Kronika imprez z 2018 roku
Spis treści
Noworoczny spacer rowerowy

01.01.2018

Nie będę pisał za każdym razem, że były bale, zabawy, prywatki itp. bo to jest oczywiste. Po prostu Sylwester był dzień wcześniej, a w dniu pisania tych słów mamy Nowy Rok. Przed nami nowe 365 dni, które tak jak pustą księgę wypełnimy - strona po stronie.

W poniedziałkowe noworoczne południe na cieszyńskim Rynku zameldowała się rekordowa liczba uczestników - przyjechało nas 18. Nie wiem, czy to przypadek, ale w pierwszym dniu nowego 2018 roku akurat zjawiło się 18 uczestników. Analogicznie było w 2013 roku, kiedy było nas równo 13. Ciekawe…

Pisząc tą notatkę, uświadomiłem sobie jeszcze jedno. Jest to już nasze dziesiąte noworoczne spotkanie rowerowe. A więc było nie było jubileuszowe, ale nikt na to nie wpadł. Przejdźmy jednak do rzeczy.

Cała nasza osiemnastka, w której bardzo mocno wyróżniała się grupa Mikołajów i “elementów” mikołajopodobnych, ruszyła z Rynku ulicą Głęboką, Zamkową i Bednarską na Czarny Chodnik. Tam postanowiliśmy przetestować fragment ścieżki rowerowej, która powstała przy przebudowanej/wybudowanej ulicy Hajduka (po małych poprawkach będzie nadawać się do użytku) – niestety - ścieżka kończy się w polu - taka to już nasza polska rzeczywistość. Później ulicami Ustrońską i Słowiczą dotarliśmy na Mnisztwo. Największa górka na naszej trasie została pokonana, i jak na początek roku, to muszę przyznać, że z kondycją nie jest źle.

Później ulicą Jastrzębią zjechaliśmy na dół tylko po to, żeby znów wdrapać się na następną górkę na ulicy Dębowej i to była ostatnia górka wycieczki - no chyba, że ktoś ma pod górkę do domu. Następnie już spokojnie aleją Łyska i przez kładkę sportową na czeską stronę dotarliśmy do ulicy Zamkowej, z której wzdłuż Młynówki aleją Piastowską pojechaliśmy na metę naszej wycieczki - do domu Kasi Holeksy. W progu powitała nas Jej mama pani Ela. Całą ekipą zapakowaliśmy się na drugie piętro, do mieszkania Kasi i tam się gościliśmy…

Na tym opis wycieczki zakończę. Kto chciałby wiedzieć więcej, to zapraszam w przyszłym roku.

Jarek - “Bystry”
Galeria
Walne zebranie sprawozdawcze za rok 2017

19.01.2018

Zgodnie z uświęconą latami tradycją na początku każdego roku podsumowujemy wyniki poprzedniego sezonu i określamy ramy działalności na ten nadchodzacy. W tym celu w sali SM Cieszynianka zebrała się dość liczna grupa 45 klubowiczów, aby podsumować dokonania zakończonego 51. seoznu czyli czyli pierwszego w drugim półwieczu klubu. Uczyniliśmy to w obecności znamienitych gości bowiem z PTTS-u przybyli: prezes - pani Halina Twardzik i szef sekcji kolarskiej Robert Wałaski, natomiast macierzysty Oddział PTTK reprezentował prezes Jacek Tyczkowski.

Zebranie rozpoczęto od wspomnienia naszych bliskich i przyjaciół, którzy w ubiegłym roku odeszli na drugą stronę. A byli to: w styczniu „Ociec” - Jan Pawlik przodownik turystyki kolarskiej i dawny członek Ondraszka, we wrześniu Ryszard Syrokosz i Lucjan Jurys z cieszyńskiego Oddziału PTTK oraz w październiku Ewald Bereska z Klubu Kolarskiego „Gronie” z Tychów. Choć nie wszyscy wymienieni byli członkami klubu, jednak uczynili dla naszego klubu wiele dobrego.

Prowadzenie zebrania powierzono „Czornej” - Alicji Wlach mającej w tym względzie duże doświadzcenie a wspierali ją w funkcji wiceprezesa „Rechtor” - Zbyszek Pawlik oraz sekretarza „Bystry” - Jarek Rezmer.

Realizując uchwalony scenariusz kolejno swoje sprawozdania złożyli prezes klubu, następnie Komisja Rewizyjna oraz skarbnik. Dokonania minionego sezonu oceniono pozytywnie, nie licząc problemów wynikających z perturbacji pogodowych, która co nieco pomieszała w realizacji planów oraz trochę kulejącej współpracy z PTTS-em. Do tego ostatniego odniosła się w swojej wypowiedzi Halina Twardzik przyznając, że nie był to najlepszy rok w tym zakresie. Podjęto jednakze środki zaradcze stąd właśnie obecność nowo wybranego szefa sekcji kolarskiej. Zapowiedziała również osobiste włączenie się do organizacji rajdu do ujścia Olzy.

Następnie szef Terenowego Referatu Weryfikacyjnego „Paparazzi” - Piotr Hamera złożył sprawozdanie ze swojego podwórka oraz wręczył „Ziołowemu” - Andrzejowi Nowakowi zdobytą odznakę „Turistika se Sokolem” autoryzowaną przez TJ Sokol z Czeskiego Cieszyna. Tym samym rozpoczął najprzyjemniejszą część naszego spotkania czyli rozstrzygnięcie konkursów.

„Kropelka” - Władek Zmełty sędzia tradycyjnego konkursu na Najaktywniejszego turystę kolarza sezonu ogłosił, że w roku 2017 w tym współzawodnictwie zwyciężyli:

  1. miejsce 152 pkt „Wędrowniczek” - Leszek Szurman
  2. miejsce 126 pkt „Gwarek” - Kazimierz Szewczyk
  3. miejsce 112 pkt. „Szykowno” - Beata Szarzec
  4. miejsce 100 pkt „Bystry” - Jarek Rezmer
  5. miejsce 92 pkt „Rechtór” - Zbyszek Pawlik

Niezagrożona pozycja „Wędrowniczka” nikogo nie zdziwiła gdyż dzięki swojej całoroczmnej aktywności, o czym była molwa w sprawozdaniu, daleko odjechał pozostałym klubowiczom. Ostatno też na wysokich miejscach plasuje się „Szykowno” i „Gwarek” reprezentujacy nasz klub na zlotach UETC. Zwycieżcy otrzymali gromkie brawa, dyplomy a do III miejsca też nagrody rzeczowe.

Nastepnie wyłonione na zebraniu jury konkursu na Najciekawszą wycieczkę sezonu 2017 w składzie „Ziołowy” i „Paparazzi” zebrali imienne karty konkursowe zawierające spis ubiegłorocznych wypraw z przyznaną punktacją. Po ich podsumowaniu okazało się, że najbardziej się podobała kulinarna wyprawa na smażenie jajecznicy „Kropeki” otrzymując 43 pkt, następnie zakończenie sezonu na Chełmie autorstwa duetu „Ośki” i „Bystrego” - 37 pkt, a nieznacznie za nim uplasowała się wycieczka „Odkryjmy uroki Jaworza” w opracowaniu Rechtora z pomoca W. Nowaka (33 pkt). Autorzy tych wypraw otrzymali nagrody rzeczowe oraz dyplomy. Dyplomy natomiast trafiły do „Unisono” i „Rechtora” za organizację rozpoczęcia sezonu (25 pkt warto podkreślić, że z powodu dość ekstremalnej pogody było nieco improwizowane) oraz dla klubu za organizację XX Jubileuszowego Rajdu Rodzinnego (18 pkt). Nagrody rzeczowe w obu konkursach były kuponami do realizacji w wytypowanych warsztatach rowerowych.

Na zakończenie tego uroczystego bloku prezes Oddziału PTTK Jacek Tyczkowski wręczył dyplomy Oddziału PTTK za wyjątkowe osiągnięcia w roku sprawozdawczym. Otrzymali je:

  • Małgosia i Kazik Holiszowie za przygotowanie i realizację obozu kolarskiego na trasie Dużego Rajdu Dookoła Polski i niezłomną postawę pomimo poważnych problemów zdrowotnych.
  • Włodek Nowak za szczególną aktywność przodownicką wyrażającą się w zaangażowaniu w pracach komitetu organizacyjnego zlotu Odziałów PTTK w Bielsku-Białej i organizacji dalszych wycieczek zaplanowanych w klubowych propozycjach.

W panelu dyskusji omówiono niektóre propozycje z planu na rok 2018. Dodatkowo zebrani podjęli jeszcze dwie uchwały:

  1. dnia 08.06.2018r. organizację imprezy rowerowej dedykowanej dla dzieci i młodzieży pod nazwą „Dzień Dziecka z Ondraszkiem”.
  2. rozszerzenie punktacji na Najaktywniejszego turystę klubu o dodatkowe dyscypliny turystyki kwalifikowanej uznanej w PTTK w formie odznak do zdobywania (kajakarstwo, turystyka piesza nizinna itp.).

I na tym zebranie zakończono. Należy jeszcze dodać, że przez cały czas w tle można było podglądać fotoreportaż z poszczególnych wypraw omawianego sezonu przygotowany przez „Paprazazzego” konsumując drobny poczestunek (kawa, herbata, ciasteczka, woda mineralna) przygotowamny przez klubowe koleżanki.

Jako, że teorię mamy za sobą więc pozosrtaje tylko czekać aż przyjdzie wiosna i wtedy przystąpimy do praktycznej realizacji omówionych pomysłów.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Szalenie ekskluzywny ondraszkowy bal przebierańców

10.02.2018

Pytanie: Czy jest takie miejsce na Ziemi, gdzie jednocześnie mogli się spotkać Zorro, Kleoptara, Szara Eminencja, Subiekt, Kucharz i inne postaci różnych stylów i epok?

