynku przystąpiono do realizacji zaplanowanego bloku sportowo-rekreacyjnego. Odbyły się następujące konkurencje:

  • Konkurs rysunkowy dla dzieci „Moja wycieczka rowerowa”. Wszystkie prace wykonane kredą na kartonach przez naszych milusińskich zostały nagrodzone upominkami. Najmłodsza artystka miała 2,5 roku.
  • Konkurs „bieg w workach” dla dzieci, zwyciężyli:
    1. Jonasz Raszka, 10 lat,
    2. Szymon Górniak, 5 lat,
    3. Marcin Pońc, 10 lat.
    Dodatkowo za zaangażowanie w konkurencję uhonorowano Alicję Węglorz, 4 lata.
  • Konkurs wiedzy „Rowerzysta w ruchu drogowych ”, zwyciężyli:
    1. Jarosław Rezmer 10 pkt,
    2. Mariusz Bubik 8pkt,
    3. Janusz Czech 7 pkt.
  • Konkurs „Wymiana dętki w rowerowym kole” na czas, zwyciężyli:
    1. Henryk Słowiak 52.05 sek,
    2. Henryk Brylewski 57.39 sek,
    3. Mariusz Bubik 68,8 sek.
  • Konkurs rzutu oponą, kategoria: dorośli, zwyciężyli:
    1. Jadwiga Przywara 15 pkt,
    2. Andrzej Nowak „Ziołowy” 12 pkt,
    3. Fryderyk Wędrzyn 11pkt.
  • Konkurs rzutu oponą, kategoria: dzieci, zwyciężyli:
    1. Jonasz Raszka,
    2. Miłosz Fijałkowski,
    3. Marcin Pońc.
    Dodatkowo uhonorowano Erwina Pawliczka.

Zwycięzcy we wszystkich zmaganiach konkursowych otrzymali nagrody rzeczowe. Otrzymali je również uczestnicy rowerowej gry terenowej, którzy na podstawie mapy startowej, ze znalezionych w terenie liter odcyfrowali hasło „Na rowerze z Ondraszkiem”. W ramach bloku edukacyjnego szkolenie ze sztucznego oddychania przeprowadził p. Grzegorz Gawłowski, zastępca szefa grupy GOPR w Cieszynie. Uczestnicy mogli pod jego kierunkiem samodzielnie sprawdzić nabytą wiedzę na przygotowanym fantomie. Inną atrakcją mety było tez stoisko firmowe Dr Marchewka, gdzie prowadzono nieodpłatne badania wzroku.

Najbardziej oczekiwaną częścią imprezy było zapewne wręczenie ufundowanych pucharów. Otrzymali je:

  1. W kategorii „Rodzina rajdowa”: 4-osobowa rodzina p. Górniaków. Puchar ufundowany przez Burmistrza Miasta Cieszyna wręczył p. R. Mazur.
  2. W kategorii „Najwcześniej urodzeni rajdowicze”: puchary ufundował wójt Gminy Goleszów, a otrzymali je: Krystyna Pawliczek oraz Władysław Gojniczek oboje z klubu Ondraszek. Puchary wręczyła p. Grażyna Porębska-Jochacy.
  3. W kategorii „Najliczniejsza grupa zorganizowana”: puchar ufundowany przez Honorowego Prezesa Oddziału PTTK „Beskid Śląski” w Cieszynie zdobyła 12-osobowa ekipa z klubu „Przerzutka” Zebrzydowice, a wręczył go osobiście sam fundator. 11-osobowej grupie przedstawicieli klubu „Wiercipięta” Jastrzębie wręczono dodatkowo upominek.

Wyróżniono również rajdowych juniorów:

  1. W kategorii „Rajdowego Juniora”, czyli najmłodszego rowerzysty, który samodzielnie pokonał trasę, nagrodę rzeczową otrzymał 6 letni Benjamin Mrózek (r. 2011).
  2. W kategorii „Najmłodszy uczestnik rajdu”, słodką nagrodę i upominek odebrała Aleksandra Węglorz (r. 2014), która była pasażerem na rowerze rodziców.

Impreza mogła zostać zrealizowana dzięki pomocy następujących instytucji oraz firm:

  • Urządu Miejskiego w Cieszynie
  • Starostwa Powiatowego z Cieszyna
  • Urządu Gminy Goleszów
  • firmie Mondelez Polska S.A. Oddział Olza Cieszyn
  • oraz innych
a przede wszystkim dzięki bezinteresownemu zaangażowaniu wielu osób z Turystycznego Klubu Kolarskiego „Ondraszek”, którzy zapewnili pełną organizację oraz obsługę tego wydarzenia.
Prezes TKK Ondraszek, Zbyszek Pawlik - Rechtór
„Z rowerową wizytą u sąsiadów” – okolice Bielska-Białej

09.07.2017

Wyprawę tradycyjnie przygotował nasz bielski Ondraszek - Włodek Nowak. Uczynił to niezwykle starannie, a temat był podany w dość tajemniczej formie. Włodek miał też znajomości wśród „czynników wyższych”, gdzie zamówił piękną pogodę, którą dostarczono na czas.

Nic zatem dziwnego, że przy dworcu PKP w Bielsku zebrało się nas prawie 20 Ondraszków. Po powitaniu i objaśnieniu jakie atrakcje przed nami, pojechaliśmy przez centrum miasta do muzeum „Dom Tkacza”. Jest to wierna rekonstrukcja drewnianego budynku z XVIII wieku. Oryginalny niestety spłonął w 1986, tuż przed otwarciem muzeum. Wewnątrz odtworzono warsztat i mieszkanie zamożnego mistrza sukienniczego, co przypominało o tkackich tradycjach Bielska. Na poddaszu z kolei zebrano ekspozycję etnograficzną strojów regionalnych z okolic, w tym z Beskidu Śląskiego, Pszczyny oraz Małopolski (m.in. Wilamowic).

Jadąc dalej, korzystając ze ścieżek rowerowych, dotarliśmy do Gemini Parku, gdzie akurat odbywał się zlot „maluchów”. Zadziwiające, jak to małe autko, jeszcze nie tak dawno popularne na drogach, stało się obiektem kolekcjonerskim, a niektóre z nich były naprawdę dopieszczone. Następnie podjechaliśmy do Bystrej. Tutaj zatrzymaliśmy się na dłużej zwiedzając muzeum artystyczno-biograficzne Juliana Fałata, który zmarł tu w 1929 roku i został pochowany na miejscowym cmentarzu. Ten znany polski malarz z przełomu XIX i XX wieku, rówieśnik Wojciecha Kossaka, kupił w 1910 roku posiadłość, w której obecnie znajduje się muzeum. Oprowadzała nas sama pani kustosz i w interesujący sposób omówiła zbiory dokumentujące życie prywatne, osiągnięcia i kolekcję obrazów mistrza. Przedstawiono też dzieje słynnej, a obecnie nieistniejącej panoramy Berezyna, która była dziełem spółki Fałat & Kossak. J. Fałat był bardzo sławny i ceniony, choć jak się dowiedzieliśmy, życie go jednak nie rozpieszczało. Temat był tak ciekawy, że nie wiadomo kiedy zleciała nam cała godzina, a i tak nie wszystko udało się nam zobaczyć.

Następnym przystankiem w naszej rowerowej peregrynacji był kościół parafialny w Rybarzowicach. Ksiądz proboszcz powitał nas serdecznie i opowiedział historię świątyni. Parafianom „od zawsze” wystarczał mały XIX-wieczny kościółek. Jednak obecnie był już za ciasny i postanowiono go w niekonwencjonalny sposób powiększyć. W 2004 roku z boku dobudowano sporej wielkości rotundę, potem zlikwidowano jedną z bocznych ścian i w ten sposób powstała jedna świątynia składająca się z dwóch części - dawnej i nowoczesnej - co wewnątrz jest doskonale widoczne. Dodatkowym atutem tego miejsca był pięknie zaaranżowany ogród otaczający cały kościół. Z błogosławieństwem otrzymaliśmy też pieczątki do KOT-ów oraz breloczki ze Świętym Krzysztofem – patronem podróżników.

Teraz ruszyliśmy super ścieżką rowerową w górę potoku Żylica i dojechaliśmy docelowo do Szczyrku, gdzie znajdowała się meta naszej wycieczki. Tutaj, w regionalnej gospodzie, mieliśmy zamówiony obiad, za czym wszyscy już tęsknili oraz mieliśmy dowiedzieć się czym jest rzeczona niespodzianka.

Było nią spotkanie z miejscowym gawędziarzem - instrumentalistą. Ubrany w góralski strój przyniósł całe naręcze różnych fujarek na których grał, a w przerwach gawędził o tym jak „hańdowni bywało”. Zagrał też na dudach oraz stuletniej harmonii-guzikówce.

I tak radośni i najedzeni ruszyliśmy w drogę powrotną. Niespodziewanie natknęliśmy się na „prawie prawdziwego” Ondraszka, który był ozdobą miejscowego festynu sportowego. Wykonane rodzinne zdjęcie na pewno trafi do annałów historii naszego klubu. Część ekipy ruszyła przez Przełęcz Salmopolską do Wisły i Cieszyna, a część (zmotoryzowanych) wróciła w miejsce startu. Ogółem przejechałem 47 km, a wyprawę zaliczam do udanych i niezwykle ciekawych.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Dzień „Paparazziego”

16.07.2017

Paparazzi zaprosił uczestników na rowerową podróż szlakiem ciekawych miejsc na trasie do Bielska. Jako że były określone dwa miejsca startu: w Cieszynie i Skoczowie, skorzystałem z tego drugiego. Na placu targowym wraz z kilkoma uczestnikami oczekiwałem na przybycie peletonu dowodzonego przez prowadzącego. Przyjechali niebawem i było nas już 13 Ondraszków i kilku sympatyków.