Odpowiedź: Jest! I to właśnie nastąpiło o godz. 17:03 na ostatnim karnawałowym rzutem na taśmę na Ondraszkowym balu przebierańców, który odbył się w restauracji „Pod Dębem”. Organizacji podjęła się „Kociak” - Irena Dzikowska przychylając się do postulatów klubowiczów, którzy zapamiętali podobne wydarzenie organizowane dwa lata temu. Za konsolą stanął równie dobrze znany DJ „Rewor” - Leszek Porębski serwując bardzo wysublimowaną muzykę, a wodzirejem został „Rechtór” - Zbigniew Pawlik. Natomiast o kulinaria w całkiem konkretnych ilościach i smakach zadbała już obsługa restauracji.

Jak powszechnie wiadomo poziom zabawy jest taki, jacy są jej uczestnicy. A na naszych balach towarzystwo jest i było wyśmienite, gdyż zawsze stawialiśmy na jakość przed ilością. Bal przypominał zatem całkiem niewielką prywatkę z udziałem 22 uczestników, w tym 4 sympatyków. Za to z przebraniami wszyscy wspięli się na wyżyny pomysłowości, więc efekty były powodem całej kupy śmiechu. Przy okazji ujawniła się również para, która już w tym roku stanie na ślubnym kobiercu, co było też powodem kilku kolejnych toastów.

Kulminacją zabawy były tajne – a jakże! wybory balowej pary królewskiej w konkursie na najciekawsze przebranie. Ostatecznie Królową została Kleopatra w interpretacji Danki Biedy, a Królem bezapelacyjnie wybrano Mariusza Urbanka, który wcielił się w rolę Szarej Eminencji. A uczynił to tak dobrze, że się zastanawialiśmy wszyscy, czym on mógł być w „poprzednim wcieleniu”.

Para zasiadła na przygotowanym tronie, a reszta imprezowiczów oddała im należny hołd. I tak przy dobrej muzyce i przeróżnych zabawach czas płynął szybko, więc ani się nie spostrzegliśmy, że zrobiło się trochę późno lub wcześnie, zależy jak spojrzeć na zegar… A, że mieliśmy umówione zakończenie imprezy około północy to fakt, że zakończyliśmy ją ok. 01:00 nie był wcale złym wynikiem. Na zakończenie uczestnicy aplauzem na stojąco podziękowali wymienionym „funkcyjnym”. Pozostały zdjęcia i wspomnienia, a także postanowienie, że choć rowerów z nami nie było warto taką imprezę powtarzać.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Narada Aktywu Kolarskiego województwa śląskiego

17.02.2018

To coroczne spotkanie działaczy z klubów, kół i komisji naszego województwa tym razem odbyło się pod znakiem jubileuszu 20-lecia działalności Klubu Turystyki Kolarskiej „Gronie” z Tychów. Przedstawicielami Ondraszka byli Roztrzapek, Bystry, Olo i Rechtór.

Obecny szef klubu Cezary Sawicki powitał licznie zebranych przedstawicieli (ok.70) w nowoczesnym kompleksie budynków Filmoteki na obrzeżu Tychów. Historię klubu w formie multimedialnej przedstawił jego długoletni prezes Krzysztof Okoński. Przy okazji wyjaśnił pochodzenie, według mnie dość zagadkowej, nazwy ”Gronie”. Otóż okazuje się, że nie ma nic wspólnego z górami-gróniami w naszym rozumieniu, lecz z gronem ludzi połączonych wspólnym celem lub nazwą górki skąd wypływa źródło o tej nazwie, wykorzystywane do produkcji złocistego Tyskiego. Hm..ciekawe.

Gronie w porównaniu z Ondraszkiem jest młodzieńcem, ma wielkie osiągnięcia, a wyspecjalizował się zwłaszcza w wyjazdach na zloty AIT, obecnie UETC. Bywało i tak, że na niektórych tyszanie byli jedynymi reprezentantami PTTK, a i obecnie część kolarzy z zaprzyjaźnionych klubów korzysta z transportu organizowanego przez Gronie. Choć jak na spore miasto (ponad 100 tyś. mieszkańców), klub jest nieliczny (44 osoby), jednak bardzo prężny. Rocznie organizują ponad 60! krótszych i dłuższych wycieczek, tym samym corocznie plasują się w czołówce konkursu ZGPTTK na najaktywniejszy klub w Polsce.

Zebrani mieli zatem powody przekazać jubilatowi wiele gratulacji, życzeń i pamiątek. My również wręczyliśmy okolicznościowy dyplom, proporczyk oraz jubileuszowy medal. Następnie Przewodniczący Komisji Turystyki Kolarskiej ZGPTTK Marek Koba omówił sprawy związane z niedawnym spotkaniem wyborczym w Warszawie i przedstawił skład komisji na bieżącą kadencję, po czym przystąpiono do wręczenia zdobytych wyróżnień. Był też i akcent Ondraszkowy albowiem vice-prezydent UETC - Staszek Karuga przekazał zdobytą przez „Szykownóm” - Beatę Szarzec odznakę UETC I stopnia. Gratulujemy!

W dyskusji poruszano wiele tematów, a nas zespół przedstawił propozycję organizacji zlotu przodowników turystyki kolarskiej w Zembrzycach, na bazie zebranych informacji podczas ubiegłorocznej wyprawy do miasta Jana Pawła II. Według nas organizatorem mogło by być konsorcjum klubów województwa śląskiego. Nie negując zasadności propozycji, wobec faktu, że najbliższy termin realizacji pomysłu to 2021 rok, postanowiono do tematu wrócić w niedalekiej przyszłości. Zobaczymy!

Spotkanie oprócz omówionej części informacyjnej miało również część krajoznawczą, w ramach której zwiedzaliśmy niedawno otwarty (2015r) stadion miejski. Nowoczesny w sylwetce obiekt na ok. 15 tyś. miejsc, robi naprawdę spore wrażenie. Z przewodnikami zwiedzaliśmy mieszczące się w nim muzeum tyskiego sportu. W ciekawie zaaranżowanej formie omawia dokonania tyszan w wielu dziedzinach sportu, lecz z naciskiem na piłkę nożną. Powodem było pewnie zdobyte wicemistrzostwo w extra klasie prze miejscowy klub. Choć zdarzyło się to był w dawnych czasach (w roku 1975), do dziś jest to mocno hołubione. Z wystawy wynikało jednak, że Tychy nie tylko piłką stoją, bo takie nazwiska jak Czerkawski (hokej), Hanusik (kolarstwo), czy Sawicki (alpinizm) to też Tyszanie!

W trakcie zwiedzania zauważyłem, że obiekt odzwierciedla też i ciemną stronę „sportu”. Bramy wejściowe przypominają wejście do fortecy, na widowni miejsca dla gości drużyny przeciwnej są wydzielone w osobnym sektorze ogrodzonym niczym bastion…

Po małym poczęstunku pożegnaliśmy się z przyjaciółmi z mocnym postanowieniem spotkania, teraz już na kolarskich szlakach…

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Ondraszek na dachu Ukrainy

23.03.2018 - 25.03.2018

Howerla (2061 m n.p.m.) to najwyższa góra Beskidów Wschodnich, w tym pasma Czarnohory i jest równocześnie najwyższym szczytem na Ukrainie. Istnieje niepisana tradycja, że podobnie jak Polak na Giewoncie, każdy Ukrainiec musi przynajmniej raz w życiu na niej być. A trudności z tym związane zapowiada choćby nazwa góry „Hovirla”, która w języku rumuńskim oznacza „trudny do zdobycia”.

Aby tradycji stało się zadość Ukraińska Federacja Sportu i Turystyki organizuje co roku narodowe wyjście na Howerlę. W komitecie organizacyjnym był Taras Pacholiuk, który wraz z drużyną był obecny na niedawnych obchodach jubileuszu naszego klubu.

W tym roku w rajdzie udział wzięło ok. 250 turystów w tym 14-osobowa grupa Polaków, w tym ja, jako jedyny Ondraszek. Jak powiedział Taras wyjście na dach Ukrainy organizuje się w marcu, aby dokonać mistycznego połączenia wiosny rozkwitającej w dolinach z zimą w wysokich górach, i wracając dokonać przejścia do budzącego się życia. W tym roku jednak niespecjalnie się to udało, gdyż śnieg zalegał w dolinach, a nawet w Przemyślu. A potem im dalej w góry, tym było go coraz więcej, nawet kilka metrów. I wiosna tu przyjdzie chyba nie wcześniej, jak za dwa miesiące.

Własnym transportem w trzyosobowym składzie dojechaliśmy do Przemyśla, gdzie spotkaliśmy grupę organizatora polskiego segmentu – Michała Raczyńskiego, członka Komisji Turystyki Kolarskiej PTTK, który swoje korzenie ma na Ukrainie. Całą grupą wsiedliśmy do pociągu na szerokich torach, którym sprawnie dojechaliśmy do Lwowa, gdzie z kolei zostaliśmy zakwaterowani w kuszetkach specjalnego pociągu relacji Lwów-Worochta. Wyruszyliśmy tam ok. północy, a już o godzinie czwartej nad ranem byliśmy na miejscu. Podróż wygodna, tylko dla niektórych za krótka, bo jak to czasem bywa „nocne Polaków rozmowy” nie pozwoliły się należycie wyspać. Pociąg był jednocześnie naszym hotelem, gdyż czekał na bocznicy na nasz powrót z gór.

Worochta to bardzo znana miejscowość wypoczynkowa za czasów II RP, która przycupnęła między górami w dolinie rzeki Prut. Około godziny 7:00 podstawiono autobusy, które podwiozły nas kilkanaście kilometrów do granicy parku narodowego, na wys. ok. 900 m n.p.m. Ze względu na zwały śniegu na drodze autobusy musiały zawrócić, a nam zostało zaliczyc „per pedes” ok. 10 km do bazy turystycznej Zaroślak (wys. 1250 m n.p.m.), który jest dopiero właściwym punktem wyjścia w góry. Tak więc w w większych i mniejszych grupkach brnęliśmy w śniegu, stopniowo nabierając wysokości. Droga była jednak nieco odśnieżona spychaczem, więc od czas do czasu mijają nas auta terenowe wyposażone w łańcuchy, a także specyficzny „Łunochod” tzn. wojskowa ciężarówka przystosowana do przewozu pasażerów. Po trasie w oddali od czasu do czasu pokazuje się cel naszej wyprawy, czyli ośnieżony szczyt Howerli sięgający prawie do nieba…

W tym fragmencie trasy pomogły nam przywiezione z Polski specjalne rakiety śnieżne zakładane na buty. Po ok. dwóch godzinach doszliśmy do schroniska. Pierwotne, wybudowane jeszcze przez Polskie Towarzystwo Tatrzańskie spłonęło w czasie wojny. Obecna baza powstała dla olimpijczyków w latach 70-tych XX w., czyli jeszcze za czasów ZSSR. Duży obiekt teraz jest ogólnie dostępny i stanowi dobrą bazę noclegowo-gastronomiczną dla penetracji okolicznych gór.

Stąd na szczyt jest ok. 4 km i 820 m przewyższenia. Zaraz za bazą wchodzimy w las iglasty, i idąc oznakowanym, przetartym przez ratowników szlakiem stopniowo podchodzimy coraz wyżej, od czasu do czasu przekraczając widoczne w głębokim śniegu źródliska rzeki Prut. W pewnym momencie wychodzimy ponad linię lasu i przed nami w oślepiającym słońcu roztacza się rozległa połonina kończąca się het, wysoko partią szczytową. W tym momencie na myśl przychodzą mi znajome bieszczadzkie widoki, choć oczywiście w innej skali. Teraz podejście zrobiło się naprawdę strome, a nachylenie miejscami sięga nawet do 70 %. W tym miejscu dla ułatwienia wspinaczki ekipy zabezpieczające rozwinęły linę. Pniemy się mozolnie coraz wyżej i wyżej, korzystając ze scieżki wydeptanej przez poprzedników. Gdzieś w połowie trasy jest widoczne wypłaszczenie nazywane „Plecy”. Teraz można odetchnąć i rozglądnąć się dookoła. Widok był powalający! Wokół morze ośnieżonych szczytów lamowanych połaciami lasów, a bliżej nas głębokie kotły, pewne miejsce do schodzenia lawin. Następna stromizna wystąpiła pod partią szczytową. Powoli stawiając kroki podeszłem do śnieżnej krawędzi, która miałem prawie nad samą głową, przewaliłem się na drugą stronę i… jestem na potężnym plateu o wielkości boiska, które jest szczytem Howerli. Zdobi go krzyż -podobno czterometrowej wysokości, choć teraz ze śniegu wystawało nie więcej niż 2 m, a także obelisk triangulacyjny, który obecnie był jedną wielką bryłą śniegu.

Dokolny widok był jeszcze rozleglejszy, sięgający pewnie na kilkadziesiąt kilometrów. Niepokoiły mnie jednak śniegowe chmury i mgła szybko zbliżająca się od horyzontu. Zza krawędzi było widać nadal podchodzących w długim sznureczku uczestników, którzy z tej odległości wyglądali jak mrówki. Jak większość towarzystwa się znalazła na szczycie rozpoczęły się uroczystości. Żelaznym punktem była sesja fotograficzna, którą wszyscy zaliczali z różnymi proporcami i transparentami w rękach, choć jednak przeważały flagi państwowe Ukrainy. Ja miałem nasz klubowy proporczyk. Były też przemówienia, pozdrowienia, wspomnienia i odśpiewanie hymnu państwowego.

W międzyczasie, choć z innej strony na szczyt wjechało kilka śnieżnych skuterów, wzbudzając powszechne zainteresowanie, jak również kilku narciarzy, którzy mieli niesłychana frajdę na zjeździe. Tymczasem mgła nas szczelnie nas otuliła, zaczął sypać śnieg. Byłto więc najwyższy czas wracać. Zejście ze stromizny okazało się dużo łatwiejsze niż przewidywałem, bo gruba pokrywa śnieżna skutecznie nas amortyzowała. Lina tym razem posłużyła jako poręczówka przy szalonym zjeździe bezpośrednio na czterech literach. Powoli, w małych grupkach, dotarliśmy do bazy Zaroślak, a następnie dalej do granicy parku narodowego, gdzie oczekiwały nas autobusy.

Około 21:00 organizatorzy na peronie dokonali podsumowania rajdu, wręczyli przygotowane dyplomy i już zaprosili nas na rok następny. Każdy z uczestników otrzymał specjalny certyfikat. Najmłodszym uczestnikiem była 11-letnia dziewczynka, a najstarszym 81-letni dziarski staruszek. Miłe było również to, że zauważono też udział polskiej ekipy. Okazało się również, że historia „Howerlany” jak nazywa się rajd sięga głębokiej „komuny”, bo lat 60-tych XX w., a niektórzy uczestnicy byli na nim po kilkanaście razy.

Gdzieś w okolicach północy pociąg wyruszył i po całonocnym przejeździe stanęliśmy ok godz. 5:30 w punkcie wyjścia, czyli na dworcu we Lwowie. Nam pozostało jeszcze dojechać do granicy i następnie do domu. Poszło to razem nad wyraz sprawnie, bo w Cieszynie byłem już po godz. 15:00.

Podsumowując można stwierdzić, że choć zimowe wejście na szczyt do łatwych nie należało, warto było skorzystać z tego dobrze przygotowanego rajdu, aby posmakować przepięknych widoków prawie dziewiczych pod względem turystycznym gór.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Memoriał kolarski im. M.Palowskiego

08.04.2018

Już po raz 11 Przyjaciele z PTTS-u, a konkretnie J. Štirba zwołał spotkanie w Alejkach Masaryka w Czeskim Cieszynie, aby spotkać się przy grobie Mariana i następnie pojechać na pierwszą wyprawę sezonu do Tyry.

Tym razem, w odróżnieniu od ostatnich dwóch lat, towarzyszyła nam piękna pogoda i było też wyjątkowo ciepło. Miało to niewątpliwy wpływ na frekwencję, gdyż w miejscu zbiórki zjawiło się nas aż 44 i co ciekawe po równej połowie przedstawicieli Ondraszka i Beskidzioków. Wraz z mężem przyjechała też pani H. Twardzik - prezes tej szacownej organizacji oraz R. Wałaski -szef tutejszych kolarzy. Był także obecny reporter z gazety „Głos” (dawniej Głos Ludu) i na gorąco zbierał wypowiedzi uczestników. Po serdecznych powitaniach dawno nie widzianych przyjaciół i znajomych wspólnie udaliśmy się na cmentarz, gdzie już oczekiwała nas Danusia (żona śp. Mariana) wraz z synem, W. Kristen oraz kilku znajomych.

Jak co roku wygłosiłem Słowo wspominając sylwetkę Mariana i jego dokonania. Zaśpiewaliśmy hymn PTTS-u „Szumi Jawor” oraz nastrojowy „Ojcowski Dom”. Głos zabrała również pani prezes Halina pozytywnie odnosząc się do wygłoszonej mowy oraz Danusia dziękując wszystkim za przybycie oraz pamięć. Wystąpienia te zostały również zarejestrowane przez reportera. Wspominając ostatnie spotkania w tym momencie zazwyczaj byliśmy już przemoczeni i zmarznięci, ale nie tym razem. Widać śp. Marianowi spodobała się nasza wytrwałość i uprosił najwyższe czynniki, aby pogoda nam towarzyszyła na całej wyprawie.

W sporym peletonie prowadzonym przez W. Niedobę pojechaliśmy zatem przez Sibicę, Ropicę i Końską do doliny Tyry głęboko wciętą między stoki Ostrego i Jaworowego. Naszym celem był znajomy mały bar, gdzie można było odpocząć, co nieco przekąsić i przyglądać się budzącej się wiośnie. Żeby jednak nie było za łatwo całą drogę walczyliśmy z porywistym wiatrem wiejącym nam prosto w twarz.

Tutaj też nasz prolog się zakończył, a w trakcie indywidualnych powrotów otrzymaliśmy super premię w postaci wiatru, który teraz mocno nam pomagał wiejąc w plecy. A że jeszcze było do tego z górki, to Trzyniec osiągnęliśmy przy zawrotnej szybkości ok. 30 km/godz., prawie nie używając pedałów. Tak udany prolog nastawił wszystkich bardzo optymistycznie do czekających nas następnych wydarzeń kolarskich, na które z niecierpliwością czekamy. Przejechałem 40 km.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
XI Zlot Oddziałów Województwa Śląskiego

14.04.2018

Druga grupa Ondraszków (6 osób) wybrała trasę nr V, która prowadziła z rynku w Gliwicach przez Rzeczyce, Taciszów, Pławniowice, Niewiesze, Poniszowice, Słupsko, Boguszyce do Toszka. Tam spotkaliśmy się wszyscy.

Beata Szarzec
Galeria
XI Zlot Oddziałów Województwa Śląskiego

14.04.2018

Zloty oddziałów PTTK organizowane przez Radę Prezesów PTTK województwa śląskiego na stałe zagościły do kalendarza imprez turystycznych. Tym razem na XI z kolei zlot zaprosił nas Oddział PTTK Ziemi Gliwickiej, a część rowerową zorganizował znany klub im. W. Huzy.