Paparazzi jest znany z tego, że ma rower obwieszony wszelkimi gadżetami, z GPS’em na czele. Dzięki temu, kilkukrotnie zaskoczył nas, prowadząc naszą wycieczkę dotąd nieznanymi nam ścieżkami. Przejechaliśmy przez Pogórze na dawny trakt bielski, a w Grodźcu skręciliśmy pod stare zamczysko Grodeckich. Tutaj nastąpił krótki odpoczynek. Obeszliśmy cały zamek dookoła, podziwiając po drodze piękne pomnikowe drzewa w parku. Dalej podjechaliśmy na wzgórze Goruszka, gdzie zobaczyliśmy odrestaurowaną zamkową kaplicę grobową. Następny przystanek nastąpił również na wzgórzu Goruszka, lecz już w Jaworzu - w miejscu, gdzie właściciele tej miejscowości wybudowali w XVIII wieku altanę widokową - świątynię dumania. Od tego czasu okoliczne drzewa mocno się rozrosły zasłaniając cały widok z altany. Jaworza specjalnie nie zwiedziliśmy, jednak podjechaliśmy do niedawno otwartej tężni solankowej. Warto było skorzystać z możliwości nawdychania się zdrowego „morskiego” powietrza. Ciekawe, że tężnia ma całkiem odwrotną konstrukcję niż ta w Dębowcu. Tutaj trzeba dookoła niej chodzić, więc korowód kuracjuszy i spacerujących w tym samym kierunku ludzi, robił wrażenie… więziennego spacerniaka.

Z Jaworza do Bielska to już prawie rzut beretem. Przejechaliśmy jeszcze koło lotniska w Aleksandrowicach, obserwując startujące i lądujące szybowce. W Bielsku, korzystając ze ścieżek rowerowych, dojechaliśmy na metę - do pączkarni w Białej. Prowadzący obiecał na starcie, że tutaj zafunduje uczestnikom po „kreplu” (pączku) i słowa dotrzymał. Tutaj też zakończyła się pilotowana część wycieczki i powrót każdy organizował sobie na własną rękę. Jako że pogoda była wspaniała, a Bielsko to miasto godne dłuższego pobytu, większość z nas pojechała najpierw na zamek, a potem na rynek do Bielska. Trzeba przyznać, że zmieniło się tutaj dużo i obydwa miejsca wyglądają naprawdę wspaniale: chociażby zamkowy dziedziniec, który w całości został przykryty szklanym zadaszeniem opartym na specjalnej ażurowej konstrukcji.

Do Skoczowa dojechałem w towarzystwie Łukasza oraz Gwarka zatrzymując się na dłużej w Jaworzu. A to, co zobaczyliśmy, niedługo stanie się celem kolejnej naszej ondraszkowej wyprawy. Tą niedzielną wycieczkę poza miasto zaliczam do bardzo udanych.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Rowerowym szlakiem Green Velo - cz. II Północne Mazury

18.07.2017 - 22.07.2017

W ubiegłym roku przejechaliśmy po Green Velo od jego początku, czyli od Elbląga, po Bartoszyce (na skraj Warmii). Na ten rok pozostały nam Mazury. Mieliśmy na to 4 dni, co w zupełności wystarczyło.

Ostatecznie, ze względów logistycznych, w tym samym składzie („Rechtór”, „Afi” i J. Pawlik) dojechaliśmy samochodem do Kętrzyna. Tutaj porzuciliśmy auto i przepakowaliśmy bagaż na rowery by wyruszyć na spotkanie z przygodą. W Barcianach napotkaliśmy znajome pomarańczowe drogowskazy z charakterystycznym logo Green Velo. Miasteczko z krzyżackim zamkiem i średniowiecznym kościołem na pewno było warte zobaczenia, a dobry obiad, w jedynej chyba restauracji, też nas błogo nastroił. Zaraz za Barcianami znaki skierowały nas na boczną żwirową drogę i… tak miało w większości pozostać do końca wyprawy. Niedaleko, ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu, spotkaliśmy osadę o znajomej nazwie - Pastwiska - jakże niepodobnej do naszej cieszyńskiej dzielnicy.

Cechą mazurskiego odcinka szlaku było to, że trzymał się z boku głównych dróg i związanych z nimi miejscowości. Przez większość trasy jechaliśmy zatem w sielsko-wiejskim krajobrazie, a mijaliśmy jedynie bociany i krowy. Nasza żwirowa dróżka była porządnie oznakowana i nawet wyposażona w bariery w miejscach o bardziej stromych skarpach. Według mnie była to lekka przesada, że np. na skrzyżowaniach z innymi polnymi dróżkami, gdzie jedynym napotkanym pojazdem mechanicznym mógł być traktor, znaki drogowe obwieszczały koniec drogi rowerowej by kawałek dalej zaznaczyć znów jej początek. Co kilkanaście kilometrów rozmieszczono MOR-y (Miejsca Obsługi Rowerzystów) w postaci zadaszonej wiaty, stojaków na rowery oraz budki z toaletą (toi-toi). Trzeba podkreślić, że choć urządzono je czasami na zupełnym pustkowiu, wszystkie były zadbane, trawa wokół wykoszona, a w WC był nawet papier toaletowy. Widać, że szlak ma swojego lokalnego opiekuna. Na dojazdach do większych miejscowości (np. Węgorzewo, Banie Mazurskie, Gołdap) nasza żwirowa dróżka zamieniała się w porządnie oznakowany asfaltowy pas, towarzyszący lokalnej drodze powiatowej. Wszędzie była jednak separowana od drogi publicznej tak, że auta trzymały się od rowerów w bezpiecznej odległości.

Węgorzewo przywitało nas przydrożnym banerem wieszczącym, że jest to rowerowa stolica Polski. Skoro jesteśmy w stolicy, to zostaliśmy tutaj nieco dłużej. Na nocleg zakotwiczyliśmy w agroturystyce w Węgorzewie. Nazajutrz zboczyliśmy ze szlaku, aby objechać dookoła jezioro Mamry, czyli zaliczyć „Małą pętlę Mamr”. Celem było zobaczyć pałac w Sztynorcie Wielkim oraz kompleks niemieckich, dobrze zachowanych bunkrów w Mamerkach. Plan ten nie do końca wypalił, gdyż pałac był w remoncie, a bunkry zamiast zwiedzać to zmuszeni byliśmy wykorzystać do przeczekania ulewy, która nas akurat dopadła. I tak po przebyciu około 40 km, z czego prawie połowę w deszczu, przemoczeni, znów znaleźliśmy się w punkcie wyjścia, czyli w Węgorzewie. Na szczęście wreszcie przestało padać, więc pojechaliśmy dalej i znaleźliśmy nocleg w osadzie Grądy Węgorzewskie, w agroturystyce „Zielona dolina”. Piękne to miejsce i mili gospodarze, więc godne polecenia na dłuższy popas.

Na rowerze taszczyłem też namiot, który tym razem się przydał. Miło wspominamy dwa noclegi pod namiotem na campingu MOSiR nad jeziorem Gołdap, no może za wyjątkiem komarów, które nas mocno atakowały. W ostatnim rowerowym dniu pojechaliśmy już bez bagażu do punktu końcowego naszej wyprawy. Był to trójstyk granic Rosji, Litwy i Polski o nazwie „Wisztyniec” położny około 40 km na wschód od Gołdapi. I tak obchodząc dookoła granitowy obelisk z wyrytymi godłami odwiedziliśmy od razu je wszystkie. Jak się później okazało w Rosji byliśmy nie całkiem legalnie, bo na tablicy obok jak wół pisało, że obowiązuje zakaz wchodzenia na ich kawałek terenu.

Nieopodal był też pomnik naszego Green Velo - w sam raz na pamiątkowe zdjęcie - z ukończenia jego północnej części. Po drodze w Stańczykach podziwialiśmy niezwykłe, najwyższe w Polsce, wiadukty kolejowe, tzw. „akwedukty północy”. Wiadukty wybudowano w celu przerzucenia linii kolejowej nad głębokim jarem rzeki Błędzianki. Powstały dwa identyczne tuż przed I Wojną Światową oraz zaraz po niej. Pociągi jednak wykorzystywały tylko jeden z nich, a i to do czasu gdy Rosjanie w 1944r. w ramach „wyzwalania” zdemontowali tory kolejowe i wywieźli je na wschód. Pozostało tylko torowisko, obecnie częściowo wykorzystane na ścieżkę rowerową oraz infrastruktura kolejowa. W mijanej miejscowości Żytkiejmy na elewacji dawnego dworca była nawet wyraźnie widoczna jej dawna niemiecka nazwa.

W Stańczykach miało też miejsce niezwykle miłe przypadkowe spotkanie z rowerową grupą organizatorów zlotu przodowników turystyki kolarskiej w Świdnicy. Jechali w przeciwnym kierunku Hajnówki z zamiarem dotarcia do Gdańska. Jako, że mieliśmy na sobie akurat zlotowe koszulki więc łatwo się rozpoznaliśmy.

Podsumowując, trzeba przyznać, że te 200 km mazurskiego odcinka trasy nie oferuje tylu zabytków kultury materialnej co warmiński odpowiednik, w zamian stawiając na obcowanie z przyrodą. Mile zapamiętamy sielskie krajobrazy z jeziorami w tle, urocze miejscowości, Puszczę Romincką oraz całkiem konkretne podjazdy (ostatni fragment to region o nazwie Mazury Garbate). Na pewno warto się zatrzymać na dłużej w Węgorzewie, gdzie wytyczono wiele lokalnych ścieżek rowerowych oraz w Gołdapi - jedynym na Mazurach uzdrowisku z niedawno otwartym parkiem zdrojowym, leczniczymi wodami oraz tężnią całkiem jak w Ciechocinku.

Po drodze spotykaliśmy czasem i innych rowerzystów-sakwiarzy, którzy jak my odkrywali uroki szlaku i myślę, że doszli podobnego wniosku: warto jechać na Green Velo!

PS. powinni też się na Green Velo wybrać budowniczowie lokalnych ścieżek rowerowych, aby mieć pojęcie jak powinny one wyglądać.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Wlachów rowerowe wędrowanie: Warmia i Bory Tucholskie

23.07.2017 - 29.07.2017

Jak co kroku od 14 lat wyruszyliśmy na wakacje w stylu agroturystyka w dwóch lokalizacjach, odległych od siebie o 100-250 km, po około tygodniu w każdej, naturalnie z rowerami.

Na pierwszy tydzień, od 23 do 29 lipca zakotwiczyliśmy w Dorotowie, 6 km od Olsztyna, w pensjonacie Dolina Wierzby nad leśnym jeziorkiem. W ciągu 5 godzin przejechaliśmy całą Polskę (dzięki Wam, Drogowcy za Wasz trud!), po czym 1 godzinę przez krótki odcinek drogi w budowie, a potem jeszcze przez 2 godziny kluczyliśmy po Lasach Łańskich, by dotrzeć na miejsce. W poniedziałek zjeździliśmy rowerami cały Olsztyn, zwiedzając zabytkową starówkę, zaglądając do starego Ratusza z XIV w., Bazyliki Katedralnej pod wezwaniem Św. Jakuba z XIV w., kościoła garnizonowego z lat 1913-1915, objeżdżając parki z fontannami i wzdłuż Łyny, przejeżdżając pod wiaduktami kolejowymi z XIX w., podobne do suwalskich Stańczyków. W drodze powrotnej zajechaliśmy nad jezioro Ukiel (Krzywe), jedno z 14(!) w obrębie miasta, a potem nad jezioro Kortowskie w dzielnicy Kortowo, którą opanował Uniwersytet Warmińsko-Mazurski, przekształcony z przeniesionej tu swego czasu z Cieszyna Wyższej Szkoły Rolniczej.

Kolejny dzień minął nam na szlaku zamków krzyżackich i biskupów warmińskich oraz kościołów gotyckich i ratuszy z różnych okresów architektonicznych, więc odiwedziliśmy: Dobre Miasto - bazylikę kolegialną z XIII w., wieżę ciśnień i inne atrakcje); Ornetę – tu zwiedziliśmy XIV-wieczny kościół bazylikowy św. Jakuba i ratusz z XIV w. z najstarszym na Warmii, również XIV-wiecznym dzwonem; Lidzbark Warmiński – zobaczyliśmy Muzeum w gotyckim Zamku Biskupów Warmińskich z XIV w., który jest jednym najlepszych przykładów średniowiecznej architektury obronnej, ze świetnie pokazaną elektronicznie historią jego rozbudowy aż do XVIII w., połączoną z makietą, na której podświetlały się kolejne pokazywane na filmie etapy rozbudowy. Krużganki na dziedzińcu nawiązują w stylu do Wawelu. Ogrody wokół, ale i wcześniej wymienione elementy obronne, projektował Ignacy Krasicki, gdy był tam biskupem. W dawnym kościele ewangelickim jest teraz cerkiew, niestety zamknięta, ale zrobiłam zdjęcie przez olbrzymią dziurę od klucza!

Po drodze między tymi miastami oraz powrotnej do Dorotowa zobaczyliśmy mnóstwo gotyckich, neogotyckich, szachulcowych, kamiennych, mniejszych i większych kościołów, ryneczków i zabudowy zwartej lub pojedynczych domów. Widać, że te rejony trochę łaskawiej zostały potraktowane przez różne wojny, jakie się przetoczyły przez wieki. W czwartek pojechaliśmy na południe – Lasami Łańskimi wokół jeziora Łańskiego do dawnego Ośrodka wczasowego władz państwa z okresu PRL w Łańsku :). Naturalnie trasa wiodła ścieżką rowerową leśną, wiejsko-miejską, przez Ząbie i Kurki, gdzie zatrzymaliśmy się w barze rybnym o wdzięcznej nazwie „Ryba w Kurkach”, potem szlakiem pieszym leśnym aż do Łańska – nic takiego, czego można by zazdrościć komukolwiek, ośrodek obecnie ogólnodostępny, choć ze szlabanem i strażnikiem, ale bez gadania bezzwłocznie go podnoszącym, gdy nadjeżdżaliśmy, a potem już tylko przez Gągławki na kwaterę. Piękna wycieczka!

W piątek, na odmianę i zakończenie, miała miejsce wycieczka na zachód, do warmińskiego Lourdes, czyli Sanktuarium Matki Bożej w Gietrzwałdzie, jedynego w Polsce miejsca udokumentowanych objawień Matki Bożej, ze swoją Kalwarią, bogatą historią, gdzie o polskość ziem w XIX/XX w. walczył m.in. niemiecki pastor Wuhl, który obok kościoła, wraz ze swoją rodziną jest pochowany.

Drugi tydzień, spędzony w Borach Tucholskich, w Linówku koło Śliwic, wraz z synem Wojtkiem i wnuczkami Zosią i Hanią już nie był tak mocno rowerowy, ale… zanim przyjechali, zdążyliśmy zajechać do Fojutowa, gdzie ciekawostką jest wzniesiony w latach 1845-49, długi na 75 m akwedukt, skrzyżowanie dwóch dróg wodnych: Wielki Kanał Brdy płynący 11 m ponad prostopadle do niego przepływającą rzeką Czerską Strugą! Wokół mnóstwo turystów oglądających, a też pływających kajakami. Jechaliśmy lasami gminy Czersk, które za 2 tygodnie, to jest tydzień po naszym stamtąd wyjeździe, nawiedziła niszczycielska straszna wichura! Innym razem zrobiliśmy wycieczkę rowerową ścieżkami Parku Narodowego „Bory Tucholskie”, gdzie patrząc z wysoka na pięknie położone jeziorko leśne, wykonałam typowo szczypiorniacki pad odrzucając rower w przeciwną stronę… ręka boli do dzisiaj.

Podsumowanie: piękna nasza Polska cała – załączam zdjęcia na dowód, żeby tylko wszyscy umieli to docenić.

Ala – „Czorno”
Galeria
Obóz kolarski PTTS-u Południowe Morawy

08.08.2017 - 15.08.2017

W dniach od 8 do 15 sierpnia 2017r. uczestniczyliśmy – Basia i Andrzej Nowakowie oraz Ala i Marian Wlachowie w tygodniowej wyprawie rowerowej zorganizowanej przez Hanię i Romana Piszkiewiczów w Hlubokiej nad Wełtawą. Oprócz organizatorów (był z nimi Ich wnuk) i wyżej wymienionych Ondraszków byli inni Trampowcy – Zdzichu Fierla, Władek Niedoba, Józef Štirba z córką Grażynką, Halina i Jurek Gurbielowie oraz Ich przyjaciele i znajomi, razem 21 osób. Pobyt mieliśmy zamówiony w campingu Krziwonoska nad małym jeziorkiem, choć z poprzedniej epoki, to w dość dobrym stanie (camping ?), z wyremontowanymi (w większości) domkami kampingowymi.

Okolice Hlubokiej okazały się pięknymi terenami, coś w rodzaju naszych Mazur albo może raczej Stawów wokół Zatoru czy Milicza: mnóstwo stawików i stawów, jeziorek i jezior, połączonych kanałami, potokami i rzekami, pełnymi śluz, grobli i ścieżynek, wszystko otoczone zielenią – łąkami, kwiatami, drzewami, sadami, krzewami itp. No i oczywiście Wełtawa z jej dopływami i różnego rodzaju infrastrukturą, tak techniczną (spiętrzenia, śluzy i porty oraz przystanie), jak i turystyczną (pola biwakowe i spływowe – a spływy nie tylko kajakowe, ale i na dechach czy pniach drzew poruszanych drągiem w stylu flisackim, pole golfowe, boiska, place zabaw, siłownie terenowe, szlaki piesze no i oczywiście ścieżki rowerowo-hulajnogowo-piesze w ilości niezliczonej z punktami odpoczynku itd. Ciekawostką po drodze, a raczej ścieżce rowerowej wzdłuż Wełtawy, do Czeskich Budziejowic był sztuczny tor do trenowania kajakarstwa górskiego, wybudowany na chyba sztucznej jej odnodze (!) i mnóstwo ludzi korzystających z oferty na każdym z tych obiektów.