Tak się składało, że obaj organizatorzy byli jubilatami, gdyż Oddział PTTK obchodzi swoje 65-lecie, a klub Huzy jest niewiele młodszy, bo tylko o pięć lat. Zloty te też cieszą się sporym zainteresowaniem Ondraszków i od kilku sezonów wystawiamy sporą kilkunastoosobową drużynę. Tym razem okazało się, że nasz 15-osobowy team był najliczniejszy, co zostało zauważone i nagrodzone specjalnym dyplomem od organizatorów. Byliśmy też jedynymi przedstawicielami naszego Oddziału PTTK, albowiem tym razem nie było cieszyńskich piechurów.

Do wyboru mieliśmy dwie trasy rowerowe, a start przewidziano w Gliwicach lub Toszku. Meta obydwu była zorganizowana w Toszku na dziedzińcu XIV w. zamku, więc zrozumiałe, że większość Ondraszków (10) wybrała tą opcję. Organizatorzy podzielili cały, ponad 40-osobowy, peleton na dwa zespoły a wtedy wyruszyliśmy z miejscowego rynku. Pogoda była przepiękna - słoneczko raźno świeciło, ptaszki śpiewały, kwiaty kwitły, drzewa obsypane kwiatami, a więc wymarzony czas na rowerową wyprawę. Przejechaliśmy lokalną drogą przez Sarnów i Dąbrówkę i zagłębiliśmy się w las. Postój zarządzono na w uroczysku Hubertus na tzw. Polanie Śmierci. Ta ponura nazwa nawiązuje do wydarzeń z 1946r. Kiedy podstępem zwabiono tutaj oddział „leśnych” m.in. ze Śląska Cieszyńskiego i ich zamordowano.

Ruszyliśmy dalej i niebawem wjechaliśmy do wsi Jemielnica położonej już w województwie opolskim. Z daleka widoczna była wysoka wieża kościoła w pocysterskim kompleksie klasztornym. Cystersi przywędrowali tutaj z nieodległej Rudy końcem XIIIw., i gospodarowali aż do roku 1810r. Miejscowy przewodnik przybliżył nam ich barwną historię i dodatkowo zaprowadził nas na cmentarz francuski pochodzący z czasów napoleońskich. Jemielnica jest też centrum mniejszości niemieckiej. Na centralnym placu w 1992r. odbudowano mauzoleum niemieckich żołnierzy poległych w obu wojnach światowych, a i napisy w miejscach publicznych były dwujęzyczne.

Następny postój zarządzono przy uroczym małym wczesnogotyckim kościółku powołania Najświętszej Marii Panny we wsi Centawa. Następnie znów wjechaliśmy w las, aby niebawem zamknąć pętlę trasy w Dąbrówce. Teraz pozostało tylko wrócić do Toszka na metę. Aby nie powtarzać trasy postanowiłem wypróbować wariant po pieszej ścieżce przez las. Pomysł okazał się nienajlepszy, gdyż tuż za ostatnimi zabudowaniami skończyła się droga bita, a niebawem i gruntowa. A zatem większość leśnej trasy pokonałem piechotą pchając „bicykiel” przez sypki piasek. W końcu też trafiłem na ślad cywilizacji, bo z drugiej strony lasu polna droga miała na tyle twarde podłoże, że dało się jechać, a zatem też dojechałem na metę. Tutaj na dziedzińcu starego, częściowo zrujnowanego, zamczyska zebrał się już tłum zlotowiczów, w większości piechurów. Wszyscy razem szturmowali stoisko z kiełbaskami z rożna, a następnie zamkową restaurację z kawą. Idę o zakład, że takiego oblężenia te szacowne mury zamkowe już dawno nie widziały. Wchłonęliśmy posiłek i nieco zaspokoiwszy głód mogliśmy porozmawiać z przyjaciółmi z innych klubów rowerowych. Na szukanie złotej kaczki, która gdzieś tu podobno czeka na swojego odkrywcę nie starczyło już czasu, bo organizatorzy dziękując za udział odtrąbili koniec imprezy. Pozostało nam tylko dojechać do auta, no i wrócić do domu. Przejechaliśmy ok. 40 km w ciekawej okolicy i wiemy, że warto było tu przybyć.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Forpoczta sezonu: Dzień „Wędrowniczka”

15.04.2018

Piętnastego kwietnia, w niedzielę zorganizowałem wycieczkę na górę Tuł. Była to druga moja wycieczka pod tytułem podróż do pradziejów. W poprzednim roku odwiedziliśmy górkę w Puńcowie o nazwie Farska górka, a w tym roku Tuł, gdzie w zamierzchłych czasach - jak potwierdziły to wykopaliska archeologiczne - stała osada, której początki datowane były na schyłek epoki brązu i początek epoki żelaza - w 950 roku przed naszą erą.

Pogoda dopisała i na rynku zjawiło się sporo uczestników. Trasa biegła początkowo ulicami miasta, a że miasto jest na wzgórzach to było często pod górkę. Następnie dojechaliśmy na Mnisztwo, przez Puńców, Wielodrogę i kawałek ścieżką pośród pól dotarliśmy do domu opieki społecznej Eben-Ezer w Dzięgielowie, gdzie mieszka nasz „Seniorek”. Był bardzo uradowany naszymi odwiedzinami, a nam to również sprawiło radość, że zastaliśmy go w zdrowiu i dobrej kondycji.

Po krótkiej jeździe dojechaliśmy do restauracji pod Tułem, gdzie zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek. Zostawiliśmy tam rowery i dalej pieszo w 13 osób wdrapaliśmy się na szczyt góry. Wspinaczka była dosyć trudna bo górka, mimo że niewysoka, jest dosyć stroma. Idąc podziwialiśmy wspaniałe widoki, jak i budzącą się przyrodę i kwitnące kwiaty. Po zejściu ze szczytu posiedzieliśmy w restauracji, zjedliśmy co nieco, a w końcu każdy indywidualnie udał się do domu.

Leszek Szurman - "Wędrowniczek"
Galeria
Otwarcie 52 sezonu kolarskiego

22.04.2018

Na ten dzień wszyscy na pewno z utęsknieniem czekali. Fakt, że wspaniała pogoda, która chyba już od miesiąca panuje, zachęcała do wcześniejszych rowerowych eksploracji, jednakże ze względu na pogodowe psikusy Ondraszki historycznie otwierają sezon w drugiej połowie kwietnia. Przygotowaniami zajął się, jak zawsze niezawodny „Skryba” - A. Nowak, który przy organizacji skorzystał ze wsparcia członków klubu „Przerzutka” oraz kierownictwa GOK Zebrzydowice.

Jak można było przewidzieć, świetna pogoda zmobilizowała wielu rowerzystów z Ondraszka, sympatyków, jastrzębskich „Wiercipiętów”, przedstawicieli Towarzystwa Rowerowego Olza przy PTTS-ie. Wszystkich z radością powitaliśmy. Na miejscu zbiórki pod Florianem nawet pojawiła się na rowerze pani prezes - H. Twardzik z mężem. Co prawda nie wybierała się wraz z nami na trasę, ale gest się liczy! Był też obecny K. Marciniuk - reporter z „Głosu” - i zrobił piękne zdjęcie do gazety, a reporter Radia Katowice przeprowadził wywiady do reportażu o naszym klubie i turystyce rowerowej. Prowadzący powitał nasz całkiem spory - poand 70 osobowy - peleton, przedstawił trasę jej atrakcje i przy akompaniamencie dzwonków wyruszyliśmy pilotowani przez radiowóz Straży Miejskiej. Wzbudzając spore zainteresowanie przejechaliśmy ulicą Głeboką oraz bulwarami nad Olzą do Boguszowic gdzie ze względu na tak liczną grupę podzieliliśmy się na trzy zespoły.

Przez Brzezówkę dotarliśmy do Kaczyc, gdzie przy dawnej kopalni „Morcinek” był przewidziany postój celem poznania historii tego miejsca. Tutaj też oczekiwał nas Z. Fierla z grupą Beskdzioków z Karwiny, team przyjaciół z klubu „Przerzutka” oraz pan Władysław Macura, którego „Skryba” przedstawił jako tego, który otwierał, a na końcu i zamykał kopalnię. Faktycznie, jako inżynier górniczy miał sporą wiedzę na ten, obecnie już historyczny, temat. Z jego opowieści wynikało, że kopania „Morcinek”, która miała być „lokomotywą gospodarczą regionu” od samego początku cierpiała na niedoinwestowanie. Najpierw nie przeprowadzono właściwego rozpoznania złóż, dalej nie wykonano kompleksowej dokumentacji projektowej i działając doraźnie nie zrealizowano zakładanych systemów, w tym wentylacyjnych. Można rzec, że od otwarcia w roku 1986, aż do decyzji o zamknięciu w 1998r. kopalnia działała na zasadzie przypadku. Mimo, iż złoża cennego węgla koksującego oceniano na nawet na 100 lat, kopalnia „fiedrowała” ledwie 12 lat, i nawet nie zbliżyła się do zakładanej wydajności 12 mln ton na rok. A w końcówce swego istnienia w ramach spółki węglowej doliczano „Morcinkowi” nawet nieponiesione tutaj koszty, jakby chcąc udowodnić nierentowność. Nawet i sama likwidacja przebiegała w barbarzyński sposób, nieodwracalnie niszcząc to, co już wybudowano. Zgroza!

Na zakończenie ciekawej prelekcji popratej zdjęciami podziękowaliśmy brawami, a lider „Przerzutki” - H. Franek wręczył prelegentowi pucharek wykonany z węgla i opatrzony stosowną dedykacją.