Odbyliśmy kilka wycieczek rowerowych wspólnych (w mniej lub bardziej licznym składzie) i kilka na zasadzie każdy wedle własnego uznania, wybierając kierunek według porad Hani i Romana oraz korzystając z turystycznych informatorów. Atrakcją, która przyciągnęła 98% „załogi”, była elektrownia atomowa w Temelinie, na zwiedzanie której pojechaliśmy chyba we wtorek, w piękny, upalny wręcz dzień. Okazało się, że zwiedzanie nie polega oczywiście na zwiedzaniu elektrowni jako takiej – warunki bezpieczeństwa jej funkcjonowania są najwyższego lotu. O wszystkim można się było dowiedzieć w stojącym nieopodal Centrum Informacyjnym tej elektrowni, usytuowanym w zabytkowym pałacyku po byłych właścicielach okolicznych terenów. Obejrzeliśmy film w wersji trójwymiarowej, opowiadający jej historię, począwszy od pomysłu jej powstania, przez projektowanie, rozwiązanie sposobu składowania odpadów, budowę aż po jej funkcjonowanie i parametry produkowanej energii elektrycznej. Było mi wstyd za mój Kraj, że my tak ciągle węgiel i węgiel (co skonstatowali też Zaolziacy), którego złoża się niedługo skończą, gdy Czesi mają dwie, a Słowacy nawet trzy elektrownie jądrowe. Teraz, gdy jestem na ukończeniu czytania świetnej książki „Rewolucja energetyczna ale po co” Marcina Popkiewicza – polecam wszystkim – w sumie chyba się cieszę, że minęliśmy ten etap, bo odchodzą od tego rozwiązania te kraje, które najpierwsze poszły w tym kierunku. Przyszłość, ale i problemy oraz sposoby rozwiązania w zakresie energetyki leżą gdzie indziej, a najbardziej zależą od nas - ludzi.

Ale do rzeczy: przejechaliśmy ok. 240 km, mieliśmy piękną pogodę, może nawet trochę za upalną, zwiedziliśmy Czeskie Budziejowice, Czeski Krumlow (dojeżdżając do niego samochodem), Hluboką, Tyn, Netolice, Kratochvile, Chvalovice, Holeszovice i inne pomniejsze okoliczne wioski z wyremontowanymi domami i gospodarstwami oraz przestrzenią publiczną, cacuszka wprost. Trasy wiodły pięknymi, górzystymi (czasami nawet mocno), ale za to malowniczymi, terenami, wzdłuż koryt Wełtawy i innych rzek i potoków górskich, lasami i wśród pól.

Hitem pobytu okazały się też grzyby – prawdziwki rosły „całymi stadami”, nasuszyliśmy i najedli się ich mnóstwo, moda na ich zbieranie rozeszła się na kilku uczestników, ale Marian przodował z powodu swego wczesnego wstawania.

Szczegóły na zdjęciach – polecam.

Ala – „Czorno”
Galeria
Chodź na Turbacz…

25.08.2017 - 27.08.2017

Chodź na Turbacz! - tak właśnie zawołał Karol Wojtyła do wiernych zgromadzonych podczas pielgrzymki w Ludźmierzu w 1997r. I chociaż nas tam nie było, to zawołanie do nas dotarło, więc na ten ostatni sierpniowy weekend „Apanaczi” wraz z „Jędrusiem” przygotowali wyprawę w Gorce. Rowery zostały w domu a prawie 30 Ondraszków i innych sympatyków górskich wypraw wyruszyło raniutko autokarem Jędrusiowego biura podróży w kierunku Nowego Targu. Po drodze mieliśmy w planie zwiedzanie skansenu kolejowego w Chabówce, dokąd niebawem dotarliśmy. Skansen posiada bogatą kolekcję lokomotyw, taboru oraz przeróżnych artefaktów kolejowych. Spora część eksponatów jest sprawna i na chodzie, dzięki czemu organizowane są turystyczne przejazdy „pod parą”, a także są często wykorzystywane dla potrzeb produkcji filmowych. Akurat trafiliśmy na moment, kiedy rozpalano ogień w kotle lokomotywy. I w tym momencie poczuliśmy się w większości jak dinozaury. Przecież ten obrazek, który pamiętamy jeszcze z dzieciństwa obecnie jest już w skansenie turystyczną atrakcją. Co do solidności dawnych konstrukcji niech świadczy fakt, że najstarsza w kolekcji lokomotywa wyprodukowana w połowie XIXw. była w służbie aż do 1970r. Niestety współczesne auta tak nie mają!

Docelowo dojechaliśmy do miejscowości Koninki, gdzie zostawiliśmy autokar i z całym majdanem na plecach ruszyliśmy do Gorczańskiego Parku Narodowego. Dość archaiczny wyciąg krzesełkowy podwiózł nas na Tobołów, skąd po kliku godzinach marszu pod górę dotarliśmy, przez szczyt Turbacza (1310 mnpm), do schroniska PTTK. Na dzień dobry stała się rzecz niespodziewana: ledwie co się rozlokowaliśmy po pokojach jeden z naszych uczestników nieoczekiwanie zasłabł i niezbędna była interwencja GOPR. Skończyło się na zwiezieniu poszkodowanego do szpitala w Nowym Targu. Tutaj po zaaplikowanych lekarstwach przyszedł do siebie, jednak na Turbacz już nie wrócił.

Rankiem następnego dnia inwersja zapewniła nam niecodzienny spektakl: piękny widok na dolinę nowotarską zasnutą mgłą, z której - jak wyspy wystawały ostre grzebienie tatrzańskich szczytów. Gorce to ciekawa grupa górska w formie gwiazdy, której punktem centralnym jest Turbacz, skąd roztaczają się rewelacyjne widoki. W trakcie naszej wycieczki mieliśmy eksplorować jej dwie odnogi. Podzieliliśmy się zatem na grupy - jedna poszła na wschód, na Kudłoń (1274 mnpm), a druga na zachód - przez Obidowiec (1102 mnpm) na Groniki (1027 mnpm). Obie trasy miały swoje zalety (a druga nawet schronisko PTTK na Starych Wierchach), lecz jednak zdecydowałem się na pierwszą opcję. W 7-osobowym składzie, w którym zdecydowaną większość stanowiły Ondraszki, przewędrowaliśmy całodzienną, prawie 20 km trasę. Jej zaletą były polany po drodze, z których roztaczały się rozległe panoramy na okolicę. Obie grupy spotkały się dopiero wieczorem przy ognisku. Nieoceniony animator ogniskowych baletów - J. Kożusznik wspaniale grał na gitarze, więc prawie do północy prześpiewaliśmy wszelkie dostępne śpiewniki. Dodatkową animację zapewniły też rozbłyski dalekiej burzy, która jednak nas oszczędziła. Następny dzień rozpoczęliśmy o godz. 5:45 obserwacją wschodzącego słońca. Mieliśmy przy tym rzadko spotykaną wygodę, gdyż nie trzeba było nigdzie wychodzić i wystarczyło po prostu otworzyć okno. Po szybkim śniadaniu w kilka osób poszliśmy na mszę św. do kaplicy Matki Boskiej Leśnej Królowej Gorców, położonej ok 20 min. drogi ze schroniska. Reszta towarzystwa zdobywała w tym czasie dodatkowe gorczańskie szczyty: Jaworzynę i Kiczory.

Msza św. odbyła się przed kaplicą, a za ołtarz służył sporej wielkości głaz. Domyślam się, że uczestnikami byli w większości turyści, bo daleko dookoła nie było żadnych zabudowań. Po celebracji mszy, duchowny samorzutnie zrobił nam interesujący wykład o tej niezwykłej budowli. Wybudowano ją z drewna w 1979 r. na niezwykłym rzucie krzyża Virtuti Militar i jako... szopę na siano, gdyż wówczas władze PRL-u krzywo się patrzyły na nowo powstające budowle sakralne. Górale zrobili wszystko własnym sumptem. Przewidując bieg wydarzeń finalnie całość ofiarowali papieżowi i jemu też posłali klucze. Kiedy władze się zorientowały w czym rzecz i nakazały rozbiórkę budynku przebiegli górale stwierdzili, że to nie jest ich własność, a gospodarz mieszka w Watykanie… Niezwykłe jest to, że żaden element kaplicy nie jest przypadkowy i ma swoją symbolikę nawiązującą do walki z najeźdźcami w różnych okresach historii Polski. Było to arcyciekawe doświadczenie.

Powrót do miejsca, gdzie zostawiliśmy autobus, oznaczał prawie trzygodzinną wędrówkę w dół z ciężkimi plecakami na grzbiecie, co niektórym dało się mocno we znaki. Z prawdziwą ulgą dotarliśmy do doliny potoku Turbacz, który zaprowadził nas do parkingu przy wyciągu i zarazem naszego autokaru.

Wtedy pozostało nam już tylko wrócić do Cieszyna, a po drodze zrobiliśmy jeszcze mały postój w Rabce Zdroju aby pooddychać solankową inhalacją w tężniach i trochę połazić po uzdrowiskowym parku.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Z serii „Ziemia Cieszyńska znana i nieznana” Odkryjmy uroki Jaworza

10.09.2017

Uroki te odkrywaliśmy za drugim podejściem, bowiem pogoda w pierwotnie wyznaczonym terminie (03.09.2017) nie zachęcała do odkrywania czegokolwiek, chyba że zawartości domowych piwniczek. Wyprawa została zaplanowana przez „Rechtora” bardzo starannie, a natchnieniem było ostatnio dokonane przez potomków rodziny Hrabowskiej St. Germain d’Anneaucourt przekazanie rodzinnych archiwaliów do depozytu Muzeum Ziemi Cieszyńskiej. Przedstawiciele tego rodu pochodzącego z terenów dzisiejszej Belgii w połowie XIX w odkryli i wypromowali Jaworze jako uzdrowisko, czym pozostawili w historii Ziemi Cieszyńskiej trwały ślad po sobie.

Na zbiórce, w dość nietypowym miejscu - tzn. przy dworcu PKP, spotkało się 20 uczestników, w tym rowerowa rodzinka państwa Górniaków z dwójką chłopaków 5- i 7-latków - starszy już na swoim rowerku! Wobec szczątkowej postaci transportu kolejowego z Cieszyna, przejazd pociągiem do Czechowic sam w sobie stanowił już nietypową atrakcję. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że lokalny przewoźnik mile nas zaskoczył, gdyż rowery przewozi gratis!

Na dworcu w Czechowicach dziedzicach oczekiwał na nas Ondraszek z Bielska - W. Nowak, który podjął się prowadzenia wyprawy na odcinku rozpoczynającym się w Jaworzu. Wyjeżdżając z miasta zobaczyliśmy, niestety zza płotu, ładnie odrestaurowany pałac hrabiostwa Kotulińskich. Aby go zwiedzić dokładniej należałoby go kupić, jako że hotel który w nim funkcjonował jest wystawiony na sprzedaż. Drugim obiektem wartym zobaczenia był arcyciekawy kościół powołania Chrystusa Odkupiciela, wybudowany w latach 1995-1998. Zespół architektów za tą bardzo oryginalną budowlę z wieżami kształcie przypominającymi minarety otrzymał ministerialną nagrodę.

Następnie przez Bielsko-Białą i Aleksandrowice przemieściliśmy się do Jaworza. Tutaj dłuższy postój nastąpił w leczniczej atmosferze tężni solankowej, a nadwątlone siły zregenerowaliśmy w pobliskiej restauracji. W ramach zwiedzania odbyło się też spotkanie z hrabią Maurycym - założycielem uzdrowiska, którego spiżowa postać czekała cierpliwie na ławeczce. Następnie poznaliśmy historię sanatorium i cały szereg sławnych postaci, które tu niegdyś bywały. Zahaczyliśmy też o pałac hrabiów, który po pożarze w 2010r. dzięki odbudowie ponownie nabrał blasku; kościół katolicki z 1802r oraz tzw. ”ćwiartkę hrabiowską” na cmentarzu, gdzie pochowano kilka pokoleń właścicieli tejże miejscowości. Hitem były jednak odwiedziny Muzeum Fauny i Flory Morskiej i Śródlądowej. Już sama lokalizacja muzeum jest dość oryginalna ale uzasadniona, bowiem oparta na bogatych zbiorach marynarza, który był mieszkańcem Jaworza. Zbiory obecnie mieszczą się w nowym budynku i wraz z komentarzem prowadzącego warte były wizyty .

Dalsza trasa zaprowadziła nas do Nałęża, skąd bardzo dziurawą leśna drogą trawersując zbocze Łazka i Zebrzydki dojechaliśmy do Szpotawic skąd następnie na Bucze. Tutaj zwiedziliśmy miejsce, w którym w latach międzywojennych była kuźnia kadr harcerskich. W obecnym budynku sanatorium dziecięcego w 1929r założono Żeńską Szkołę Instruktorów ZHP, co dało początek ulokowania w Górkach Wielkich obiektów szkoleniowych harcerstwa, w których wyrosły kadry Szarych Szeregów. Po tej działalności obecnie pozostała wmurowana tablica pamiątkowa oraz tablice z opowiedzianą historią tego miejsca.

Następnie terenową dróżką po zboczach Bucza zjechaliśmy do Górek, skąd malowniczymi bocznymi ścieżkami przez Hermanice, Bładnice i Kisielów dotarliśmy do Cieszyna. Pokonaliśmy łącznie ponad 60 km, a wspominając napotkane po drodze, ukryte w terenie, perełki krajoznawcze twierdzę, że warto było spędzić ten dzień z Ondraszkiem!

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Dzień „Maratończyka” szlakiem J. Sarkandra

17.09.2017

Niestety, wrześniowa pogoda nas nie rozpieszcza, gdyż ostatnio niebo zsyła na ziemię kolejne porcje wody i tym razem też nie było inaczej. Mieszkańcy już przygotowują worki z piaskiem do odparcia powodzi, a Ondraszki planują kolejną rowerową wyprawę, tym razem do Skoczowa na szlak św. Jana Sarkandra. Jak można się było spodziewać, w miejscu zbiórki w Cieszynie tłumów nie było. Na rowerze pojawiło się tylko dwóch „wodoodpornych”: „Paparazzi” oraz M. Bubik, a do Skoczowa autem dotarli „Rechtór” i „Afi” (z rowerami na dachu) oraz „Ziołowy” wraz z małżonką. Oczekiwał na nas już prowadzący – „Maratończyk” w towarzystwie dzisiejszego przewodnika pani Haliny Szotek.

Deszczowy krótki rowerowy spacer rozpoczęliśmy w kamienicy sąsiadującej z ratuszem, gdzie dzięki wielkiemu zaangażowaniu pani Haliny funkcjonuje parafialne muzeum. Tutaj właśnie 20.12.1576 urodził się Jan Sarkander. Jako młody chłopak - już w 1589 roku - wraz z matką wyjechał na Morawy, z którymi związał swoje krótkie życie, kapłańską posługę i gdzie zmarł w tragicznych okolicznościach. Hostyń, Kromierzyż, Charwaty, Brno, Towaczów, Przybor, Boskowice to miejscowości na Morawach, w których przebywał i gdzie zachowały się pamiątki jego obecności. Ostatecznie, w 1616 roku, został proboszczem w miejscowości Holeszów, w trudnych czasach wojen religijnych. W 1619 roku uratował to miasto przed najazdem lisowczyków, lecz zamiast wdzięczności przewrotnie został oskarżony o ich sprowadzenie, więc uciekł i ukrywał się w różnych miejscach. Został jednak złapany i uwięziony. W lutym 1620 roku w sądzie w Ołomuńcu był przesłuchiwany i torturowany strasznym urządzeniem niewinnie nazwanym skrzypcami. W wyniku okrutnego znęcania się nad nim zmarł po kilku dniach siedemnastego marca 1620 roku. Jego doczesne szczątki, już jako relikwie, spoczywają od 1860 roku w ołomunieckiej katedrze św. Wacława.

W podziemiach budynku zachowała się kamienna piwnica, podobno miejsce urodzenia, a obecnie kaplica. Następnie przejechaliśmy do kościółka tak zwanego „szpitolika”, gdzie został ochrzczony. Tu z kolei zachowała się oryginalna - wykuta w piaskowcu - chrzcielnica, przy której Jan został ochrzczony. Następnym punktem na naszej trasie było wzgórze Kaplicówka, z którego przy dobrej pogodzie roztacza się wspaniały widok, lecz w strugach deszczu nie było widać nawet najbliższych budynków. Tutaj zobaczyliśmy kaplicę św. Jana Sarkandra oraz ołtarz i krzyż papieski z pamiętnej wizyty Jana Pawła II w Skoczowie. Następnym, a zarazem ostatnim, punktem na trasie była wizyta w kościele św. Piotra i Pawła, gdzie na polichromiach przedstawiono sceny z życia świętego. W drodze powrotnej zobaczyliśmy też kapliczkę z figurą świętego ustawioną przy Domu Sióstr Służebniczek.

Nasz przewodnik, pani Halina, dawniej również Ondraszek, jest z wykształcenia historykiem, a z zamiłowania pasjonatem Skoczowa, którego historię zna jak nikt inny. Można dołożyć do tego jeszcze jej elokwencję, znajomość tematu i swobodę narracji. To wszystko spowodowało, że mimo beznadziejnego deszczu, wycieczka była bardzo atrakcyjna i ze wszech miar warta udziału. Dlatego uznaliśmy, że warto ją jeszcze powtórzyć przy bardziej sprzyjającej aurze.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Miasto Jana Pawła II - Wadowice i okolice

22.09.2017 - 24.09.2017

Znając organizacyjny profesjonalizm „Apanaczi” - B. Toman nie ukrywam, że na tą wyprawę czekaliśmy wszyscy z niecierpliwością. Jej propozycja miała same atuty - pięknie położona i wspaniale wyposażona baza w ośrodku szkoleniowo-rekolekcyjnym Totus tuż nieopodal Zembrzyc oraz okolica z wieloma interesującymi miejscami do rowerowej eksploracji.

W piątek, w niestety deszczowe popołudnie, 13 Ondraszków przyjechało czterema samochodami z rowerami na dachu i zajęło dwie super wyposażone chatki - bungalowy. Przy rozpalonym kominku do późnego wieczora, dzięki obecności naszego wirtuoza gitary J. Kożusznika, przerobiliśmy wszelkie zabrane śpiewniki, wsłuchując się w deszcz bębniący o blaszany dach i pocieszając się, że nazajutrz będzie lepiej.

Niestety następnego dnia, czyli w sobotę, lepiej wcale nie było… cedziło nadal i nic nie wskazywało na to, że przestanie. W tej sytuacji nie było sensu wsiadać na rower. Wsiedliśmy zatem do naszych aut i odwiedziliśmy kolejno:

Stryszów - wieś niedaleko Kalwarii Zebrzydowskiej, w której zachował się renesansowy dwór będący obecnie siedzibą Oddziału Państwowych Zbiorów Sztuki na Wawelu. Słuchając opowieści przewodnika zobaczyliśmy historycznie wnętrza dworskie oraz ciekawą kolekcję rzeźb i korzenioplastyki miejscowego twórcy.