Następnie przejechaliśmy przez główny plac dawniej pełniący też rolę dworca autobusowego przed głównym wejściem, słuchając opowieści typu: tu stało to, tam było tamto… Jedynie zarastające zielenią zardzewiałe konstrukcje wiat przystankowych i smętnie wyglądające, w większości opustoszałe budynki przypominały czas, gdy codziennie przewijały się tutaj tysiące ludzi. Przy okazji okazało się również, że spora część naszego peletonu, też miała związane z tymi miejscami własne wspomnienia.

Bocznymi malowniczymi dróżkami przez Kończyce Małe dotarliśmy niebawem do zamku w Zebrzydowicach. Na zapleczu muszli koncertowej, nasz człowiek czyli W. Owczarzy już wcześniej rozpalił ognisko i przygotował porcje uprzednio przywiezionych kiełbasek.

Całe nasze towarzystwo zabrało się ochoczo najpierw do opiekania, a następnie konsumpcji. Po zaspokojonym głodzie zespół „Ośka” i „Bystry” przeprowadzili dwa konkursy zręcznościowe, a było to „łowienie rybek” oraz nawijanie sznurka na czas. I ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że w obu zwyciężyłem, choć nie mam w tych dziedzinach większych doświadczeń, no może poza nawijaniem – choćby w wymyślaniu takich tekstów jak ten.

Najważniejszą częścią otwarcia sezonu od dawien dawna było pasowanie na Ondraszka. Zaszczytu tego dostąpili Małgosia i Kazik Holiszowie, zgodnie z tradycją wysuszywszy przedtem do dna po kubku tajemniczej mikstury. Następnie po złożeniu przyrzeczenia w uroczystej ceremonii otrzymali imiona: Gocha i Kolyjosz. Wiwatom i gratulacjom nie było końca! Gratulować można było też B. Szarzec - „Szykownej”, która otrzymała zdobytą odznakę UETC I stopnia. Aby ją zdobyć „Szykowno” była uczestnikiem kilku kolejnych europejskich rowerowych zlotów UETC.

W międzyczasie dotarli do nas dwaj kolarze żorskiego „Wandusa” oraz obecna i przyszła mama A. Gołucka - „AlaPala”, wraz z 2-letnim synem Filipem. Filip od razu odkrył pobliski plac zabaw i tyle go widziano. Musieliśmy go jednak ściągnąć z powrotem, albowiem stała się rzecz zupełnie wyjątkowa. Otóż po śmierci śp. Lucjana Jurysa rodzina porządkując pozostałe rzeczy odkryła piękny kryształowy puchar. Po namyśle zadecydowano, że zostanie o przekazany jako symboliczny prezent od seniora Lucjana najmłodszemu Ondraszkowi. W ten właśnie sposób „Skryba” uzasadnił ceremonię wręczenia, dzięki której mały Filipek stał się właścicielem tak wspaniałej pamiątki, oczywiście ozdobionej okolicznościową dedykacją.

Zwyciezcom w konkurach wręczono nagrody i meta powoli pustoszała. W małych grupach uczestnicy rozjeżdzali się w drogę powrotną, choć jeszcze część w drodze powrotnej spotkała się ponownie w restauracji zamkowej w Kończycach Małych, przy małym „co nieco”.

I w ten oto sposób to bardzo udane otwarcie przeszło do historii, a jak wiadomo jakie otwarcie taki i cały sezon!!! Przejechałem łącznie 43 km.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Dzień „Gwarka”

29.04.2018

Piękna pogoda i wręcz nie spotykane o tej porze roku upały mobilizują wszystkich do rowerowej aktywności. Na propozycję Gwarka odpowiedziało sporo Ondraszków i w niedzielę rano na ledwie co otwartym dworcu kolejowo-autobusowym spotkało się 11 Ondraszków. Przybyli też „Olo” z „Juniorkiem”, ale ich miejscem docelowym był szpital w Katowicach, gdzie „Juniorek” miał wyznaczony termin konsultacji. Gdy pojawił się nowoczesny szynobus od razu pojawił się problem jak się do niego władować, bo przewidziano w nim miejsce na max 4 rowery (!?). Zajęliśmy zatem bicyklami wszelkie przejścia i przedsionki i zdecydowaliśmy, że skoro się już upchaliśmy to jedziemy od razu do Pszczyny, a nie Goczałkowic jak było planowane.

Na szczęście konduktor też był zapalonym rowerzystą i nie protestował kiedy opanowaliśmy cały skład. Ludzi też szczęśliwie za wiele nie jechało, więc bez przygód dojechaliśmy do Goczałkowic, aby przekazać trójce oczekującej tu przybyłych na rowerach Ondraszków o zmianie miejsca wysiadania. Nie było to jednak daleko, ledwie jeden przystanek, więc nim się pozbieraliśmy na dworcu Ziołowy, Paparazzi i jeden sympatyk też nadjechali. Długą kolumną dojechaliśmy na rynek, gdzie ku naszemu zaskoczeniu powitał nas komandor niedawnego zlotu przodowników turystyki kolarskiej w Cesarce koło Łodzi. Po serdecznym powitaniu okazało się, że realizują prywatną wyprawę od Wisły po Sandomierza, taką akurat na majowy weekend.

Opodal Księżna Daisy już na nasz czekała więc zrobiliśmy sobie parę wspólnych fotek. Okazaną cierpliwość wynagrodziłem przekazując uczestnikom kilka faktów z jej barwnego życia, które co trzeba przyznać obfitowało we wzloty, ale też i upadki.

Rowery zostawiliśmy na rynku i na piechotę powędrowaliśmy do celu naszej wyprawy-czyli pałacowej wozowni, gdzie z okazji jubileuszu 100-lecia odzyskania niepodległości otwarto arcyciekawą wystawę pt. „Orzeł Czarny-Orzeł biały”. Za symboliczna złotówkę można było prześledzić losy miasta i panujących rodów, w tym Hochbergów od pierwszych lat XX w do 1922 r., kiedy w wyniku plebiscytu m.in. Pszczynę przyłączono do Polski. Sporo artefaktów pościąganych z kilkudziesięciu zbiorów prywatnych i muzeów z całej Europy było przedmiotami należącymi do ostatniego cesarza Niemiec Wilhelma II. Kajzer często przebywał w tutejszym pałacu w latach 1914-1917, gdyż wówczas była tu kwatera główna sztabu wojsk niemieckich.

Równie ciekawą częścią ekspozycji była wystawa w tzw. młynie zobaczyliśmy fotogramy mieszkańców oraz pól bitewnych Wielkiej Wojny. Po wystawie oprowadzał znający się na rzeczy przewodnik i następnie podprowadził nas do tzw. „domku ogrodnika”, gdzie z kolei zapoznaliśmy się z militarną historią miasta i okolic od czasów Piastów, aż po współczesność.

Po tej potężnej porcji wiedzy przeszliśmy z powrotem na rynek i już mieliśmy dosiadać bicykli, kiedy prowadzący Gwarek nagle się nam stracił, bo... postanowił coś zjeść. A zatem wyruszyliśmy na razie bez niego kierując się na Goczałkowice. Pierwotny zamiar odwiedzenia ogrodów Kapiasa się nie powiódł, gdyż ogrody były szturmowane non stop przez wielkie tłumy ludzi. Pojechaliśmy zatem na zaporę Goczałkowicką i dalej już w stronę węzła kolejowego Międzylesie. Tutaj prowadzenie naszej czeladki przejął A. Nowak - „Ziołowy”, bo znał miejscowe poplątane ścieżki z własnych wcześniejszych eskapad. Z prowadzącym Gwarkiem już się nie spotkaliśmy, gdyż wybrał drogę powrotną przez Strumień. Tak więc malowniczymi dróżkami między stawami, łąkami utkanymi kobiercem kwiatów i drzewami przybranymi świeżą zielenią przez Landek, Iłownicę dojechaliśmy do Zaborza i dalej do Ochab. A stąd już było o rzut beretem do Dębowca i... drogi do domu.

Przepiękna wyprawa, w sam raz na niedzielny rowerowo-poznawczy spacer z Ondraszkiem. Przejechałem 57 km.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Bily Kamen

01.05.2018

Każdy szanujący się turysta rowerowy tzw. „sakwiarz” powinien czytać „Rowertour”, czasopismo specjalnie dla niego wydawane. Artykuły w nim zawarte bywają czasem inspirujące. I właśnie tam przeczytałem reportaż z udziału w akcji pod nazwą „Bily kamen”. Rzecz dotyczyła okazjonalnego wstępu na czynny poligon wojskowy położony w pobliżu Ołomuńca (środkowa Morawa), na którym zobaczyć można m.in. źródła Odry. Było to na tyle intrygujące, że po weryfikacji w internecie postanowiłem to opublikować jako propozycję wycieczki w Ondraszkowym kalendarzu.

Pokrótce: miejscowy wielodyscyplinowy klub turystyczny w porozumieniu z wszelkimi możliwymi władzami w dniu 1 maja każdego roku umożliwia wjazd na czynny, tym samym przez resztę roku zamknięty, poligon wojskowy Libava. Można go wtedy zwiedzać różnymi środkami lokomocji od „per pedes”, aż po autokary. A co jest do zobaczenia? Otoż poligon stanowi specyficzną „kapsułę czasu”. Do 1946r. w wielu wsiach na obszarze tzw. „Odrzańskich Wzgórz” od pokoleń mieszkali autochtoni tzw. Niemcy sudeccy. I oto rok po wojnie, w młodej Republice Czechosłowackiej, po części zapewne na fali odwetu postanowiono zorganizować w tym miejscu teren do ćwiczeń wojskowych. Nie pytając o zdanie, częściowo w bardzo represyjny sposób wywieziono z obszaru ponad 300 ha wszystkich mieszkańców na granicę z Niemcami, zmuszając ich do opuszczenia swoich rodzinnych stron na zawsze. Pozostały puste domy, kościoły i nieuprawiane pola. Kilka wsi w tym miasteczko Libava się ostało, i zasiedlili je napływowi Czesi i Słowacy. Jednak większość popadła w ruinę i zapomnienie. Dopiero po aksamitnej rewolucji w 1989r. ci których wtedy wywieziono, a w większości ich potomkowie próbowali zobaczyć jak wygląda ich dawna ojczyzna. W miejscowości Odra powstała nawet izba pamięci czesko -niemieckiego porozumienia dokumentująca ten trudny i niezbyt chlubny dla ówczesnej władzy czas.

W trójkę - Gwarek, W. Owczarzy i Rechtór pojechalismy samochodem z rowerami na dachu do miejscowości Potsztat, leżacej na granicy poligonu i już na rowerach wjechaliśmy na jego teren przez jedno z kilku oznakowaneych wjazdów. Po opłacie wstępnego otrzymaliśmy mapkę tras oraz opaskę na rękę. Na poligonie można było się poruszać wyłącznie oznakowanymi trasami. Trzeba przyznać, że były bardzo porządnie oznakowane, więc nie sposób było zabładzić. Przejechalismy ponad 60 km po mocno pagórkowatym terenie, zaliczając po drodze kilka całkiem konkretnych podjazdów. Drogi, w większości były asfaltowe, zdarzała się jednak kostka brukowa oraz polne ścieżki, bowiem jeżdziliśmy po terenie zalesionym. Warto było zobaczyć kościoły w Libavie oraz Starej Wodzie. Pierwszy z nich przeszedł metamorfozę na magazyn wojskowy, a drugi był celem licznych pielgrzymek już od XVIIIw, jednak po jego zamknięciu sądząc po wydrapanych cyrylicą na ścianach pamiątkowych napisach, był również celem wcale nie religijnych wizyt żołnierzy radzieckich. Opodal zobaczyliśmy, już odrestaurowane ładnie obudowane źródło „cudowej” wody klasztornej. Po klasztorze pozostały niestety ruiny, a po wielu dawnych miejscowościach tylko cmentarze i pamiątkowe obeliski. Widzielismy również instalacje wojskowe np. budynki do obserwacji strzelań, działobitnie, stanowiska czołgów, strzelnice broni krótkiej. Spotkaliśmy się też z żywą historią, gdyż rekonstruktorzy prezentowali umundurowanie i uzbrojenie różnych czeskich formacji. Jednego czego nie udało się zobaczyć, to właśnie źródeł Odry, gdyż w ostatnich dniach wiatr mocno tu narozrabiał i szlaki w ich rejonie zamknięto.

W wielu miejscach były zorganizowane były punkty gastronomiczne, więc na pewno z wyprawy nikt głodny nie wrócił,a zważywszy na przepiękną pogodę spotkaliśmy całkiem sporo odwiedzających. Na stronie internetowej imprezy można przeczytać, że ich ilość systematycznie wzrasta, np. w ubiegłym roku było ponad 5 tys. uczestników.

Wróciliśmy zatem zadowoleni i z mocnym postanowieniem, że w roku przyszłym warto tu znów przyjechać.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Panorama Beskidu Śląskiego i Śląsko Morawskiego ze szczytu wzniesienia zamarskiego

05.05.2018

05.05.2018 – poranek, chłodno, mgła i lekki zimny wiaterek, gór w ogóle nie widać, ale około godziny 10:00 na rynku Cieszyna słońce przebija się trochę przez chmury. Jest nas niewielu. Analizujemy warunki pogodowe – po południu góry powinny być widoczne. Decyzja: Wyjeżdżamy do Zamarsk. Jedziemy ul Głęboką, potem wzdłuż Olzy, obieramy kierunek do „Lakierów” w Marklowicach. Oglądamy zabudowania „Lakierów” i Państwowej Straży Pożarnej. Dalej ruszamy w kierunku Pogwizdowa, później różnymi bezdrożami mniej lub bardziej uczęszczanymi do Hażlacha Fukały, gdzie dołącza do nas Bercik.

Około godziny 11:00 - góry lekko majaczą we mgle. Czekając na lepsze widoki gór, zwiedzamy Hażlach z lewej strony Piętrówki jeżdżąc po różnych ścieżkach. Przy „Orlikach” w Haźlachu znajdujemy restaurację Bados. Regenerujemy siły krótkim posiłkiem i ruszamy prosto do Zamarsk. W Zamarskch trochę kluczymy celem bliższego poznania terenu. W centrum Zamarsk krótka informacja o byłej Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej „Przyjaźń”i jazda na „Sztwiertniowie” tzn na szczyt wzgórza zamarskiego. A tu... wspaniały widok (aż dech zapiera w piersi) na panoramę Beskidu Śląskiego i Śląsko Morawskiego. Trochę czasu zeszło na omawianie poszczególnych szczytów gór. Chociaż cel wycieczki został zrealizowany to i tak dalej zachwycamy się pięknem Beskidów zjeżdżając polną ścieżką ze wzgórza zamarskiego w kierunku dzielnicy Cieszyna Krasnej. Powrót około godz. 16:00. Chociaż Zamarski są tak blisko, przejechaliśmy mniej więcej 40 km.

Mieczysław Buława
Galeria
Zielonoświątkowa jajecznica

20.05.2018

Wiadomo, że tradycja to rzecz święta. Jak Księstwo Cieszyńskie długie i szerokie w Dniu Zesłania Ducha Świętego - czyli Zielonych Świątek wszędzie unosi się zapaszek jajecznicy przygotowanej w plenerze, bezpośrednio na ognisku.

W naszym klubie w przygotowaniu tej imprezy wyspecjalizował się „Kropelka” - W. Zmełty. I to od niego zależało, gdzie się tym razem wyładujemy z całym jajczano-kulinarnym bagażem. Celowo piszę „imprezy”, a nie „wycieczki”, bo naszym celem nie było zwiedzanie czegokolwiek. Prowadzący na spotkaniu na rynku ogłosił, że nie będzie jednego peletonu. Miejsce uczty przygotował w Kisielowie w gospodarstwie agroturystycznym „Rena”, i tam należało się udać własnymi ścieżkami. Trafić nie było trudno, gdyż nos był przewodnikiem.

Na miejscu Mistrz Ceremonii „Śmig” - P. Holisz przyodziany odpowiednio do roli już rozpalił ognisko i przygotował niezbędne akcesoria. Najważniejszym była wielgachna żeliwna brytfanna, w której bez problemu zmieściło się kilkadziesiąt jajek. W miarę jak dojeżdżali jajecznicowi smakosze (a było nas coś ok. 40 osób, w tym mocna ekipa z „Wiercipięty” Jastrzebie-Zdrój oraz T. Piekarz z bytomskiej „Cateny”) samorzutnie uformował się zespół kuchenny. Panie z właściwym sobie wdziękiem pokrajały w kosteczkę boczek i inne składniki. „Czorno” - A. Wlach rozbijała jajka, troskliwie je licząc (doliczyła się ok. 180). Teraz wszystko wraz z dodatkami wylądowało w brytfannie i niebawem roztoczył się wokół smakowity zapaszek. Mistrz wraz z przybocznym „Kolyjoszym” - K. Holiszem za pomocą wielkiej „roguli” wyczarował z tego kulinarną wspaniałość, a że było nas sporo, jajecznica była robiona w trzech rzutach. Miód w gębie – Poezja!!!

Po konsumpcji zajęliśmy się bardziej przyziemnymi sprawami czyli konkursami. Najważniejszym był oczywiście konkurs strzelecki z wiatrówki o przechodni puchar „Ondraszkowa patelnia”. Stroną organizacyjną zajął się „Przypon” L. Nowak i mocno się napracował- zmieniał tarcze,wydzielał amunicję i liczył punkty. Walka była zacięta, chociaż nasz gość z „Wiercipięty” -A.Chełmiński już na dzień dobry wystrzelał 28/30 pkt. Okazało się,że był to wynik nie do pobicia, tym samym tytuł „Króla Strzelców” oraz puchar -patelnia już po raz drugi powędrowała do Jastrzębia (poprzednio było to w 2011r). Kolejne miejsca zdobyli II miejsce: „Gwarek” K.Szewczyk 26/30,III miejce „Paparazzi” P.Hamera 25/30.

Kolejnym konkursem był „bieg z jajem”. Rywalizacja polegała na pokonaniu trasy na czas, w odpowiednim przebraniu, z jajkiem umieszczonym na łyżce. Konkurs był rozgrywany w parach, a czas liczony łącznie. Konkurencja była bardzo zabawna i widowiskowa a jednocześnie dość trudna technicznie. Nic dziwnego, że nie wszyscy zdołali ją ukończyć gubiąc swoje jajko po drodze. W najkrótszym czasie do mety jajko w całości donieśli kolejno: Ewa i Michał (sympatycy), „Ośka” i „Bystry” - J&J. Rezmerowie oraz Beata i Krzysztof (sympatycy).

Kilkanaście jajek, jakie nam zostało, zużyliśmy w finałowym konkursie rzucania jajem. Tutaj nie chodziło o czas lecz o precyzję i technikę. Pary podawały sobie jajko stopniowo od siebie się oddalając. Krótki dystans nie stanowił problemu, ale odległość robiła swoje i za każdym rozdaniem było coraz mniej uczestników. Finałowo najostrożniej ze swoim jajem obeszła się i na placu boju została para „Gwarek” - K. Szewczyk z gościem z „Cateny” - T. Piekarzem. Za nimi się uplasowała para „Wiercipietów” oraz „Gocha” i „Kolyjosz” - M&K. Holiszowie. „Gwarek” z radości wypił to ostatnie jajo na surowo wzbudzając dość mieszane uczucia.

Zwycięzcy odebrali cenne upominki, a na zakończenie zrobiliśmy wspólne rodzinne zdjęcie. I tak kolejne zielonoświątkowe spotkanie przeszło do historii. Było radośnie, ciepło i słonecznie, więc uczestnicy na pewno ten kulinarny wyjazd będą mile wspominać. A ci co nie byli? - niech żałują!

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
58 Zlot Przodowników Turystyki Kolarskiej PTTK Kościan

26.05.2018 - 03.06.2018

Organizacji imprezy, na którą czekała cała brać kolarska spod znaku PTTK, podjęła się tym razem 25-osobowa ekipa z Oddziału PTTK w Kościanie. Trzeba podkreślić, że zlot przygotowali bardzo rzetelnie. Atutem było między innymi miejsce zlotu. Nieczęsto się bowiem zdarza, że zdecydowana większość uczestników (a było nas ok. 520 z 93 klubów) miała możliwość zakwaterowania w jednym miejscu, w bardzo uroczej miejscowości Boszkowo Letnisko nad jeziorem Dominickim. Prawie cała 17-osobowa reprezentacja Ondraszków była zatem „po kupie” kwaterując w domkach na ośrodku o wdzięcznej nazwie „Karczemka”, co bardzo sprzyjało wieczornym integracyjnym posiadom. Jedynie ekipa Beskidzioków wraz ze Skrybą i Baśką oraz Szykowno wybrali camping o nazwie „Pod sosnami” leżący na przeciwległym brzegu jeziora, więc na spotkania i odprawy musieli kursować na rowerze. Atutem ich miejsca były z kolei dobrze urządzone domki campingowe. Wartością dodaną dla wszystkich była pogoda, która jak na ten dość wczesny termin była wyjątkowo upalna, za co organizatorzy przepraszali na wieczornych odprawach mówiąc „że pogodę zamówili, ale nie aż tak słoneczną”. Lokalizacja rajdu pośrodku „krainy lasów i jezior”, jak określała ją mapa też była trafiona. Region naszych rowerowych eksploracji położony na północny zachód od Leszna był w większości równinny, a największe wzniesienie nazwane Pusta Góra koło Dominic miała zaledwie 106 m n.p.m. Jest to kraina typowo rolnicza, lecz bogata w zabytki i bardzo interesująca krajoznawczo. Z drugiej jednak strony każdy wjazd na leśną lub gruntową drogę oznaczał nieuchronne spotkanie z luźnym piaskiem, co stanowiło spore wyzwanie do naszych trekingowych bicykli.

Zlot rozpoczął się bardzo uroczyście na stadionie w Włoszakowicach w obecności przedstawicieli miejscowych władz samorządowych powiatu oraz województwa, a spotkanie to było okraszone występem miejscowej młodzieżowej orkiestry dętej oraz marżonetek. Następnie grupowo zwiedziliśmy miejscowy nietypowy pałac zbudowany na rzucie trójkąta na wyspie otoczonej fosą. Organizatorzy postawili na samodzielność uczestników. W świadczeniach znalazły się dobre mapy regionu i zapowiedziano, że nie będą prowadzić „ogonu”, lecz czekać na przygotowanych parkingach w umówionych miejscach. Na każdy dzień był jeden wariant trasy liczący 70-90 km, każdorazowo w innym kierunku. Tak więc odwiedziliśmy wszystkie większe miejscowości dookoła w tym Śmigiel, Kościan, Leszno, Rydzynę, Wschowę oraz Wolsztyn. Czekali w nich miejscowi przewodnicy, dzięki czemu można było w grupach zobaczyć ciekawe miejsca i mocno poszerzyć swoją wiedzę krajoznawczą. W wielu innych miejscowościach podziwialiśmy pałace pozostałe po dawnych właścicielach, drewniane kościółki i wielkie barokowe świątynie oraz wiatraki, z czego okolica ta niegdyś słynęła. Na wycieczki wyruszaliśmy w różnych konfiguracjach Ondraszków i nie stanowiliśmy w tym monolitu, jak niektóre kluby. Było to nawet przedmiotem naszej wieczornej debaty czy jest to dobre podejście, ale zważywszy na różnorodne zainteresowania i tempo przejazdu chyba najwłaściwsze.

Jak co roku równolegle do zlotowych wydarzeń odbywał się intensywny kurs na przodowników turystyki kolarskiej. Tym razem kursantów było ok. 20 a wśród nich nasz „Olo”, więc gorąco mu dopingowaliśmy. Było trochę nerwowo, bo wyniki ogłoszono dopiero na zakończeniu zlotu. Jednak wszyscy zdali, a „Olo” zebrał wielkie gratulacje i uroczyście odebrał upragnioną „przodownicką blachę”.

Wieczorami na bazie rozgrywano różne konkurencje zawody, w których tez startowaliśmy, lecz tym razem bez szczególnego powodzenia. Jedyne miejsce na podium wywalczył M. Bubik zajmując III lokatę w jeździe żółwiej. Często odbywały się spotkania integracyjne przy muzyce, był też wieczór kabaretowy z udziałem świetnego amatorskiego kabaretu satyrycznego z miejscowego Bukówca.

Wobec czego czas nam szybko płynął, w Boże Ciało byliśmy uczestnikami polowej mszy świętej oraz tradycyjnej narady prezesów. Zaproszony na nią „Paparazzi” mocno namawiał zgromadzonych na utworzenie zintegrowanego wirtualnego kalendarza imprez turystycznych przy wykorzystaniu możliwości, jakie obecnie daje Internet. Pierwszy deszcz jaki w ogóle spadł w trakcie tej wyprawy dogonił nas w ostatnim dniu zlotu i zapędził do budki przystanku autobusowego, więc na podsumowanie zlotu dojechaliśmy dosłownie na ostatnią chwilę. Ze sprawozdania komandora wynikało, że na zlot przybyło 332 przodowników turystyki kolarskiej oraz 196 osób towarzyszących z 72 miejscowości z Polski oraz 6 z Zaolzia. Najliczniejszą reprezentację wystawił gliwicki klub Huza, a było ich aż 33. Z mniej radosnych wiadomości dowiedzieliśmy się też, że zdarzyło się aż 8 wypadków, w tym cztery jak to określił poważniejsze.

W sobotę odbyło się wielkie pakowanie i baza powoli pustoszała. Żegnaliśmy się jednak z wiarą i nadzieją na następne spotkanie zwłaszcza, że już wiemy gdzie będzie dużo bliżej, bo w Nysie. Na zlotowych trasach przeżyłem też kilka zaskoczeń, o których warto choćby hasłowo wspomnieć:

Szparagi - okolica miejscowości Mochy jest polskim centrum uprawy szparaga, który jest nazywany „złotem z ziemi”. Złoto rośnie na ok. 300 ha, więc często przejeżdżaliśmy wśród rozległych pól, gdzie intrygowały nas wysokie podłużne kopce szczelnie okryte folią. Nieco przypadkiem staliśmy się też gośćmi poważnej konferencji naukowej ze szparagiem w tle. Oprócz degustacji wiele się dowiedzieliśmy na temat uprawy i obróbki tego zdrowego warzywa.

Ścieżki rowerowe - między wieloma miejscowościami, nawet małymi wioskami były często wybudowane przyzwoite ścieżki separowane od drogi, a tym samym bezpieczne dla rowerzystów. Jako mieszkaniec Cieszyna - sporej w porównaniu miejscowości, było to dość dziwnie pamiętając, że nasza „rowerowa autostrada nad Olzą” ma raptem ze 2 km.

Granica - dla nas całkiem naturalna, lecz tutaj prawie w środku Polski też jeździliśmy na terenach pogranicza. Za czasów II RP tutaj właśnie przebiegała granica polsko-niemiecka, co było widać choćby po sposobie zabudowy osad oraz pomników przypominających wydarzenia z powstania wielkopolskiego.

Déja vu - już od początku miałem wrażenie, że w niektórych miejscach już wcześniej byłem na rowerze. W rozmowie z komandorem okazało się że słusznie, gdyż 23 lata temu w 1995r. nieodległe w Dominice i Osieczna były bazą dla organizowanego wówczas 36 zlotu przodowników turystyki kolarskiej, tak więc ówczesne i obecne trasy zlotowe częściowo się pokrywały.

Adrenalina - po całodniowej trasie w kilku Ondraszków w ciasnej grupie sporą szybkością wracaliśmy do bazy. Na prostej drodze zza zaparkowanego dostawczego auta wprost pod nasze koła wyszła mała dziewczynka. Odruchowo skręciłem kierownicą i jakimś cudem ją ominąłem, jadący za mną „Długi” zdążył zahamować, a następny tuż za nim W. Owczarzy już nie zdążył, wpakował się na jego rower, w efekcie czego wykonał efektowną przewrotkę na bok. Dziewczynka przeszła przez drogę wprost w objęcia mamy, a my wstrząśnięci jakiś czas do siebie dochodziliśmy na poboczu. Aż strach pomyśleć, że mogło się to dużo gorzej skończyć.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Dzień Dziecka z Ondraszkiem

09.06.2018

Dnia 09 czerwca 2018r. przy pięknej pogodzie tereny rekreacyjne przy ul. A. Bolko-Kantora w Cieszynie były miejscem startu do pilotażowej imprezy organizowanej przez klub z myślą o naszych milusińskich. Z dużym wyprzedzeniem wszystkie szkoły podstawowe w Cieszynie otrzymały komplet informacji o zamierzonej imprezie, a w tygodniu poprzedzającym został też zaanonsowany w „Wiadomościach Ratuszowych”, „Głosie Ziemi Cieszyńskiej” mediach społecznościowych i rozplakatowane na słupach ogłoszeniowych.

Celem rajdu było nieodmiennie popularyzowanie turystyki rowerowej, aktywny wypoczynek na rowerze, poznanie walorów cieszyńskich terenów rekreacyjnych, popularyzacja wiedzy o Cieszynie oraz praw i obowiązków rowerzysty jako uczestnika ruchu drogowego. Dzięki ustaleniom dokonanym ze Strażą Miejską na starcie była możliwość antykradzieżowego oznakowania swojego jednośladu w ramach wdrożonego projektu unijnego „Bezpečne kolo-bezpieczny rower”.

Patronat honorowy nad tym wydarzeniem objął pan Ryszard Macura - Burmistrz Miasta Cieszyna i pan Janusz Król Starosta Powiatu Cieszyńskiego. Obaj Panowie ufundowali puchary: Burmistrz dla najliczniejszej reprezentacji szkoły, a Starosta dla zwycięzcy w konkursie wiedzy krajoznawczej.

W rajdzie udział wzięło ok. 50 dzieci wraz z opiekunami. Przed wyjazdem na trasę na boisku rozegrano konkurencję rzutu piłką do kosza w kategoriach chłopcy i dziewczęta. Około godz. 11:00 korzystając ze ścieżki rowerowej wzdłuż Olzy wystartował rowerowy peleton. W miejscach newralgicznych bezpieczeństwo zapewnił patrol Straży Miejskiej. Na wysokości Hali Widowiskowo-Sportowej zrobiono małą przerwę częstując uczestników pączkami ufundowanym przez PSS „Społem” w Cieszynie. W jej trakcie komandor rajdu „Olo” - Aleksander Sorkowicz przybliżył historię usytuowanego opodal mostu kolejowego przez Olzę.

Następny przystanek zaplanowano w Boguszowicach pod wiaduktem, gdzie prezes klubu „Rechtór” - Zbigniew Pawlik opowiedział historię schronu bojowego z wojny obronnej 1939r. oraz budowy obwodnicy Cieszyna wraz z wiaduktem. Teraz wszyscy udali się na metę, którą dzięki uprzejmości pana Krzysztofa Neściora przygotowano w ośrodku militarnym „Garnizon” w dzielnicy Mała Łąka.

Po posiłku z grillowanych kiełbasek ufundowanych przez firmę Bielesz przystąpiono do realizacji bloku dydaktyczno-sportowego.

Na początek krótką prelekcję na temat praw i obowiązków rowerzystów w ruchu drogowym wygłosił pan Kazimierz Płusa komendant Straży Miejskiej. Następnie uczestnicy podzielili się na zespoły startując w przygotowanych konkursach. Ostatecznie najlepsze wyniki zdobyli:

  • Konkurs „rzut oponą rowerową”
    1. Łukasz Balcer,
    2. Jakub Sawka,
    3. Liliana Danielec
  • Konkurs „łowienie rybek w suchym stawie”
    1. Liliana Danielec
    2. Madalena Strzadąła,
    3. Jakub Sawka
  • Konkurs rzut piłką do kosza w kategorii chłopcy
    1. Jakub Sawka,
    2. Marek Lerch,
    3. Mateusz Wojtas
  • Konkurs rzut piłką do kosza w kategorii dziewczęta
    1. Liliana Danielec,
    2. Emilia Wróblewsk,
    3. Marlena Lerch
  • Konkurs wiedzy o Cieszynie
    1. Mateusz Wojtas,
    2. Juliana Frycz,
    3. Nadia Choczaj

Zwycięzcy otrzymali nagrody rzeczowe. Puchar ufundowany przez organizatora dla najmłodszego uczestnika otrzymała Magdalena Strządała (rocznik 2011). Puchar Burmistrza Miasta otrzymała reprezentacja Szkoły Podstawowej nr 1.

Impreza mogła zostać zrealizowana dzięki życzliwości i pomocy następujących instytucji oraz firm:

  • Urzędowi Miejskiemu w Cieszynie
  • Starostwu Powiatowemu z Cieszyna
  • PSS „Społem” w Cieszynie
  • Zakładom mięsnym Jana Bielesza
  • oraz innym

a przede wszystkim dzięki bezinteresownemu zaangażowaniu członków Turystycznego Klubu Kolarskiego „Ondraszek”, którzy zapewnili pełną organizację oraz obsługę tego wydarzenia.

Zbigniew Pawlik - prezes TKK Ondraszek
Galeria
XXI Rodzinny Rajd Rowerowy

17.06.2018

Dnia 17 czerwca 2018r. przy pięknej pogodzie odbyła się kolejna, już XXI, edycja rodzinnego rajdu rowerowego, jako impreza towarzysząca tegorocznym obchodom Święta Trzech Braci.

Patronat honorowy przyjęli pan Ryszard Macura - Burmistrz Miasta Cieszyna, pan Krzysztof Glajcar - Wójt Gminy Goleszów, na terenie której zorganizowano metę, oraz pan Ryszard Mazur - Honorowy Prezes Oddziału PTTK „Beskid Śląski” w Cieszynie.

Celem imprezy było propagowanie czynnego wypoczynku na rowerze jako środka integrującego rodzinę, promowanie ścieżek rowerowych i poznanie walorów krajoznawczych Ziemi Cieszyńskiej. W rajdzie udział wzięło ok. 90 uczestników -przedstawicieli aż czterech pokoleń, a najmłodszy z nich miał niecałe 3 lata. Licznie była reprezentowana grupa dzieci i młodzieży a najliczniejszą grupą zorganizowaną była grupa z klubu „Przerzutka” Zebrzydowice, ”Ondraszek” Cieszyn.

Konferansjer i komandor imprezy Zbigniew Pawlik przekazał informacje o czekających uczestników atrakcjach, a obecny na starcie Honorowy Prezes oddziału PTTK w Cieszynie - Ryszard Mazur przekazał słowa uznania uczestnikom. Zgodnie ze scenariuszem podzielono startujących na mniejsze zespoły wedle skali trudności przewidywanej trasy, które kolejno prowadzone przez klubowych przodowników turystyki kolarskiej wyruszyły na sygnał Gościa Honorowego.

Ogólnie trasy liczyły ok. 20 km i prowadziły przez malownicze tereny gminy Goleszów do gospodarstwa agroturystycznego „U Brzezinów”, gdzie zorganizowano metę. Tutaj uczestnicy otrzymali ciepły posiłek i po krótkim odpoczynku przystąpiono do realizacji zaplanowanego bloku sportowo-rekreacyjnego. Odbyły się następujące konkurencje:

  • Konkurs rysunkowy dla dzieci „Mama, tata, rower i ja”. Wszystkie prace wykonane kredą na kartonach przez naszych milusińskich zostały nagrodzone upominkami.
  • Konkurs „wymiana dętki w rowerowym kole” na czas, w którym zwyciężyli:
    1. Kazimierz Holisz,
    2. Grzegorz Sawka,
    3. Piotr Hamera
  • Konkurs rzutu oponą w kategorii dorośli zwyciężyli:
    1. Piotr Hamera,
    2. Andrzej Nowak „Ziołowy”,
    3. Jadwiga Rezmer
  • Konkurs rowerowy tor przeszkód w kategorii dzieci zwyciężyli:
    1. Jakub Sawka,
    2. Mateusz Wojtas,
    3. Nadia Choczaj
  • Konkurs rowerowy tor przeszkód w kategorii dorośli zwyciężyli:
    1. Grzegorz Cienciała,
    2. Grzegorz Sawka,
    3. Rafał Wojtas

Zwycięzcy we wszystkich zmaganiach konkursowych otrzymali nagrody rzeczowe. Najbardziej oczekiwaną częścią imprezy było zapewne wręczenie ufundowanych pucharów. Otrzymali je :

  • W kategorii „Rodzina rajdowa”: 4-osobowa rodzina państwa Choczaj z Cieszyna. Puchar ufundował Burmistrza Miasta Cieszyna.
  • W kategorii „Rajdowi seniorzy”: puchary ufundował wójt Gminy Goleszów, a otrzymali je: Jadwiga Przywara oraz Iwan Lettkowski (z Czech). Puchary osobiście wręczył przybyły na metę wójt gminy Goleszów pan Krzysztof Glajcar.
  • W kategorii „Najliczniejsza grupa zorganizowana”: Puchar ufundowany przez Honorowego Prezesa Oddziału PTTK „Beskid Śląski” w Cieszynie zdobyła ekipa z klubu „Przerzutka” Zebrzydowice.
Wyróżniono również rajdowych juniorów:
  • W kategorii „Rajdowego Juniora”, czyli najmłodszego rowerzysty, który samodzielnie pokonał trasę nagrodę rzeczową otrzymał Mateusz Zielke.
  • W kategorii „Najmłodszy uczestnik rajdu” ufundowany puchar organizatorzy wręczyli 2,5-letniemu Filipowi Gołuckiemu (rocznik 2015), który wraz z dziadkami przyjechał aż z Wodzisławia Śląskiego. Ledwie kilka dni starszy był Karol Chmiel, i on również został obdarzony upominkiem. Obaj byli pasażerami na rowerach swoich dziadków.

Impreza mogła zostać zrealizowana dzięki życzliwej pomocy następujących instytucji oraz firm:

  • Urzędowi Miejskiemu w Cieszynie
  • Starostwu Powiatowemu z Cieszyna
  • Urzędowi Gminy Goleszów
  • oraz innych

a przede wszystkim dzięki bezinteresownemu zaangażowaniu wielu osób z Turystycznego Klubu Kolarskiego „Ondraszek”, którzy zapewnili pełną organizację oraz obsługę tego wydarzenia.

Zbyszek Pawlik - prezes TKK PTTK Ondraszek