Kalwarię Zebrzydowską – znane na całą Polskę miejsce pielgrzymkowe. Kościół i klasztor bernardynów ufundowany przez Mikołaja Zebrzydowskiego początkiem XVII w. stopniowo rozrósł się do całego założenia kalwaryjskiego imitującego prawdziwe miejsca w Ziemi Świętej. Tak więc można tutaj np. wyjść na Golgotę czy Górę Oliwną oraz przekroczyć Cedron. Na sąsiadujących z klasztorem wzgórzach wzniesiono kilkadziesiąt kaplic nawiązujących do Drogi Krzyżowej. Po kompleksie klasztornym oprowadzał nas przewodnik przybliżając historię budowy, kultu oraz wizyty Jana Pawła II w 1979r.

Lanckoronę - jedną z niewielu wsi w Polsce z własnym rynkiem i bardzo ciekawą historią. Dostaliśmy się tu w objęcia VII Dobrego Anioła Lanckorony bo taki nietuzinkowy tytuł nadano panu Zbigniewowi Lenikowi, który tak pokochał Lanckoronę, że wie o niej prawie wszystko i też wiele dobrego tutaj uczynił. Spacer rozpoczęliśmy od wizyty w miejscowym muzeum, gdzie nasz Anioł przekazał sporo informacji na temat historii miejscowości z naciskiem na okres Konfederacji Barskiej. Był to ruch opozycyjny, który zawiązał się w Barze w 1768r., wobec króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. W Lanckoronie konfederaci długo się bronili i po dziś są widoczne ślady ówczesnych fortyfikacji. Następnie przeszliśmy przez rynek i zwiedziliśmy kościół. A, że nasz mentor miał przebogatą wiedzę i umiał ją w rozbudowany sposób przekazać, pewnie w Lanckoronie zastała by nas późna noc. Interwencja „Apanaczi” spowodowała, że - nie bez żalu - pożegnaliśmy tego wyjątkowej klasy przewodnika i prawie o zmroku dojechaliśmy do bazy.

A deszcz nadal padał sobie w najlepsze i wcale nie miał zamiaru przestać. Tak więc z ochotą zabraliśmy się znów do dalszego przerabiania śpiewników przy akompaniamencie gitary. W niedzielny poranek obudziło nas nieśmiałe słońce! Na śniadanie na stół niektórym wjechała jajecznica z grzybami. „Śmig”, „Unisono” i „Gwarek” spenetrowali okoliczny lasek i zgodnie stwierdzili, że grzybów jest mnóstwo. Następnie po Zembrzycach, czyli swojej rodzinnej miejscowości oprowadziła nas „Apanaczi”. Na zakończenie mieliśmy zaplanowane zwiedzanie niedalekich Wadowic. W dyskusji jak się tam dostać zwyciężyła jednak opcja, że rowery pozostają tam gdzie były, czyli na dachach aut. Przenieśliśmy się zatem do miasta Jana Pawła II, po drodze podziwiając obecnie napełnianą zaporę Świnna-Poręba. Tutaj zwiedziliśmy całkowicie przebudowane muzeum Jana Pawła II. Muzeum jest teraz super nowoczesne i wykorzystuje wszelkie współczesne sztuczki multimedialne. Oprowadzał po nim bardzo uduchowiony przewodnik lecz nieustannie też nas poganiał, więc niewiele z tych sztuczek udało się wypróbować. Następnie zwiedziliśmy też ekspozycję „Wadowice gdzie wszystko się zaczęło” w sąsiednim budynku, a całość wyprawy już w zmniejszonym składzie podsumowaliśmy w cukierni. I co się okazało?

Stwierdziliśmy, że wycieczka była bardzo ciekawa i krajoznawczo wyjątkowo interesująca. Jednak dlatego, że rowery nie miały zajęcia pozostał jednak pewien niedosyt, zgodnie zatem uznaliśmy, że na pewno warto wycieczkę powtórzyć.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Dzień „Maratończyka” szlakiem J. Sarkandra - drugie podejście

01.10.2017

Zgodnie z postanowieniem, tym razem w słoneczną niedzielę, odbyło się drugie podejście do wycieczki szlakiem św. J. Sarkandra. Z cieszyńskiego rynku wystartowało ośmiu Ondraszków i sympatyków, a drugie tyle miało dojechać bezpośrednio do Skoczowa. Byli też i zmotoryzowani: Niezłomny z mamą w towarzystwie Skryby, czyli łącznie coś ze 20 osób. Grupa cieszyńska prowadzona przez „Rechtora” dotarła do Skoczowa przez Bażanowice, Ogrodzona, Kisielów i Bładnice i na skoczowski rynek zjechaliśmy się wszyscy prawie w tym samym momencie. Pani Halina Szotek już na nas czekała w muzeum Sarkandra, skąd po godzinnym wykładzie, z precyzyjnie przytoczonymi wydarzeniami z życia świętego, przemieściliśmy się do „szpitolika”, aby zobaczyć obrazki z jego życia umieszczone na stopie oraz chrzcielnicę, w której go ochrzczono. Następny przystanek przewidziano na Kaplicówce przy kaplicy poświęconej św. J. Sarkandrowi. Teraz doceniliśmy w pełni przecudną panoramę Skoczowa na tle beskidzkich „gróni”, bowiem tym razem była rewelacyjna widoczność.

Tak jak poprzednio sarkandrowski szlak zakończyliśmy w kościele św. Piotra i Pawła. Według naszego przewodnika kościół w tym miejscu stał już w XII w, co mocno przesuwa wstecz datę narodzin miasta. Był to również pierwszy skoczowski rynek. Po tej dawce dla ducha podjechaliśmy posilić nadwątlone ciało do przyrynkowej kawiarni „Bajka”, gdzie rozkoszowaliśmy się pyszną kawą i ciastem. Wtedy „Maratończyk” poprowadził wycieczkę do Międzyświecia, gdzie chcieliśmy zobaczyć „Piekiełko”. Wedle legendy stało tu miasto, które za niecne uczynki mieszkańców zapadło się pod ziemię i następnie „przeskoczyło” na obecne miejsce - stąd nazwa. A tak naprawdę w IX w. znajdował się tutaj najdalej wysunięty na wschód gród Gołęszyców, po którym pozostały dziś nadal dobrze widoczne ziemne obwałowania. Jego historia jest jednak pełna tajemnic, bowiem archeolodzy przebadali zaledwie niewielki fragment wnętrza. Znaleźli m.in. pozostałości pieca do wytopu rudy darniowej, co miałoby świadczyć o dużym znaczeniu tego grodu. Według pani Haliny ślady osadnictwa zanikły gwałtownie już po 200 latach. Obecnie jest to miejsce do którego nawet trudno trafić, ale może w przyszłości doczekamy się rekonstrukcji na miarę Biskupina. Tutaj zakończyła się wyprawa, na której zgodnie z przewidywaniami zainteresowani tematem na pewno ubogacili mocno swoją wiedzę.

W drodze powrotnej część grupy przez Kisielów, Goleszów pojechała do Dzięgielowa aby odwiedzić naszego „Seniorka” A. Poloczka, od tego roku pensjonariusza miejscowego Domu Seniora. Bardzo się ucieszył na nasz widok, tak jak i my widząc go w dobrym zdrowiu i kondycji. Przejechałem 43 km.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Zakończenie sezonu

15.10.2017

„α i Ω” początek i koniec, czyli jeżeli coś się zaczyna to też się niestety kończy. Tak też jest i z naszym pierwszym sezonem kolarskim w drugim półwieczu klubowej historii. W piękną, wręcz wymarzoną pogodę na cieszyńskim rynku zebrało się 40 Ondraszków i sympatyków. Serdecznie przywitaliśmy też gości zza Olzy: R. Wałaskiego - nowo mianowanego lidera Stowarzyszenia Rowerowego „Olza” przy PTTS-ie oraz M. Machaczową. Prowadzący „Ośka” i „Bystry” omówili jakie to atrakcje są przed nami i aby ogarnąć tak spory peleton podzieliliśmy się na grupy. Raz łącznie, raz oddzielnie przemieściliśmy się przez Puńców i Dzięgielów do Bażanowic, skąd już boczną dróżką, a później miedzą, trafiliśmy do dawnego wyrobiska margla, które tutaj działało przez cały okres funkcjonowania cementowni Goleszów. A był to okres prawie stu lat, w którym z wydobywanego w tym miejscu surowca produkowano dobrej jakości cement. W tej historii był też i tragiczny wojenny epizod, kiedy działał w cementowni podobóz KL Auschwitz-Birkenau.

Kiedy pod koniec XX w. zakończono definitywnie produkcję i zastanawiano się co zrobić z tą ogromną wyrwą w zboczu góry Chełm, znalazła się firma Teksid (dawniej Odlewnia Skoczów), która z kolei zastanawiała się co zrobić z odpadami produkcyjnymi, czyli piaskiem formierskim. I tak właśnie powstało specjalnie przygotowane miejsce, dodam, że imponujące swoim ogromem, do którego odpady są od kilkunastu lat zwożone. Ta wielgachna dziura będzie się jeszcze zapełniać przez kolejne 10 lat. A co potem? Przewodnik, który opowiedział nam tą ciekawą historię stwierdził, że potem będzie tutaj to, co i przed rozpoczęciem wydobycia - czyli szumiący las.

Wzbogaceni tą wiedzą ruszyliśmy dalej ostro pod górkę, aby zatrzymać się przy restauracji na szczycie. Szkoły szybowcowej już tutaj dawno nie ma, ale pozostała po niej tablica pamiątkowa, rozległy widok z kominami odległych kopalń i beskidzkimi kopcami w tle oraz całkiem przyjemna gospoda. Oczekiwała też nas 10-osobowa ekipa, która na zakończenie przyjechała samochodami, w tym dawno w naszym gronie nie widziana „Kryska” i „Biedronka” – Bogusia. W uroczej scenerii opiekaliśmy przywiezione kiełbaski i wspominaliśmy wesołe i smutne wydarzenia sezonu, w tym też i prywatnych bliższych czy dalszych wypraw. W formie słodkiego poczęstunku „Baśka” i „Skryba” podziękowali wszystkim za udział w niedawnym pogrzebie śp. Lucjana Jurysa. Dzięki akompaniamentowi „Maniusia” na akordeonie mocno przydały się też nasze śpiewniki. Na dobry początek współpracy lider SR Olza odebrał pakiet „powitalny” z monografią klubu i materiałami krajoznawczymi. Niestety to bardzo sympatyczne spotkanie, też się musiało skończyć, więc już indywidualnie naładowani pozytywną energią rozjechaliśmy się do domów.

Przejechałem 38 km.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Zakończenie sezonu

15.10.2017

“Tak niedawno żeśmy się spotkali, a już pożegnania nadszedł czas…” - parafrazując słowa popularnej piosenki “ogniskowo-biesiadnej” można byłoby zaśpiewać: “Tak niedawno żeśmy zaczynali, a już zakończenia nadszedł czas”. I tak dotarliśmy do dnia zakończenia 51. Turystycznego Sezonu “Ondraszka”. W słoneczne przedpołudnie 15 października na cieszyńskim Rynku spotkali się członkowie i sympatycy “Ondraszka”, aby wspólnie wybrać się na ostatnią kalendarzową wycieczkę rowerową. Celem naszej wyprawy była Góra Chełm. Jednakże po drodze mieliśmy dla uczestników niespodziankę. Byliśmy umówieni na spotkanie z Panem Januszem Gadżałą - właścicielem firmy EKO-GLOB, która w Goleszowie prowadzi rekultywację terenu po byłej kopalni margla. W dawnym wyrobisku są składowane pyły odlewnicze z TEKSID IRON POLAND w Skoczowie, który to zakład jest dzierżawcą tego terenu od gminy Goleszów.

Pan Gadżała nawiązał w swoim wystąpieniu do budowy geologicznej terenu, wspomniał również o nieistniejącej już cementowni w Goleszowie, a także nawiązał do czasów II wojny światowej, kiedy to w Goleszowie istniał podobóz KL Auschwitz, a jego więźniowie wydobywali w okolicznych kamieniołomach kruszywo. Następnie zapoznał nas z budową i funkcjonowaniem składowiska. Po ciekawej prelekcji, która wzbudziła zainteresowanie uczestników wycieczki przejawiające się w zadawanych pytaniach, cała grupa ruszyła na trasę ostatniego etapu wyprawy. Wjazd na szczyt Chełma miał pokazać, kto uczciwie przepracował sezon, a kto się po prostu “woził”. Jaki był wynik, nie potrafię powiedzieć, ale ważne jest, że wszyscy dotarli na metę. Tam czekało już na nas rozpalone przez “Śmiga” ognisko, przy którym zaczęliśmy piec przywiezione ze sobą kiełbaski. Czas umilał nam grą na harmonii Marian, a nuty płynące z Jego instrumentu oraz te, które przyjmowaliśmy doustnie spowodowały, że towarzystwo nabrało ochoty do śpiewów. Prezes klubu krótko podsumował zakończony sezon, chwilą ciszy uczciliśmy pamięć tych, którzy w ostatnim czasie odeszli, tzn. Lucjana Jurysa, Ryszarda Syrokosza i kol. Żagana z Zebrzydowic.

Naszym gościem był pan Robert Wałaski z PTTS-u, nowy szef sekcji rowerowej u naszych zaolziańskich przyjaciół. W promieniach jesiennego słońca, które na ten dzień było specjalnie zamówione, w mniejszych i większych grupkach powoli rozjeżdżaliśmy się indywidualnymi trasami do domów. Już niedługo, bo za sześć miesięcy rozpoczynamy nowy sezon. Ale kto by tak długo czekał żeby pojeździć na rowerze?

Wisia i Jarek
Miscellanea Cieszyńskie

18.11.2017

To nieco dziwne i tajemnicze słowo pochodzi z łaciny i oznacza „zbiór różności”. Tak właśnie przed laty „Szeryf” - W. Sosna nazwał cykl szkoleń przeznaczonych dla przewodnickiej braci cieszyńskiego oddziału PTTK, którzy szlifowali wiedzę w cyklu szkoleń poświęconych różnorakim aspektom Ziemi Cieszyńskiej.

Termin ten pasuje też do niniejszego tekstu, powstałego na bazie odkrycia, jakiego niedawno dokonaliśmy w przepastnych, oddziałowych archiwach. W starej szafie, do której od lat nikt nie zaglądał, przy okazji robienia porządków wygrzebaliśmy jakieś stare papierzyska. I wszystko wylądowałoby pewnie na makulaturze, jednak zacząłem je trochę przeglądać i natrafiłem na sporo cennych dokumentów, pochodzących w większości jeszcze z ubiegłego wieku (jak to brzmi!). Zajęło to sporo czasu zanim zebrałem je w dwa obszerne tomy, a niżej publikuję luźny wybór owych „miscellaneowych” różności, które jak sądzę nie są nam powszechnie znane:

  • W dniu 17.12.1977r. w świetlicy PSS Społem w Cieszynie odbyła się uroczystość z okazji X-lecia klubu. Przedstawiciel Wojewódzkiego Komitetu Turystyki Kolarskiej St. Radomski wręczył klubowi Srebrną Honorową Odznakę PTTK. Wtedy też wykonaliśmy okolicznościowy proporczyk zaprojektowany przez znanego skoczowskiego artystę plastyka Edwarda Biszorskiego (1909-1995). Warto dodać, że motyw wówczas zaprojektowany powtarzał się na następnych proporczykach jubileuszowych z okazji XXV-lecia, XXX-lecia i ostatnio na półwiecze klubowej działalności.
  • W sprawozdaniu za lata 1977-1978 przewodniczący W. Sosna utyskiwał, że zarząd klubu nominalnie liczył 9 osób, jednakże tylko trzy z nich działały.
  • Pierwsze wydanie „Naszego Śpiewnika Turystycznego”, z którego nadal korzystamy, ukazało się w lipcu 1981 w nakładzie 1000 egzemplarzy. Potem był jeszcze pięć razy wznawiany – II wydanie w 1983r., III wydanie w 1986r. (4 tyś. egz.), IV wydanie gdzieś między 1985-1988, V wydanie w 1989r. (napisano 10 tyś. egz., co chyba jest błędem) i ostatnia już VI edycja była w sprzedaży od 06.1999r. i jeszcze do dziś dysponujemy niewielką ich ilością.
  • Od początku istnienia „Ondraszek” był wyłącznie klubem (notabene patrona przybrano później), a jego członkowie byli rozproszeni po różnych kołach PTTK. Sytuacja zmieniła się 01.06.1990r. kiedy powstało Koło PTTK nr 8. Członków założycieli było 50, a pierwszy zarząd był jednocześnie zarządem klubu (i tak jest do dziś). W jego skład weszli: prezes - A. Słota, v-prezes - Z. Pawlik, sekretarz - M. Biłko, skarbnik - J. Pawlik, członkowie: P. Holisz i W. Zmełty. Skład Komisji Rewizyjnej: Z. Szotek (przewodniczący), J. Pilch i K. Gawlas (członkowie). Oddział PTTK reprezentował jego sekretarz - A. Szupina.
  • W 1991r. poszliśmy na całość i zamówiliśmy 500 sztuk wielkoformatowych afiszy in blanco „Ondraszek zaprasza na…”, celem umieszczania informacji w gablotce. Owa ilość służyła nam przez następne lata, a ostatnie egzemplarze z tego zapasu zużyjemy w przyszłym sezonie.
  • Wobec likwidacji Wojewódzkiej Komisji Turystyki Kolarskiej PTTK w Bielsku-Białej w dniu 11.11.1992r. w obecności przedstawicieli klubów „Ondraszek”, „Defekt” z Żywca, „Sprint” z Kęt oraz Komisji Turystyki Kolarskiej z Bielska-Białej i Oświęcimia powołano do życia Ośrodek Turystyki Kolarskiej „Beskidy”. Jego celem było m.in. koordynowanie działalności zrzeszonych organizacji i promowanie turystyki kolarskiej. Przewodniczącym wybrano A. Słotę, a od dnia 06.03.1996 r. obowiązki te przejęła M. Biłko-Holisz. W roku 2000 OTK zrzeszało sekcje z Bielska-Białej, Chybia i Żywca. W 2004 roku w OTK pozostało tylko Towarzystwo Turystyki Rowerowej „Cyklista” z Przecieszyna. Początkowo prężnie działające, w miarę zamierania poszczególnych ogniw, stopniowo traciło swoją dynamikę i w końcu na polu chwały pozostał sam „Ondraszek”. W tej sytuacji przyłączyliśmy się do powstałej w międzyczasie wojewódzkiej struktury w Katowicach tj. Regionalnej Rady Turystyki Kolarskiej woj. Śląskiego, w której nadal działamy.
  • Od 01.06.1993r. istniała w Chybiu Sekcja Turystyki Kolarskiej „Ondraszka”. Początkowo liczyła 11 członków, a jej liderem był M. Wilk (przodownik turystyki kolarskiej nr 5988). W sprawozdaniu za rok 1995 wymieniono 14 członków i zorganizowane 22 wycieczki przy udziale 91 uczestników. W roku 1997 wykazano już tylko 4 wyprawy z 12 uczestnikami.
  • Z okazji XXV-lecia działalności na uroczystym spotkaniu w dniu 6.11.1991r. klub „Ondraszek” został odznaczony Złotą Honorową Odznaką PTTK.
  • Od 10.09.1996r. w Bielsku-Białej przy Szkole Podstawowej (nie wymieniono której) założono kolejną Sekcję Turystyki Rowerowej „Szprycha 31”. Na zebraniu założycielskim było 20 uczniów, a sekcję prowadził W. Nowak. Ze sprawozdań wynika, że sekcja mocno działała, a w roku 1997 liczyła 25 uczniów.
  • Dnia 10.11.1996r. klub hucznie obchodził swoje 30-te urodziny. Obecnych było 48 obecnych i dawnych klubowiczów, przedstawicieli zaprzyjaźnionych klubów i komisji z Bytomia, Bielska-Białej, Żywca, Katowic, Pyskowic i Chybia. Przybył również burmistrz Cieszyna J. Olbrycht. Wcześniej, w maju tego roku, zorganizowano rocznicowy zlot kolarski i zawody sportowo-rekreacyjne na campingu „Olza” w Cieszynie.
  • W latach 80-tych i 90-tych XX w. prowadziliśmy przy klubie wypożyczalnię sprzętu turystycznego. W różnych latach do dyspozycji klubowiczów było: 7 rowerów, 2 namioty, 3 materace, pięć par sakw rowerowych, 3 przyczepki rowerowe, butla gazowa z palnikiem, rzutnik do przeźroczy, a nawet kamera video. Zużyty sprzęt zlikwidowano w większości w 1999r.
  • Z ilością zorganizowanych wycieczek klubowych i uczestników w poszczególnych sezonach bywało różnie. Dla przykładu ilość wycieczek/ilość uczestników wynosiła: 1979: 20/122, 1980: 17/129, 1983: 16/286, 1997: 31/328. Rekordowym rokiem był rok 1992, kiedy to w 21 wycieczkach udział wzięły aż 1382 osoby, lecz już w 1993 było ich zaledwie 309.
  • Klub miewał też problemy z kadrą przodownicką. Ich ilość początkowo była niewielka (rok: ilość przodowników turystyki kolarskiej) 1970: 8, 1973: 5, 1974: 5, 1976: 7, 1979: 8, 1983: 9. Sytuacja zaczęła się zmieniać w latach 90-tych, przy czym wykazywano osobno przodowników turystyki kolarskiej nominalnych i czynnych 1993: 19, 1994: 21, 1996: 21, 1997: 21 w tym 16 czynnych. Dla przypomnienia obecnie nasza kadra nominalnie liczy 19 przodowników turystyki kolarskiej.
  • Ilość zadeklarowanych klubowych pasjonatów rowerowej turystyki też była dość płynna. I tak w latach 70-tych było nas ok. 20 np. 1969, 1979: 20, 1976: 27, 1979: 22. W latach 80-tych zanotowano dużą fluktuację. Zaczęło się od 25 (1980) następnie ilość klubowiczów stopniowo rosła 1981: 33, z lekkim załamaniem w 1982: 27. Następnie zanotowano gwałtowny skok 1988: 81, a rekordową ilość członków klubu zanotowano w 1989 roku, bo aż 86 osób. W latach 90-tych było nas: 1992: 52, 1994: 62, 1996: 61, 1998: 70, czyli tak jak obecnie.
  • Ze sprawozdania z 30.01.1992r. z działalności klubu za rok 1991 wynika, że: „Z myślą o szerokiej rzeszy potencjalnych miłośników turystyki kolarskiej, koniecznością utrzymywania własnego sprzętu i szukania nowych form finansowania czy też dostosowania realizowanych form działalności, klub własnym bezinteresownym zaangażowaniem doprowadził do założenia prywatnego biura turystyki kwalifikowanej, które także przyjęło nazwę „Ondraszek””. Biuro założył w 1991r. prezes klubu A. Słota. Pierwszym jeżdżącym nabytkiem był stary autobus marki „Robur”. Ile przeżyliśmy przygód z jego udziałem… o tym piszą kroniki.
  • W końcówce lat 90-tych współpracowaliśmy też z Klubem Czeskich Turystów „Lysa Hora” z Ostrawicy. Na spotkaniach klub reprezentował Osvald Wytrzens.
  • Przez sprawozdania z lat 80-tych i 90-tych przewija się narzekanie, że klubowicze nie są zainteresowani zdobywaniem odznak kolarskich, co jednak wymaga pewnej systematyczności, jak również i to, że klub się spolaryzował na dwa obozy –„organizatorów” oraz „konsumentów” wydarzeń. Organizatorzy oczywiście byli w sporej mniejszości.
  • „Ondraszek” zawsze aktywnie promował turystykę kolarską. Jedną z form były pokazy slajdów powstałych na bazie materiału zebranego podczas kolejnych kolarskich wypraw. Tak też jest nadal, jednakże ewenementem był cykl 5 takich spotkań zorganizowanych w 2001r. w… cieszyńskim więzieniu.
  • W 2001r. XXXV-lecie działalności świętowano w sali „Fundacja” w Cieszynie w obecności 65 osób, w tym wielu gości. Otrzymaliśmy wówczas okazały puchar od macierzystego Oddziału PTTK z Cieszyna. Na tymże spotkaniu został on „wylitrażowany”.
  • Sporadycznie, przeważnie z okazji kolejnych jubileuszy, startowaliśmy w ogólnopolskim konkursie na najaktywniejszy klub, komisję turystyki kolarskiej organizowanym permanentnie przez Komisje Turystyki Kolarskiej ZG PTTK. Jak dotychczas, najwyższą lokatę, tj. IV miejsce, zajęliśmy w roku 2001. W innych latach były to miejsca od VI do VIII. W jubileuszowym 2016 roku uplasowaliśmy się na VII pozycji.
  • Nasze internetowe okno na świat: www.ondraszek.prv.pl, działa nieprzerwanie od 2003 roku. Pomysłodawcą i zarazem wykonawcą był Adam Kłodowski, który do dziś jest jej zarządzającym, czyli webmasterem. I tym oto sposobem w roku 2018 nasza stronka będzie miała już 15 lat!
  • Jubileusz 40-lecia klubu obchodziliśmy 25.11.2006r. w kawiarni „Cafe Muzeum”. Obecni byli przedstawiciele władz miasta i powiatu, ZG PTTK, macierzystego Oddziału PTTK, zaprzyjaźnionych kół i klubów oraz wielu klubowiczów i sympatyków turystyki rowerowej. Na tym spotkaniu tytuł Honorowego Członka Klubu otrzymali „ojcowie założyciele” Emilia i Władysław Sosnowie oraz prezes O/PTTK Ryszard Mazur.
  • W 2006r. wielkim nakładem pracy zespołu redakcyjnego wydano pierwszą w historii klubu monografię pt. „40 lat z Ondraszkiem”. „Szeryf” - W. Sosna był redaktorem naczelnym tej cennej publikacji.
  • 09.08.2006r. po 27 latach udanego prezesowania „Jędruś” - A. Słota przekazał „stery klubu” „Rechtorowi” - Z. Pawlikowi.
  • Począwszy od roku 2006 rozwinęła się bliska współpraca z sekcją kolarską Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Sportowego „Beskid Śląski” w Republice Czeskiej. Prezes PTTS-u Władysław Janik był gorącym zwolennikiem turystyki rowerowej, a sekcja przy jego bezpośrednim udziale była współorganizatorem 46 Ogólnopolskiego Zlotu Polskiej Turystyki Kolarskiej ”Ziemia Cieszyńska”, którego „Ondraszek” był głównym organizatorem.
  • W roku 2007 postanowiono wzajemnie koordynować i połączyć propozycje programowe „Ondraszka” oraz sekcji kolarskiej PTTS-u i wydawać wspólny kalendarz imprez na poszczególne lata, co jest czynione do chwili obecnej.
  • W roku 2008 zaopatrzyliśmy klubowiczów w specjalne kurtki rowerowe z logo i monogramami „Ondraszka”. Zadania tego podjęła się firma „Berkner” z Knurowa produkująca odzież sportową. Od tego czasu nasz ondraszkowy team jest łatwo rozpoznawalny na kolarskich wyprawach.
  • W roku 2009 z okazji jubileuszu 90-lecia PTTS-u ukazała się pięknie wydana monografia tej szacownej organizacji. O napisanie rozdziału dotyczącego turystyki rowerowej i naszej współpracy został poproszony prezes „Ondraszka” Z. Pawlik.
  • Rok 2010 był rokiem jubileuszowym 100-lecia turystyki zorganizowanej na ziemi cieszyńskiej. W wydanej wówczas obszernej monografii „100 lat Oddziału PTT- PTTK Beskid Śląski w Cieszynie 1910-2010” nasz klub też ma swój obszerny rozdział.

    Zebrane i ułożone chronologicznie fakty są moim subiektywnym wyborem i oczywiście nie wyczerpują odkrytego bogatego źródła informacji. Są raczej próbą przypomnienia uczestnikom wydarzeń tego, co wspólnie udało się zrealizować, a młodszym stażem Ondraszkom unaocznić, że nasz klub nie tylko zrzesza i organizuje wolny czas pasjonatom rowerowej turystyki, lecz jest już „instytucją” z bogatymi tradycjami i dużymi osiągnięciami.

    A kto się chce dowiedzieć więcej – zapraszam do wertowania rzeczonych historycznych kronik.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria