Kronika imprez z 2019 roku
Spis treści
Noworoczne spotkanie rowerowe

01.01.2019

Ledwo co narodzony Nowy Roczek budził się po szaleństwach sylwestrowej nocy, otworzył zaspane oczęta i co zobaczył? Otóż, przy choince na cieszyńskim rynku zebrała się całkiem spora grupka kolarzy, zdecydowanych na udział w pierwszej wyprawie 53. sezonu kolarskiego Ondraszka. A było nas całkiem sporo, bo aż 18 Ondraszków oraz sympatyków, w tym dwóch Mikołajów. Bardzo się ucieszyliśmy, że przyjechał też R. Wałaski szef sekcji rowerowej bratniego PTTS-u z Zaolzia oraz debiutujący na naszych wycieczkach sympatyk klubu, który przypedałował aż z Zebrzydowic. Mimo problemów zdrowotnych, na spotkanie przyszła „Szykowno”, co prawda tym razem bez roweru, ale aby się z nami zobaczyć i złożyć życzenia. Na początek wymieniliśmy noworoczne czułości i zanurkowaliśmy do mikołajowej skarpety, skąd grzeczni wyciągnęli cukierki. Mimo, że było już południe to nadal nieliczni o tym czasie przechodnie i tak przecierali oczy ze zdumienia niepewni, czy widok tak sporej grupy cyklistów w pierwszym dniu roku nie wiąże się z niedawno spożytymi przez nich trunkami.

Organizator i prowadzący spacer - „Bystry” zaznaczył, że nasza wyprawa ma wyłącznie cel rekreacyjny i nie będziemy bić kilometrażowych rekordów. Objaśnił trasę i ruszyliśmy w kierunku Boguszowic. Można powiedzieć, że już tradycyjnie śniegu nie było, nawet na chwilę zaświeciło, dawno nie oglądane, słońce, ale tylko po to aby zaraz wstydliwie schować się za chmurami, z których zaczął siąpić drobny kapuśniaczek. Nam to jednak absolutnie nie przeszkadzało, najważniejsze było to, że po świątecznym lenistwie i noworocznych szaleństwach, zdecydowaliśmy się wyruszyć na rower. Przez Marklowice i Brzezówkę dojechaliśmy do Hażlacha do domu sympatycznych klubowiczów „Roztomiłej” i „Miodzia”. Przemili gospodarze, którzy z nami też jechali, zaprosili wszystkich do siebie na małe co-nieco. Tutaj również czekał na nas Gwarek, który nie zdążył dojechać na miejsce zbiórki w Cieszynie.

Wznieśliśmy noworoczny toast, gospodarze podzielili się wspomnieniami z niedawnej zagranicznej wyprawy, wspominaliśmy też co zabawniejsze sytuacje z minionych wypraw i snuliśmy plany na tegoroczny sezon. Tak, w miłej świątecznej atmosferze, to bardzo sympatyczne spotkanie powoli się kończyło i do domu wracaliśmy już indywidualnie. Mimo, że deszczyk nadal padał byłem bardzo zadowolony z udziału i przejechanych w tym sezonie na rowerze pierwszych 30 km.

PS. W dniu następnym już nawaliło śniegu i to całkiem sporo. Stąd przypuszczenie, że „czynniki wyższe” mają cieszyńskich Ondraszków w opiece.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Zebranie sprawozdawcze

25.01.2019

Co roku styczeń jest okresem zebrań, sprawozdań i podsumowań. Nasze zebranie odbyło się tradycyjnie w gościnnej sali Spółdzielni Mieszkaniowej Cieszynianka, gdzie przybyło prawie 30 klubowiczów sympatyków i gości. Gości reprezentował m.in. kol. Robert Wałaski z PTTS-u i H. Franek z zebrzydowickiej Przerzutki. Wśród obecnych klubowiczów warto odnotować obecność W. Nowaka i K. Sumery z Bielska-Białej oraz „Seniorka” A. Poloczka.

Po ogarnięciu spraw sekretariatu, co sprawnie przeprowadziła „Rozstrzapek” - M. Biłko-Holisz, prezes klubu – „Rechtór” - Z. Pawlik wszystkich przywitał i przedstawił program spotkania. Z wyboru zebranych, przewodniczącym zebrania został „Bystry” - J. Rezmer, przy pomocy Z. Pawlika jako wiceprzewodniczącego oraz J. Rezmer - sekretarza.

Blok sprawozdawczy, który rozpoczął się sprawozdaniem prezesa. Przemowa była przydługa, bo też omawiany sezon był dla Ondraszka bardzo udany. Zrealizowano w nim wszystkie zamierzenia, a i odbyło się też dodatkowo kilka ważnych wydarzeń. Wspomniano też indywidualne pomysły klubowiczów. Opisy ciekawych wydarzeń na ondraszkowym podwórku odsyłam do rzeczonego sprawozdania.

W dalszym ciągu sprawozdanie finansowe złożyła nasz skarbnik „Apanaczi” - B. Toman. Wiało z niego optymizmem jako, że w omawianym roku udało się m.in. sprzedać jeden ze sporadycznie już używanych rowerów klubowych, co też wpłynęło dodatnio na stan naszej kasy. Komisja Rewizyjna w swoim wystąpieniu pozytywnie oceniła działalność zarządu, a stosowny protokół odczytał „Gwarek” - K. Szewczyk. W sprawozdaniu Referatu Weryfikacyjnego Odznak - P. Hamera - „Paparazzi” wręczył część zdobytych odznak. M.in. dowiedzieliśmy się, że „Gocha” i „Kolyjosz” mają zweryfikowane książeczki na Rajd Dookoła Polski, a Justyna Pawlik otrzymała długo zdobywaną Małą Złotą Kolarską Odznakę Turystyczną.

W głosie dla gości wiele dobrego o naszej współpracy powiedział R. Walaski z PTTS-u deklarując większy udział własny i beskidzioków na ondraszkowych wycieczkach, nad czym utyskiwał prezes Ondraszka w swoim sprawozdaniu. Za udane współdziałanie podziękował też H. Franek z „Przerzutki” i deklarował dalsze partnerstwo w niektórych projektach.

Zdecydowanie najbardziej oczekiwanym był blok poświęcony konkursom i związanych z nimi nagrodami. Tutaj należałoby przywołać uwagę ze sprawozdania, że wyniki są nie tylko efektem zaangażowania beneficjentów konkursu, ale też ich systematyczności w dokumentowaniu osiągnięć. Jest to z kolei podstawą do klasyfikacji oraz pochodną z zajętych miejsc. I tak:

W tradycyjnym konkursie na najlepszego turystę kolarza sezonu 2018 zwyciężyli:

  1. miejsce ex aequo (niebywałe!!) „Wędrowniczek” - L. Szurman i „Olo” - A. Sorkowicz - 140 pkt
  2. miejsce „Rechtór” - Z. Pawlik - 129 okt
  3. miejsce „Bystry” - J. Rezmer - 113 pkt
  4. miejsce „Szykowno” - B. Szarzec - 103 pkt
  5. miejsce „Ośka” - J. Rezmer - 80 pkt

Duże zainteresowanie wzbudził dodatkowo ogłoszony konkurs na najciekawsze wydarzenie sezonu 2018. Na specjalnych kartach zawierających 24 klubowe imprezy tego sezonu głosowało 29 zebranych, a wyniki podsumowało powołane ad hoc jury. Okazało się, że uczestnicy wycieczek jako najciekawsze z nich wskazali:

  1. miejsce - zakończenie sezonu przy źródle Borgońki w Hażlachu (organizator „Ośka” i „Bystry”) - 73 pkt
  2. miejsce - rowerowa pielgrzymka na Jasną Górę (organizator „Rechtór”) - 61 pkt
  3. miejsce - wycieczka do słowiańskiego Białogrodu (organizator „Ziołowy”) - 57 pkt
  4. miejsce - zielonoświątkowa jajecznica (organizator „Kropelka”) - 55 pkt.
  5. miejsce - Rowerowa Sztafeta Niepodległości (organizator Przerzutka i Ondraszek) - 53 pkt

Nie trzeba dodawać, że wyróżnienie to jest jednocześnie formą podziękowania dla organizatorów za zaangażowanie w przeprowadzenie tych wypraw. Dyplom za współorganizacje Sztafety Niepodległości odebrał lider Przerzutki H. Franek. Wymienieni otrzymali pamiątkowe dyplomy, a najlepsi też nagrody rzeczowe w postaci bonów towarowych do realizacji w wybranych sklepach rowerowych.

Pozostało jeszcze rozwiązanie konkursu wprowadzonego na zebraniu sprawozdawczym za 2016 rok jako inicjatywa oddolna klubowiczów. Jest to konkurs „Klubowa 50-tka”, w którym uczestnicy pracowicie zbierali punktacje przez dwa kolejne sezony 2017 i 2018 i walczyli o pamiątkową statuetkę swego czasu wymyśloną i wyprodukowaną przez „Bystrego” - J. Rezmera, który też opiekował się konkursem i dokonał też jego podsumowania. Jako dolną granicę przyjęto 50 pkt regulaminowych.

Oto lista zwycięzców:

  1. miejsce „Wędrowniczek” - L. Szurman - 211,14
  2. miejsce „Bystry” - J. Rezmer - 198,02 pkt
  3. miejsce „Ośka” - J. Rezmer - 175,49 pkt
  4. miejsce „Olo” - A. Sorkowicz - 172,31 pkt
  5. miejsce „Rechtór” - Z. Pawlik - 144,31 pkt
  6. miejsce „Afi” - J. Pawlik - 109,30 pkt
  7. miejsce „Roztrzapek” - M. B. Holisz - 90,31 pkt
  8. miejsce „Przypon” - L. Nowak - 80,05 pkt
  9. miejsce „Smig” - P. Holisz - 72,35 pkt
  10. miejsce W. Nowak - 68,13 pkt
  11. miejsce Ł. Krawczyk - 55.06 pkt

Wymienieni otrzymali upragnione piękne statuetki oraz certyfikaty ich zdobycia.

W dalszym ciągu zebrania wręczono dyplomy Oddziału PTTK przyznane za wyjątkowe osiągnięcia w omawianym roku. Otrzymali je:

  • Jadwiga Rezmer - za wyjątkowo skuteczne poszukiwanie wsparcia Rodzinnych Rajdów Rowerowych
  • Aleksander Sorkowicz - za pomysł, przygotowanie i realizację „Dnia Dziecka z Ondraszkiem”
  • Dyplom klubu trafił z kolei do Łukasza Krawczyka za bezinteresowne materialne wsparcie „Dnia Dziecka z Ondraszkiem”.

Na koniec pochyliliśmy się wszyscy nad pomysłami na 53. sezon turystyczny Ondraszka. Po dyskusji przedstawiony plan został zatwierdzony włącznie z nieco kontrowersyjnym pomysłem realizacji kolejnej edycji rajdu rodzinnego. Zapowiedziano też kilka dodatkowych atrakcji w tym organizację balu ondraszkowego, a także możliwość rowerowej wyprawy wraz z AZT-sem do Szwecji o czym poinformował M. Bubik.

I teraz pozostaje tylko te ambitne plany zrealizować i miejmy nadzieję, że damy radę.

Spotkanie zakończyło się ok. 19:30, a więc nieco przed zaplanowanym czasem, co jest sporą zasługą prowadzącego. Jedyne co nie doszło do skutku to prezentacja sezonu przygotowana przez „Paparazziego”, i to z bardzo prozaicznego powodu: przy wypożyczaniu sprzętu do odtwarzania nie przekazano hasła dostępowego… a szkoda.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Narada Aktywu Kolarskiego woj. śląskiego Dąbrowa G.

16.02.2019

Każdego roku w miesiącach zimowych Rada organizuje spotkanie, celem wymiany doświadczeń i informacji, propagowania planowanych imprez oraz po prostu... poplotkowania i zobaczenia czegoś ciekawego. Kilka razy byliśmy też organizatorami (ostatnio w 2016 w Ustroniu) a tym razem gospodarzem była komisja turystyki kolarskiej działająca przy Oddziale PTTK Dąbrowa Górnicza.

Z Cieszyna wczesnym rankiem wyjechała delegacja Ondraszków w składzie: Ośka, Bystry, Olo i Rechtór, aby zdążyć na godz. 9:00. Miejscem spotkania było miejskie muzeum, dzięki czemu w pakiecie otrzymaliśmy historię miasta i powstającego przemysłu. Zobaczyliśmy wnętrze dawnego mieszkania robotniczej rodziny i interesujące zbiory etnograficzne z całego świata. Jak do tego dołożyć ekspozycję plenerową skansenu militarnego oraz sztolnię szkoleniową „Sztygarka” to był to prawdziwy „full-wypas”. W sztolni mogliśmy się poczuć jak adepci górniczej sztuki, choć cześć naszej grupy jako górniczy emeryci miała to już dawno za sobą.

Sztolnia powstała jeszcze za czasów zaboru rosyjskiego jako warsztaty miejscowej szkoły górniczej, w której budynku obecnie mieści się muzeum. Wędrując w podziemnych mrocznych korytarzach poznawaliśmy tajniki górniczego fachu, od czasu do czasu zahaczając kaskami o miejscami dość niski strop. A to do czasu, kiedy jeden z bardziej wyrośniętych z naszej grupy zahaczył kaskiem o nisko zawieszoną lampę, która z hukiem spadła. I tym sposobem niespodziewanie zgasił światło w całej kopalni. Zapanowała cisza i egipskie ciemności. Dawniej byłby to niemały popłoch, ale teraz... wszyscy po prostu wyciągnęli smartfony i uruchomili funkcję „latarka”.

Na koniec zaproszono nas do zaparkowanego Osinobusa, którym wirtualnie przejechaliśmy przez historię Dąbrowy od małej wioski zagubionej w puszczy po współczesność. A miastem Dąbrowę nazwał dopiero miłościwy Franc Józef I w ostatnim roku swego panowania, i wtedy też do nazwy dodano przydomek Górnicza.

Na spotkaniu zebrało się nas coś ok. 70 osób ze wszystkich zakątków województwa. Dobrze było spotkać dawno niewidzianych przyjaciół. Obrady prowadził szef Rady Marek Koba, a obecnie również przewodniczący Komisji Turystyki Kolarskiej Zarządu Głównego PTTK. Przekazał szczegóły tegorocznych planowanych imprez centralnych i międzynarodowych. Następnie M. Kotarski przedłożył optymistyczne sprawozdanie centralnego referatu weryfikacyjnego odznak. Zweryfikowano coś ze 130 odznak najwyższych stopni, z czego prawie połowę zdobyli kolarze ze Śląska, w tym też i Ondraszki. W dalszej części przy poczęstunku odbył się festiwal propozycji różnych imprez planowanych na ten rok. Również i my dołączyliśmy cegiełkę zapraszając na nasz rocznicowy rajd śladami walk 1919 planowanego na marzec br.

Po zakończeniu zebrania, już na własną rękę pojechaliśmy zobaczyć dwa ciekawe kościoły oraz pobliskie bazyliki. Niesamowite wrażenie swym ogromem zrobiła Bazylika Najświętszej Maryi Panny Anielskiej wybudowanej na przełomie wieków i ukończonej w 1912r. Co ciekawe, w związku z napływem ludności do pracy

w powstającym przemyśle wydobywczym, rozpoczęto budowę niewielkiego kościoła św. Aleksandra, który konsekrowano w 1897r. I zaraz po jego zakończeniu okazało się, że jest za mały więc po prostu dobudowano do niego potężną neogotycką bazylikę. A kościółek? - został po prostu jedną z kaplic. Drugim zwiedzanym kościołem było Sanktuarium diecezjalne w Strzemieszycach, który rozpoczęto budować w 1903r., lecz zakończono dopiero w 1959r.

I tak podbudowani wiedzą, prawie wiosenną pogodą i sympatycznym spotkaniem wróciliśmy do Cieszyna już planując najbliższe wyprawy.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Na ostatki - Ondraszkowy Bal Przebierańców

02.03.2019

Wyobraźmy sobie miejsce, gdzie srebrzysta Pani Zima spotyka się Wiosną w pięknie ukwieconym przebraniu. Zebrało się tam również sporo innych dziwnych i intrygujących postaci. Byli to para Kowbojów, Gangster z cygarem w zębach i pistoletem maszynowym w ręce, w towarzystwie Dolarówki w sukni misternie utkanej z 50 dolarowych banknotów. Zameldował się też Playboy z Kociakiem, Szejk ibn al Pawlik z walizką petrodolarów i Prawdomówną Cyganką. Ciemna Strona Mocy wystąpił w towarzystwie Flamenco, natomiast koło Znanego Reżysera kręciła się Aktoreczka. Na małej gitarce próbował brzdąkać Elton Józek, czemu się przysłuchiwali Stary Wietnamiec z Laską Niebieską, Hanka prawie Bielicka Bob Budowniczy i Ogrodnik wraz z swoim Ogródkiem.

Takie oto nietypowe towarzystwo zebrało się w stołówce studenckiej filii US w Cieszynie na ostatnim balu tego karnawału. Pamiętając o sukcesie naszej ubiegłorocznej zabawy na prośbę klubowiczów organizacji tego wyjątkowego wydarzenia po raz kolejny podjęła się „Kociak” Irena.

Stronę muzyczną oraz odpowiednie oświetlenie zapewnił DJ „Rewor” Leszek serwując starsze i nowsze przeboje, przy których świetnie się bawiliśmy. W rolę wodzireja ponownie przedzierzgnął się „Rechtór” - Zbyszek starając się zapełnić przerwy taneczne różnymi konkursami. A co na stołach? Oprócz przyniesionych napojów było tam było całkiem sporo wyśmienitego jedzonka serwowanego w formie samoobsługowego bufetu, a to wszystko za zupełnie niewielkie pieniądze.

Jest oczywiste, że poziom zabawy jest taki, jak potrafią się bawić jej uczestnicy. I tym właśnie się odznaczają klubowe bale, organizowane nie dla zysku lecz dla wszystkich, którzy lubią się dobrze zabawić, albowiem zawsze stawialiśmy na jakość przed ilością. Tegoroczny Bal Przebierańców był całkiem niewielką prywatką, lecz wszyscy jej uczestnicy w swoich przebraniach wspięli się na wyżyny pomysłowości, co skutkowało niebywale zabawnymi efektami. Kulminacją były oczywiście tajne wybory najciekawszych kreacji, czyli Królowej i Króla balu.

Ostatecznie głosami większości Królową została Pani Zima wykreowana przez Bogusię Kocan, a Królem wybrano Szejka ibn al Pawlika w interpretacji Zbyszka Pawlika. Na skroniach Królewskiej Pary wylądowały szczerozłota korona i diadem wysadzany drogimi kamieniami (przechodnie - jak zaznaczono!). Para dostojnie zasiadła na przygotowanym tronie, a reszta imprezowiczów oddała im należny hołd. Zostali też obdarowani nagrodą rzeczową jako miłą pamiątką po tym sympatycznym spotkaniu.

I tak przy tańcach, zabawach, muzyce i wspólnym śpiewaniu czas szybko płynął, i nie wiedzieć kiedy zrobiło się trochę późno lub wcześnie, zależy jak na to spojrzeć. Grubo po północy odtrąbiono zakończenie, przy którym uczestnicy oklaskami podziękowali Głównemu Organizatorowi i innym „funkcyjnym” za to wspaniałe przyjęcie. Już sobie obiecaliśmy, że za rok znów się spotkamy.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
100 lat po - śladami walk o Śląsk Cieszyński

30.03.2019 - 31.03.2019

Śmiem twierdzić, że przeciętny mieszkaniec Ziemi Cieszyńskiej miałby sporo trudności, aby odpowiedzieć na pytania np. dlaczego są dwa Cieszyny, albo czemu po drugiej stronie granicy funkcjonują w przestrzeni publicznej dwujęzyczne napisy. Dla większości Polaków termin Zaolzie kojarzy się z akcją jego odebrania Czechom w 1938r., za co zresztą już dwukrotnie swego czasu przepraszali prezydenci Kwaśniewski i śp. Kaczyński. Tymczasem, ta historia miała swoją genezę sięgającą daleko wstecz do lat 1918-1920. A wydarzenia, które kulminowały ustanowieniem granicy państwowej przecinającej dotychczas jednolity Śląsk Cieszyński, przez długie lata były skazane na zapomnienie i stanowiły temat, o którym lepiej było nie mówić.

Obecnie na fali rocznicowych obchodów, nasz klub postanowił o tym opowiedzieć przygotowując wydarzenie jakiego dotychczas jeszcze nie organizowaliśmy. Hasło rzucił najpierw M. Buława, a „Rechtór” - Z. Pawlik je twórczo rozwinął. Finalnie całość podzieliliśmy na trzy etapy: wprowadzająca prelekcja historyczna oraz dwie rowerowe wycieczki jedna po Zaolziu, a druga do Skoczowa.

Do współorganizacji zaprosiliśmy klub „Przerzutka” z Zebrzydowic oraz przyjaciół z PTTS-u w Czechach. Starostwo Powiatowe zapewniło wsparcie finansowe, a Starosta Cieszyński, Burmistrz Skoczowa i Wójt Zebrzydowic objęli patronat honorowy. Wójt dodatkowo ufundował puchary dla Juniora i Seniora rajdu, a skoczowski magistrat przekazał drobne pamiątki i ufundował rajdową odznakę. Wydarzenie to wsparł również Dyrektor Muzeum Śląska Cieszyńskiego przekazując bezpłatne zaproszenia-wejściówki dla wszystkich uczestników.

Realizację rozpoczęto już 15 marca, gdy w sali SM Cieszynianka wystąpiłem z prezentacją historyczną pod tytułem „Jak Śląsk Cieszyński (nie) wrócił do Macierzy”. Wśród ok. 60 uczestników, w większości „Ondraszków”, byli też i Beskidziocy oraz zainteresowani tematem mieszkańcy miasta. Z komentarzy umieszczonych na portalu ox.pl pod opublikowanym fotoreportażem wynikało, że temat nadal wzbudza spore emocje.

Dwa tygodnie później, w sobotę 30 marca, przy przepięknej wiosennej pogodzie w miejscu startu w Zebrzydowicach zebrał się spory peleton rowerzystów. Byli to członkowie Ondraszka, miejscowej „Przerzutki”, kolarze z jastrzębskiego „Więrcipięty”, Beskidziocy no i wiele innych sympatyków roweru. Według listy startowej było nas łącznie 61. Wszyscy otrzymali naklejki z rajdowym logo i odznakę do wpięcia. Po oficjalnym powitaniu (w imieniu gminy wystąpił H. Franek z „Przerzutki”) udaliśmy się na przykościelny cmentarz, aby zapalić znicz na mogile nieznanych żołnierzy polskich, którzy zginęli 26.01.1919r. broniąc tutejszego dworca kolejowego przed czeską agresją. Opierając się na opublikowanych wspomnieniach naświetliłem okoliczności śmierci w nieodległych Kończycach kpt. C. Hallera - najbardziej rozpoznawalnej ofiary tej wojny, a także ówczesną sytuację bojową.

Następnie podzieleni na trzy grupy i prowadzeni przez Beskidzioków dojechaliśmy do granicy państwowej w Marklowicach Dolnych i dalej przez Piotrowice i Dąbrowę dotarliśmy do Orłowej. Naszym celem była nekropolia czeskich legionistów poległych w tej ”sedmidennej valce”. Zapaliliśmy znicz pamięci, po czym przybliżyłem historię powstania tutejszej nekropolii, a także zapomnianego oficera polskiego, który wówczas na tym cmentarzu został również pochowany. Wtedy obraliśmy kierunek na Stonawę, gdzie dotarliśmy przez Górną i Dolną Suchą. Na miejscowym cmentarzu już nas oczekiwała pani Stefania Piszczyk, miejscowa emerytowana nauczycielka, a jednocześnie społeczny opiekun zbiorowego grobu ofiar. Z jej narracji wynikało, że okazały granitowy grób 20 ofiar bitwy pod Stonawą, jest już trzecim z kolei i powstał zupełnie niedawno, bo w styczniu 2019 roku. Poprzedni monument ufundował dawny mieszkaniec Stonawy dr. Pyszko, który zastąpił z kolei skromną mogiłę ziemną wykonaną ze składek mieszkańców. Historię bitwy stoczonej tutaj 26.01.1919 r. prelegentka zilustrowała przyniesionymi archiwalnymi zdjęciami oraz kroniką. Wspomniała też o inicjatywie ówczesnego proboszcza ks. Krzystka, dzięki któremu wszyscy tutaj polegli żołnierze 12 pułku piechoty ziemi wadowickiej są znani z imienia i nazwiska, które zostały wypisane na tablicy pamiątkowej. Zapaleniem znicza i chwilą zadumy uczciliśmy pamięć poległych.

W przerwie chętni do zmierzenia się z konkursem „Co wiesz o wydarzeniach z lat 1918-1920 na Śląsku Cieszyńskim” pobrali zestawy pytań opracowane przez kol. H. Szotek historyka, a jednocześnie honorowego członka naszego klubu.

Dalsza trasa zawiodła nas do sąsiednich Olbrachcic, gdzie pod tablicą upamiętniającą dwóch poległych żołnierzy Wojska Polskiego zapaliliśmy znicz pamięci. Ten etap rajdu zakończyliśmy późnym popołudniem pod zamkiem w Cieszynie. Przejechaliśmy ogółem 65 km, a więc zupełnie nieźle jak na pierwszą wyprawę nierozpoczętego jeszcze 53. sezonu.

Nazajutrz spotkaliśmy się w tym samym miejscu aby temat kontynuować. Zamówioną pogodę również dostarczono na czas, bo było ciepło i przyjemnie. Tym razem zebrało się 45 osób, przy czym część kolarzy wybrała się tylko na ten etap. Na wstępie omówiłem historię poprzedzającą wybuch konfliktu, która wydarzyła się na zamku w

dniu 23.01.1919, jak również chaotyczną ewakuację Wojska Polskiego z Cieszyna, co skutkowało zajęciem Cieszyna przez czeskie oddziały w dniu 27.01.1919r. Osobnym wątkiem była historia budowy okazałego pomnika Cieszyńskiej Nike. Zapaliliśmy u jego stóp znicz pamięci i podzieleni na dwa zespoły ruszyliśmy w drogę. Przez Puńców, Dzięgielów i Bażanowice dojechaliśmy do Goleszowa. Tutaj na cmentarzu przy kościele katolickim zapaliliśmy znicz na mogile trzech czeskich legionistów poległych 30.01.1919r. w pobliskim Godziszowie.

Następnie ruszyliśmy w kierunku Skoczowa wzdłuż ówczesnej linii frontu zbliżającej się bitwy. Pola wokół Godziszowa i Kisielowa wiele się od tego czasu nie zmieniły, więc mieliśmy wyobrażenie jak tutaj musiało wyglądać sto lat temu kiedy grzmiały armaty, wybuchały szrapnele i ginęli ludzie.

I nagle stało się coś, co w ogóle nie powinno się wydarzyć. Zjeżdżając z godziszowskiej górki trafiliśmy na stadko saren, które akurat przeskakiwały przez drogę. Część zdążyła, część zawróciła ale jedna trafiła akurat na Włodka Nowaka, który wykopyrtnął się wraz z rowerem i upadł na asfalt* Wyglądało to na tyle groźnie, że wezwano pogotowie, które zabrało go do cieszyńskiego szpitala. Rower powędrował do najbliższej chałupy, a cały nasz peleton szeroko komentując to wydarzenie ruszył do Skoczowa.

Na miejscowym cmentarzu oczekiwała już kol. H. Szotek. - z wykształcenia historyk, z zamiłowania Skoczowianka uhonorowana tytułem Zasłużonej dla Miasta Skoczowa. Jako niegdysiejszy kustosz tutejszego muzeum posiada przebogatą wiedzę na temat bitwy, toczącej się na polach między Strumieniem a Nierodzimiem w dniach 28-30.01.1919r. którą nazwano Bitwą pod Skoczowem. Została umieszczona w panteonie najważniejszych bitew na tablicy przy Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie. Słuchając interesującego i kontrowersyjnego wykładu zapaliliśmy znicze pamięci na wojskowych kwaterach usytuowanych w obu częściach wyznaniowych cmentarza.

Na zakończenie wycieczki zobaczyliśmy jeszcze kilka miejsc w samym mieście, a to farę ewangelicką i szkołę podstawową, gdzie w styczniu 2019 wmurowano pamiątkowe tablice, mural na całej ścianie kamienicy przy wjeździe na rynek oraz nieodległy pomnik „Naszym legionistom”. Pomnik ten, jednoznaczny w swojej wymowie jest wierną kopią pierwowzoru, odsłoniętego w tym miejscu w 1924r. i zniszczonego przez Niemców w 1939r. U jego stóp zapłonął też ostatni już znicz pamięci z logo naszego rajdu.

Aby podsumować całość udaliśmy się do pięknej sali w restauracji „Nowa Maja”, gdzie już nas oczekiwał wiceburmistrz miasta Skoczowa pan A. Bubnicki wraz z małżonką. Przedstawiciel władz miasta serdecznie nas powitał, pogratulował inicjatywy oraz podzielił się wspomnieniami z niedawnych rocznicowych uroczystości tutaj obchodzonych. kolega H. Szotek wysoko oceniła wiedzę uczestników konkursu i wytypowała dziesięć najwyżej ocenionych, których autorzy odebrali nagrody rzeczowe. Byli to:

  • Aleksander Sorkowicz - 37 pkt
  • Mariusz Bubik - 36 pkt
  • Mieczysławw Buława - 35 pkt.
  • Beniamin Sorkowicz - 35 pkt
  • Jadwiga i Jarosław Rezmer - 35 pkt
  • Mirosław Wenglorz - 34 pkt
  • Andrzej Nowak Ziołowy - 33 pkt
  • Ryszard Pawliczek - 33 pkt
  • Małorzata i Kazimierz Holiszowie - 32 pkt
  • Alicja Wlach - 30 pkt

Puchary ufundowane przez Wójta Zebrzydowic trafiły do rajdowego Seniora Stanisława Martinka (rocznik 1940) i Juniora Adama Kolondry (rocznik 2007). Finalnie naszą wyprawę zakończyliśmy wspólnym sponsorowanym posiłkiem.

Na gorąco zbierane komentarze uczestników pozwalają mieć pewność, że zainteresowani mogli się dużo dowiedzieć na ten dotychczas drażliwy i pełny niedomówień temat, który czy tego chcemy czy nie dotyczy wszystkich mieszkańców Śląska Cieszyńskiego, a zwłaszcza tych, którzy mają swoje korzenie po drugiej stronie granicznej Olzy.

Po tej wyprawie już dużo łatwiej będzie odpowiedzieć na zadane na początku tej relacji pytania, jak również walczyć z niewiedzą pozostałych, co było naszym głównym celem. W drugim dniu przejechałem 43 km.

*) w szpitalu po wykonanych badaniach okazało się, że Włodek ma obrażenia wymagające hospitalizacji i rehabilitacji więc na ok. dwa-trzy miesiące musi pożegnać się z rowerowymi wycieczkami. Szok!

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Memoriał kolarski im. M. Palowskiego

07.04.2019

Mimo dość wczesnego terminu tego rowerowego spotkania było dość ciepło i słonecznie, co na pewno wpłynęło korzystnie na ilość uczestników. Było nas łącznie coś około 40 osób, więc myślę, że Robert Wałaski miał powody do zadowolenia, albowiem jest to jedna z pierwszych wypraw organizowanych przez „Beskidzioków” pod jego zarządem. Na spotkanie przybyła również pani Prezes Halina z mężem.

Po serdecznych powitaniach i dopełnieniu niezbędnych formalności (lista obecności) w imieniu organizatora przywitała uczestników najpierw pani Halina Twardzik, a następnie wyżej wymieniony szef sekcji objaśnił, że celem dzisiejszej wyprawy są Śmiłowice w dolinie Rzyki, a nie dolina Tyry jak dotychczas bywało. Najpierw zgodnie z tradycją tej wycieczki pojechaliśmy na miejscowy cmentarz, gdzie przy mogile śp. Mariana spotkaliśmy się z jego żoną Danusią, wnukiem i przyjaciółmi. Jak co roku wygłosiłem memuar Jego pamięci. W tym roku jednak pamiętając o niedawnym jubileuszu 100-lecia urodzin Henryka Jasiczka bardzo znanego poety i działacza z Zaolzia, i prywatnie również teścia śp. Mariana - moje wspomnienie dotyczyło obu tych postaci. Jak co roku zaśpiewaliśmy hymn PTTS-u „Szumi jawor” oraz nastrojowy „Ojcowski dom”. Na życzenie uczestników spontanicznie przypomnieliśmy również ulubioną pieśniczkę Mariana, „leze kočka dirou…”, rodem z przedszkola.

No i teraz ruszyliśmy w drogę prowadzeni przez Władka Niedobę. Wyjazd opłotkami Czeskiego Cieszyna utwierdził mnie w przekonaniu, że nie wszystkie miejscowe dróżki są nam znane. Dopiero jak dojechaliśmy „Pod dzwonek” w Sibicy, wiedziałem gdzie jesteśmy. Fajną rowerową ścieżką przez Ropice i Trzycież stopniowo pnąc się w górę dotarliśmy w końcu do rzeczonych Śmiłowic. Meta wyprawy była w tutejszym centrum rekreacyjno-sportowym. Miejsce jak najbardziej przeznaczone dla większej ilości zgłodniałych rowerzystów.

Już w trakcie biesiady omówiliśmy najbliższe propozycje kalendarzowe. Uroczystym punktem programu było wręczenie St. Martinkowi zaległego pucharu seniora z niedawnej wyprawy „100 lat śladami wojny polsko-czeskiej”.

Na tym wycieczka w części oficjalnej się zakończyła i pozostało nam jeszcze wrócić. Teraz już własnymi ścieżkami, i do tego w większości z górki. Pełnię szczęścia mącił jedynie dość zimny wiatr, z którym musieliśmy się zmierzyć. Po drodze przyglądaliśmy się cudowi jako się zdarzył w Ropicy. Otóż barokowy pałac Taafów, który jak pamiętam był prawie w całkowitej ruinie zmartwychwstał! Bryła z zewnątrz wygląda bardzo przyzwoicie, i choć wewnątrz pusto, przynajmniej w tym stanie może doczekać lepszych czasów całkowitej restauracji.

Przejechałem 34 km a więc w sam raz na początek rozpoczynającej się przygody z rowerem A.D. 2019.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Dzień „Wędrowniczka” - śladami reformacji

14.04.2019

Na tą jedną z pierwszych jeszcze przed otwarciem sezonu wycieczek Wędrowniczek wziął na tapetę temat niełatwy lecz wielce interesujący, zwłaszcza w naszym regionie. Ale najpierw - nie wiem jakim sposobem - załatwił pogodę, bowiem po brzydkiej i deszczowej sobocie zaświeciło wreszcie słońce. Na rynku zebrało się zatem 19 uczestników,w tym jeden sympatyk, a piszący te słowa dotarł do peletonu już pod murami kościoła Jezusowego. W ramach zwiedzania muzeum Reformacji, które zajmuje jedną z empor (na 6 tyś osób!) tego olbrzymiego kościoła, od przewodnika - kustosza zbiorów archiwalnych - dowiedzieliśmy się wielu interesujących rzeczy. Trzeba przyznać, fakt, że luteranie przetrwali na Śląsku Cieszyńskim przez 500 lat jest wynikiem niesamowitej woli i uporu tej religijnej społeczności. Po okresie sprzyjającym kultywowaniu praktyk luterańskich - za księcia cieszyńskiego Adama III Wacława w XVII w. - nadeszły lata prześladowań, zwane kontrreformacją, które w różnym stopniu natężenia trwały przez kilkaset lat - od końca wieku XVIII aż do połowy wieku XIX - aż do czasu wydania patentu tolerancyjnego przez cesarza Austrii Józefa II. Obecnie, w dobie ekumenizmu, luteran na Śląsku Cieszyńskim jest najwięcej w Polsce (ok. 35 tyś.), mimo, że ta diecezja jest najmniejsza terytorialnie z sześciu istniejących. Starsi ludzie powiadali, że „dzierży się jak lutersko wiara kole Cieszyna” i to jest prawda.

Po zwiedzeniu nader ciekawego muzeum za przewodnikiem ruszyliśmy na eksplorację kościelnych zakamarków. Wleźliśmy wszędzie, gdzie się dało, nawet do wnętrza organów oraz na kościelny strych. I jedno, i drugie onieśmielało. Organy swoim ogromem i przemyślną konstrukcją, gdyż są napędzane powietrzem. Teraz co prawda jest do tego sprężarka, ale jakby prądu zabrakło są też czynne pedały, na których specjalny pomocnik - kalikant - przebiera nogami, aby nadąć urządzenie przypominające miech kowalski.

Na strychu zaś można było podziwiać misterną więźbę dachową sprzed 300 lat oraz niecodzienny widok na miasto, w tym na wieżę pierwszego kościoła protestanckiego im. św. Trójcy. Po tej porcji wrażeń dosiedliśmy bicykli i ruszyliśmy przez Mnisztwo by Wielodrogą dojechać do do ośrodka „Eben Ezer” w Dzięgielowie, prowadzonego przez protestanckie Diakonisy. Odwiedziliśmy przy tej okazji naszego „Seniorka”, obecnie pensjonariusza tego ośrodka. Dalszy kościół tego wyznania napotkaliśmy w Bażanowicach. Jest to stosunkowo nowy kościół pw. św. Trójcy o eleganckiej nowoczesnej sylwetce - był budowany w latach 1978-1981.

Naszą wspólną peregrynację zakończyliśmy w Cisownicy, w agroturystyce państwa Brzezinów. Zainteresowani mogli zobaczyć jak dawniej żyli ewangelicy zwiedzając ich starą „drzewiónkę” -skansen. Dopełniając treść wycieczki można było też zwiedzić ładny kościół ewangelicki w Cisownicy pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela, wybudowany w tych samych latach, co świątynia w Bażanowicach.

Powrót był już indywidualny i łącznie przejechałem ok. 30 km. Kilometrów może i niewiele, ale ciekawych wrażeń sporo.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Kolarski Pierwszy Dzwonek w Jastrzębiu-Zdroju

27.04.2019

Jeszcze przed otwarciem sezonu rowerowego Ondraszka w sobotę, MOSIR i klub rowerowy „Wiercipięta” z Jastrzębia Zdroju, spowodowały, że ten dzwonek zadzwonił już po raz 13. na Rodzinnym Rajdzie Rowerowym.

Mając miłe wspomnienia z poprzednich edycji, Gwarek, Milczek i ja - Olo, postanowiliśmy w tym wziąć udział jako reprezentacja naszego klubu. Gwarek przyjechał do Jastrzębia samochodem, a ja z Milczkiem rowerami z Cieszyna. Po załatwieniu formalności, otrzymaniu koszulek i bloczków na posiłek, prezydent miasta pani Anna Hetman o godzinie 9:00 dokonała uroczystego otwarcia rajdu. Peleton liczący ponad 190 osób, pilotowany przez policję i straż miejską, objechał liczącą ok. 30 km trasę z hali w Jastrzębiu przez Borynię do mety usytuowanej na stadionie miejskim w Jastrzębiu.

Na półmetku, czyli w boryńskim pałacu uczestnicy otrzymali po wafelku Prince Polo i po krótkim odpoczynku nasz żółty peleton ruszył na metę. Tutaj zaserwowano nam grochówkę z chlebem, herbatę oraz kawę. Po posiłku rozpoczęły się konkursy sprawnościowe dla najmłodszych: tor przeszkód pokonywany bez roweru oraz rowerowy tor przeszkód dla osób starszych. Razem było sześć kategorii wiekowych, przy czym zwycięzcy w każdej kategorii otrzymywali też rowerowy dzwonek.

Ja wystartowałem w kategorii wiekowej 41 lat i starsi (rok urodzenia 1978 i wcześniejsze) i zdobyłem 2. miejsce. Moimi trofeami były: puchar, dyplom oraz gustowny komplecik filiżanka z talerzykiem na kawę.

O podium prawie otarł się i nasz Kazik – „Gwarek”, który minimalnie przegrał walkę o trzecie miejsce. Po ceremonii wręczenia nagród, zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie, podziękowaliśmy organizatorom za ciekawą imprezę i ruszyliśmy w stronę Cieszyna. Wraz z Mariuszem – „Milczkiem” tego dnia zaliczyliśmy pełne 100 km na rowerze!

Olek Sorkowicz – „Olo”
Otwarcie 53 sezonu kolarskiego

28.04.2019

Za nami już kilka ciekawych rowerowych wypraw poprzedzających otwarcie, a wszystkim towarzyszyła piękna i słoneczna aura. Otwarcie sezonu celowo robimy pod koniec kwietnia, aby dać czas pogodzie na ustabilizowanie swoich wybryków. Jednak w ten niedzielny poranek nawet pies miałby opory aby wyjść na codzienny spacer, było bowiem zimno, deszczowo i pochmurno. Mamrocząc pod nosem ondraszkowe zaklęcie „że choćby żabami prało…” jadę na rowerze na miejsce zbiórki na cieszyński rynek od razu testując przeciwdeszczowe wdzianko.

Płyta rynku cała zabudowana budkami z jakimś jarmarcznym rękodziełem. Ondraszki, w nadspodziewanie licznej bo ok. 20-osobowej gromadce zebrały się tym razem pod laubami. Prowadzący A. Nowak - „Skryba” po ogarnięciu spraw organizacyjnych wyjaśnił, że tegoroczne otwarcie zaplanował w leczniczych jodowo-bromowych oparach dębowieckiej tężni. Uradowani tym ruszyliśmy od razu w drogę wiedząc, że przynajmniej się nie przeziębimy. Dzięki obecności reportera portalu ox.pl ten moment trafił również do Internetu.

Od ronda przy węźle przesiadkowym skorzystaliśmy z symbolicznego kawałka ścieżki rowerowej, następnie przenieśliśmy rowery w rękach przez nasyp kolejowy oraz tory i pojechaliśmy dalej obiecując sobie opisać tą nieszczęsną ścieżkę w piśmie do burmistrza miasta. Dalej już bez przeszkód, oczywiście nie licząc deszczu, wyjechaliśmy na Pikiety i przez Zamarski oraz Kostkowice dotarliśmy do Dębowca. W połowie drogi na Podlesie oczekiwał nas pan Bronisław Brudny, wiceprzewodniczący miejscowej Rady Gminy. I nie przypadkiem tutaj się spotkaliśmy albowiem było dobrze stąd widać pompę „konika”, która z trzewi ziemi wydobywała słynną solankę jodowo-bromową o rewelacyjnym składzie. Z opowieści wynikało, że historia rozpoczęła się w 1908r. przy czym nie szukano solanki lecz węgla, a dowiercono się przypadkiem do złóż gazu ziemnego. Zakończyło się to rok później spektakularną eksplozją, która rozniosła szyb po całej wiosce. Szczęściem nikt wtedy nie zginął, natomiast wraz z gazem zaczęły wylatywać w powietrze zamrożone kule solanki. Tym sposobem Dębowiec wzbogacił się o darmowe źródło ogrzewania (obecnie już na wyczerpaniu) oraz solankę, której wydobyciem i przetwarzaniem zajął się specjalnie utworzony, do dziś funkcjonujący zakład pracy.

Następnie podjechaliśmy pod zabudowania tężni. Tutaj się dowiedzieliśmy, że mały pomniczek przy drodze upamiętnia równie ważne wydarzenie z historii Dębowca tj. pierwszy zrzut „cichociemnych” z 1941r. Trzej skoczkowie wylądowali tutaj przez pomyłkę nawigatora samolotu, bo oczekiwali ich na polach... ale koło Włoszczowej. Po wielu przygodach, kontynuując swoją misję szczęśliwie trafili docelowo do Warszawy. Tym sposobem mała podgórska wioska trafiła do historii II Wojny Światowej.

I my dołożylismy coś, z czego Dębowiec może być dumny, czyli ondraszkowe chrzciny. Zaszczytu tego dostąpili dwaj „poganie” Łukasz Krawczyk i Mariusz Bubik, którzy przeszli pozytywnie ostatnią próbę i złożyli uroczyste przyrzeczenie otrzymując imiona „Śmieszek” i „Milczek”. Wiwatom nie przeszkodził nawet deszcz, który wcale nie zamierzał przestać cedzić.

Po tym przenieśliśmy się pod daszek miejscowej restauracji Solanka, gdzie została przygotowana biesiada. Podziękowaliśmy przewodnikowi za ciekawe opowieści odwdzięczając się pamiątką w postaci naszego śpiewnika oraz monografii klubu z wpisaną dedykacją. Uczestnicy z kolei otrzymali breloki z logo klubu opracowane i wykonane z inicjatywy „Paparazziego” - P. Hamery.

Po wchłonięciu porcji grilowanej kiełbaski oraz wymianie informacji o nadchodzących wyprawach zaczęliśmy się rozjeżdżać do domów. Aż nagle „Szykowno” - B. Szarzec, już z drogi zaalarmowała telefonicznie: Józek jedzie! Oto nasz podziwu godny „Niezłomny” wybrał się samotnie w tą paskudną pogodę aby powitać świętować otwarcie kolejnego sezonu. Droga powrotna była już mniej skomplikowana, bowiem pojawił się również samochodem nasz „Majster Blaszka” - J. Pilch, więc wpakowaliśmy go do samochodu wraz z rowerem.

Tak więc spokojnie mogliśmy zakończyć tą deszczową, ale jednak udaną wyprawę. Przejechałem 33 km.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Do źródła Odry - Akcja Bily Kamen poligon Libava, Czechy

01.05.2019

Zachęceni ekscytującym ubiegłorocznym rekonesansem postanowiliśmy wpisać pomysł do tegorocznego kalendarza imprez. Tym razem przyjechaliśmy czterema samochodami w 12 osobowym składzie. do miejscowości Kozlov, skąd wyruszyliśmy na poligonowe ścieżki. Mimo wcześniej godziny (było ok. 8:00) ten parking, a pewnie i pozostałe był już pełny co wróżyło spore tłumy na trasach. I tak było faktycznie, albowiem miejsce czołgów w ten piękny niedzielny poranek zajęły rowery, ale też hulajnogi oraz liczni piechurzy.

Dojechaliśmy niebawem do źródełka Odry tzn. studzienki obudowanej wiatą, skąd wypływa mały strumyczek. I ciężko było uwierzyć, że po przebyciu 850 km ten strumyczek wpływa do morza jako potężna, druga co do wielkości rzeka w Polsce. Jesteśmy na wys. 650 m n.p.m. w Górach Odrzańskich (Odeřske Vrchy) i trzeba przyznać, że nasza trasa doskonale to odzwierciedlała, gdyż 12% podjazdy i zjazdy też się zdarzały. Minęliśmy pałacyk Bores, który jest wykorzystywany jako miejsce sztabowe. Otoczona drutem kolczastym teraz wygląda jak mała twierdza, lecz po detalach widać, że to obiekt zabytkowy. Jestem jednak pewny, że konserwator zabytków na widok elewacyjnych przeróbek dostałby co najmniej palpitacji serca. W centrum poligonu jest Velka Střelna – niegdyś piękna wieś obecnie teren działobitni artyleryjskich. Jedynym obiektem jest teraz wojskowy budynek obserwacyjny położony na wzgórzu i z ładnym widokiem,w tym roku był niestety niedostępny. Mijając kolejne strzelnice do różnego rodzaju broni dojeżdżamy do Libavy - miasta niegdyś garnizonowego, a obecnie cywilnej enklawy w tym wojskowym areale. Przez cały rok senne małe miasteczko, w ten jeden dzień staje się rowerowym centrum całego regionu. Zapewne najbardziej się z tego cieszą tutejsi restauratorzy sądząc po tłumach i kolejkach przed stoiskami garmażeryjnymi. Warto było zobaczyć kolekcję różnych przedmiotów pozostałych po dawnych mieszkańcach zebraną w starym wiatraku oraz wystawę o nich w dawnym kościele zamienionym przez armię na magazyn. I jedno i drugie było poruszające. Mieszkańcami tego regionu byli bowiem osadnicy niemieccy sprowadzeni już w XIVw. Mieszkający tu od pokoleń autochtoni w 1946r. jako Niemcy sudeccy zostali siłą wyeksmitowali do Niemiec, i w 1947r. utworzono obecny wojskowy poligon. Z czasem wszystkie zabudowania licznych (ok.20) i pięknych wiosek się rozsypały i pochłonęła je przyroda. Obecnie pozostały pomniki postawione przez potomków dawnych mieszkańców, zatopione w zieleni podmurówki domów, resztki cmentarzy i zdziczałe drzewa owocowe. Pod tym względem przypomina to Bieszczady, skąd również wyeksmitowano wówczas Łemków i Bojków, ale z zupełnie innych powodów.

Odwiedziliśmy również miejsce skąd z białego kamienia rozciągał się wspaniały widok na okolicę. Biały kamień okazał się pomalowanym wapnem wielką bryłą piaskowca, co wiąże się z dotyczącą tego legendą. Kto jest jej ciekawy, niech odwiedzi Odrzańskie Góry w przyszłym roku.

Ze wsi Stara Voda do naszych czasów dotrwał kościół. Piękny, postawiony w barokowym stylu wchodzący w skład ówczesnych zabudowań klasztornych. Niegdyś był celem licznych pielgrzymek obecnie restaurowany, również dzięki finansowej pomocy Niemców. Zwiedzających uderza mnogość pamiątkowych napisów pisanych wyłącznie cyrylicą na pokrytych polichromiami, lecz zdewastowanych kościelnych ścianach. Według przewodnika, cały poligon w 1968r. - czyli po interwencji Układu Warszawskiego w ówczesnej Czechosłowacji - został wydzierżawiony Armii Radzieckiej, której żołnierze przyjeżdżali tutaj odbyć służbę i z nostalgii za rodzinnymi stronami wyskrobywali te napisy. Poligon został zwrócony w 1993r. a przewodnik samokrytycznie stwierdził, że dewastacji nie dokonali żołnierze ZSRR lecz wcześniej tutaj „urzędująca” Armia Czechosłowacka. Ta poczuwając się do winy przeznaczyła sporo środków finansowych, aby odbudować stojącą opodal kaplicę z źródełkiem z cudowną wodą, co w pełni się udało. Dowiedzieliśmy się również, że miejsca kultu (kościoły, cmentarze) zostały wyłączone z poligonu co umożliwia reaktywację ich pierwotnego przeznaczenia - np. msze św., lecz na razie okazjonalnie.

Przy wjeździe zostaliśmy zobowiązani do opuszczenia poligonu do godz. 16:00, wiec był już czas najwyższy, aby obrać drogę powrotną. Częściowo powtarzając trasę, nie bez przygód (wymiana dziurawej dętki) po przejechaniu 55 km wreszcie dotarliśmy jako jedni z ostatnich, do naszego parkingu. I pomimo zmęczenia wiemy, że było warto.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Tatra - nie tylko piwo, lecz muzeum samochodów!

12.05.2019

W miejsce proponowanej w kalendarzu imprez wyprawy Szlakiem Wielkiej Wojny polsko-krzyżackiej 1409-1411 jako młody, świeżo upieczony przodownik turystyki kolarskiej - „Olo” - zaproponowałem wycieczkę nieco bliżej, ale też w interesujące miejsce do Kopřivnic . Plan jaki sobie założyłem był obfity w wiele atrakcji turystyczno-historycznych, jednak padający od rana deszcz mocno te plany zweryfikował. Powstało nawet pytanie, czy w ogóle wyprawa dojdzie do skutku. Pojechałem jednak na wyznaczone miejsce zbiórki czyli dworzec w Czeskim Cieszynie i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu zebrało się aż sześciu „nieprzemakalnych”. Razem zaplanowaliśmy scenariusz tej wyprawy i pojechaliśmy pociągiem o godz. 7:41 do Frydku-Mistku. Skład tej odważnej grupy tworzyli: Szykowno, Gwarek, Paparazzi, nowo mianowany Milczek, Krzysiek z Zebrzydowic oraz prowadzący Olo.

Zaraz na początku nieco pomyliłem trasę lecz z pomocą pośpieszył niezawodny Paparazzi ze swoją nawigacją wyprowadzając nas z miasta do wsi Hukvaldy. Odcinek ten przebiegał po ścieżce rowerowej leśnej, kamienistej, błotnistej oraz asfalcie i chociaż nasze rumaki wyglądały jak świnki wytaplane w błotku przy padającym deszczu to dobry humor i tak nas nie opuszczał. Piękne krajobrazy, pola kwitnącego rzepaku jak dywany i ekstremalna trasa z przygodami sprawiły, że cieszyliśmy się, że nie zrezygnowaliśmy z wyprawy. Jednak prawdziwe atrakcje dopiero były przed nami. Po przyjeździe do Hukvaldów wstąpiliśmy do piekarni na małe słodkie „co nieco”, a następnie zwiedziliśmy kościół powołania św. Maksymiliana, gdzie był ochrzczony Leoš Janaček. Jako młody chłopak grał w tym kościele na organach. Kościół został zbudowany w stylu barokowym w XVIIIw. Następnym punktem programu był jego dom rodzinny, gdzie urodził się w dniu 03.07.1854r. Leoš Janaček był wybitnym czeskim kompozytorem, twórcą wielu oper np. Przygody Lisiczki Chytruski, utworów orkiestrowych, fortepianowych i kameralnych. Po studiach w Pradze, Lipsku i Wiedniu został dyrygentem Filharmonii w Brnie i założycielem szkoły organistów. Zmarł 12.08.1928r w szpitalu w Ostrawie.

Ostatnim punktem eskapady był zamek Hukvaldy i pomnik Lisiczki Chytruski. Zamek zbudował Franco z Huckeswagen w XIIIw. I stał się centrum państwa hukwaldzkiego a następnie własnością biskupów ołomunieckich. W 1762r zamek spłonął i opustoszał. W 1948r. został upaństwowiony. Zamek Hukvaldy był jednym z największych obiektów na Morawach i do dziś robi na turystach wielkie wrażenie. Wycieczka w Czechach bez knedli, czoskuli czy smażonego sera z frytkami z dobrym piwem nie byłaby udana, więc wracając z zamku wstąpiliśmy do gospódki gdzie nadrobiliśmy te zaległości. Po obiedzie postanowiliśmy lokalną drogą wrócić do Frydku-Mistku, bo i tak dalej cedziło i nie było sensu kontynuować wyprawy. O 15:35 wyjechaliśmy pociągiem do Czeskiego Cieszyna w nieco okrojonym składzie bo „Szykowno”, „Milczek” i „Gwarek” wracali samochodem.

Na koniec wycieczki w samochodowej myjni wykąpaliśmy nasze bicykle i wróciliśmy do domu. Przejechałem ok. 40 km. Zgodne stwierdziliśmy, że i tak było warto jechać i może powtórzymy tę wycieczkę, ale tym razem już zaliczając Kopřivnice i Šramberk.

„Olo” - Aleksander Sorkowicz
XXII Rowerowy Rajd Rodzinny

26.05.2019

Po fali nieustających opadów dnia 26 maja 2019r. w tzw. „oknie pogodowym” odbyła się XXII edycja Cieszyńskiego Rodzinnego Rajdu Rowerowego, zorganizowanego przez TKK PTTK „Ondraszek”. Komandorem rajdu był Aleksander Sorkowicz – „Olo”. Patronat honorowy nad tym wydarzeniem objęli: pani Gabriela Staszkiewicz - Burmistrz Miasta Cieszyna, pani Sylwia Branny - Wójt Gminy Goleszów oraz pan Ryszard Mazur - Honorowy Prezes Oddziału PTTK „Beskid Śląski” w Cieszynie.

Celem rajdu było propagowanie czynnego wypoczynku na rowerze jako środka integrującego rodzinę oraz poznanie walorów krajoznawczych Ziemi Cieszyńskiej, a zwłaszcza urokliwych terenów gminy Goleszów. W rajdzie udział wzięło ok. 70 uczestników. Byli to przedstawiciele kilku pokoleń od wnuków po dziadków.

Start zorganizowano na terenie Hali Widowiskowo-Sportowej im. Cieszyńskich Olimpijczyków. Osobne stoisko przygotowała również Straż Miejska, na którym w ramach prowadzonej od ubiegłego roku akcji, zainteresowani mieli możliwość specjalnego oznakowania swoich rowerów zapobiegającego ich kradzieży.

Obecny na starcie Honorowy Prezes Oddziału PTTK w Cieszynie - pan Ryszard Mazur - przekazał słowa uznania uczestnikom, życząc pozytywnych wrażeń i bezpiecznego pokonania trasy. Do życzeń w swojej wypowiedzi nawiązał również Zastępca Burmistrza Cieszyna - pan Krzysztof Kasztura, który jednocześnie był uczestnikiem rajdu. Następnie uczestniczącym w imprezie matkom z okazji Ich Dnia złożono serdeczne życzenia, poparte drobnym upominkiem.

Prezes klubu - Zbigniew Pawlik – „Rechtór” - przekazał szczegółowe informacje o trasie i jej atrakcjach. Zgodnie ze scenariuszem trasę można było pokonać indywidualnie biorąc udział w rowerowej grze terenowej, bądź zgodnie z przepisami ruchu drogowego w niewielkich grupach na kilku trasach przygotowanych i pilotowanych przez działaczy klubowych. Gra terenowa polegała na zlokalizowaniu w terenie miejsc według mapy startowej i finalnie odgadnięciu zaszyfrowanego hasła. Z tym zadaniem postanowiło się zmierzyć osiem zespołów. W celu udzielenia ewentualnej pomocy technicznej, bądź medycznej, oczekiwał przygotowany samochód techniczny. Wszystkie trasy liczyły po ok. 20 km i prowadziły na metę zlokalizowaną w Goleszowie na górze Chełm. Na symboliczny sygnał startowy Ryszarda Mazura wyruszono w drogę. Na trasie uczestnicy zostali poczęstowani smakowitymi wafelkami „Prince Polo” i po ok. dwóch godzinach wszyscy dotarli na metę, gdzie otrzymali ciepły posiłek.

Następnie przystąpiono do realizacji zaplanowanego bloku konkursów. Rozegrano następujące konkurencje, w których zwyciężyli:

  • Synchroniczny bieg w workach (konkurs dla dzieci):
    1. Weronika Kula,
    2. Sebastian Pieczonka,
    3. Milena Chrapek.
  • Konkurs „pompowania dętki na czas w rowerowym kole”:
    1. Łukasz Krawczyk,
    2. Marek Gazur,
    3. Wacław Pieczonka.
  • Konkurs rzutu oponą:
    1. Mirosław Kula,
    2. Grzegorz Sawka,
    3. Aleksander Sorkowicz.
  • Konkurs rzut lotkami do tarczy:
    1. Marek Gazur,
    2. Grzegorz Sawka,
    3. Piotr Hamera.
  • Konkurs znajomości z przepisów ruchu drogowego dla rowerzystów
    1. Marian Wlach,
    2. Aleksander Sorkowicz,
    3. Wacław Pieczonka.
  • Konkurs rodzinne odgadywanie hasła:
    1. Sebastian i Barbara Pieczonka,
    2. Radosław i Łukasz Pawlik,
    3. Marcin i Grażyna Socha.

Zwycięzcy powyższych zmagań konkursowych otrzymali nagrody rzeczowe.

Przybyły na metę pan Rafał Glajcar - Zastępca Wójta Gminy Goleszów - w imieniu władz gminnych powitał serdecznie uczestników rajdu, pogratulował kondycji i zapraszał do częstszego penetrowania uroczych zakątków tej niezwykle gościnnej gminy, w tym w ramach następnych rajdów tego typu. Należy zaznaczyć, że już niejednokrotnie klub Ondraszek korzystał z gościnności i przychylności tutejszych władz. Wystarczy wspomnieć, że kolejne edycje rajdów rodzinnych w 2017 i 2018 roku odbyły się właśnie na terenie gminy: w Goleszowie, Równi oraz Cisownicy.

Najbardziej oczekiwaną częścią imprezy było niewątpliwie wręczenie głównych nagród w następujących kategoriach:

  1. W kategorii „Najliczniejsza Rodzina Rajdowa” puchar ufundowany przez Burmistrza Miasta Cieszyna otrzymała czteroosobowa rodzina państwa Prochotów z Cieszyna.
  2. W kategorii „Uczestnicy z najdalszych miejscowości” piękne statuetki ufundowane przez Wójta Gminy Goleszów trafiły do uczestników przybyłych z Zebrzydowic, Goleszowa oraz Cisownicy.
  3. W kategorii „Najliczniejsza grupa zorganizowana” puchar ufundowany przez Honorowego Prezesa Oddziału PTTK „Beskid Śląski” w Cieszynie zdobyła grupa reprezentująca Klub Żeglarski PTTK „Sternik” działająca przy wyżej wymienionym oddziale.
    Wyróżniono również rajdowych juniorów:
  4. W kategorii „Rajdowego Juniora”, czyli najmłodszego rowerzysty, który samodzielnie pokonał trasę nagrody rzeczowe otrzymali dwaj Juniorzy: Sebastian Pieczonka oraz Mateusz Zielke.
  5. W kategorii „Najmłodszy uczestnik rajdu” słodką niespodziankę wręczono 2,5 letniemu Radkowi Pawlik (rocznik 2016), który przejechał trasę wraz z ojcem i dziadkiem.

Wszystkie zespoły uczestniczące w grze terenowej odszyfrowały prawidłowo hasło „W plenerze najlepiej na rowerze” i otrzymały drobne upominki ufundowane przez Gminę Goleszów.

Piękną pamiątką z tego sympatycznego rowerowego wydarzenia, oprócz wspomnień, pozostaje niewątpliwie ładny okolicznościowy proporczyk, który wszyscy uczestnicy otrzymali w ramach świadczeń.

Przy organizacji rajdu niezbędną pomocą wykazały się instytucje i firmy wymienione poniżej:

Urząd Miejski Cieszyn ,
Urząd Gminy Goleszów,
Mondelez Polska Oddział Cieszyn
i innych.

oraz dzięki bezinteresownemu zaangażowaniu wielu członków Turystycznego Klubu Kolarskiego PTTK „Ondraszek”, którzy zapewnili pełną organizację oraz obsługę tego wydarzenia.

Fotoreportaż z tego wydarzenia jest także dostępny na stonie ox.pl.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Szwecja na rowerze wraz z AZS

01.06.2019 - 01.05.2019

Szwecja przywitała nas, na szczęście, piękną pogodą, która utrzymała się przez całe 5 dni naszego rajdu - z czego 2 noclegi na promie a 3 na kampingu. Zaraz po przepłynięciu do wyboru były 3 trasy - wybraliśmy najdłuższą, aby poznać szwedzkie wybrzeże, które różni się od polskiego i składa się z archipelagu wielu wysepek tak zwanych szkierów. Podczas pobytu odwiedziliśmy 3 nadmorskie miasta wielkości Cieszyna, które dla Szwedów są ważnymi ośrodkami miejskimi. Karlskrona, w tym port wojenny z muzeum morskim i przystanią promową Stena Line.

Na drugi dzień podczas naszej najdłuższej wycieczki na 120 km poznaliśmy Karshamn skąd milion Szwedów wyjechało do Ameryki, i w którego pobliżu znajduje się słynne w Szwecji królewskie łowisko łososi na rzece Mörrums?n oraz nasze miejsce biwakowania Ronneby z najpiękniejszym parkiem w Szwecji.

W Szwecji życie płynie spokojnym tempem, jest tu mnóstwo ścieżek rowerowych, pieszych i nietknięta przyroda, inna od naszej przez to dla nas ciekawa. Warto było odwiedzić Szwecję, by zobaczyć coś innego. Według Unesco to wyjątkowy obszar o szczególnych wartościach i statusie rezerwatu biosfery. Jest to prawdziwy skarb dla Szwedów o poruszającej historii, pełno jest tutaj przeplatających się ze sobą szlaków, które można odkryć pieszo, na rowerze, w kajaku lub pod żaglami.

Mariusz Bubik - „Milczek”
Galeria
II Rowerowy Dzień Dziecka

02.06.2019

Dnia 2. czerwca 2019r., przy pięknej pogodzie, z okazji Dnia Dziecka zorganizowano wycieczkę rowerową dla dzieci wraz z opiekunami na trasie Cieszyn-Puńców. Start zorganizowano na płycie rynku, a metę na boisku LKS w Puńcowie. Szkoły podstawowe w Cieszynie otrzymały wyprzedzająco komplet informacji o tej inicjatywie, a w tygodniu poprzedzającym została zaanonsowana w „Wiadomościach Ratuszowych”, mediach społecznościowych i na afiszach rozmieszczonych na słupach cieszyńskiej sieci informacji wizualnej.

Celem rajdu była promocja turystyki rowerowej wśród najmłodszego pokolenia, poznanie walorów krajoznawczych okolicy, popularyzacja wiedzy o swoim mieście oraz przypomnienie praw i obowiązków rowerzysty w ruchu drogowym.

Patronat honorowy nad imprezą objął Burmistrz Miasta Cieszyna pani Gabriela Staszkiewicz oraz Starosta Cieszyński pan Mieczysław Szczurek. Komandorem rajdu był „Olo” - Aleksander Sorkowicz. W rajdzie udział wzięło ponad 50 dzieci wraz z opiekunami, a obsługę zapewnił 9-osobowy zespół klubowych działaczy. O godz. 10:00 kolorowy peleton wystartował w kierunku ul. J. Łyska, przy czym w miejscach newralgicznych bezpieczeństwo zapewnił patrol Straży Miejskiej. Przed wyjazdem na trasę dokonano podziału uczestników na małe grupki poruszające się zgodnie z przepisami ruchu drogowego, a ich przejazd pilotowali klubowi działacze.

Dłuższy postój odbył się w Puńcowie w skansenie powozów państwa Lacelów, gdzie gospodarz zaprezentował swój ciekawy i bogaty zbiór powozów oraz innych eksponatów prezentujących dawne rzemiosło i sprzęty używane w gospodarstwie. Następny postój zaplanowano przy zabytkowym kościele powołania św. Jerzego, którego 500-lecie uroczyście obchodzono w ubiegłym roku. Historię tej cennej świątyni interesująco przybliżył ksiądz proboszcz.

Po przybyciu na metę uczestnicy otrzymali ciepły posiłek Na wstępie Zbigniew Pawlik - prezes klubu - przekazał kilka uwag dotyczących zasad poruszania się rowerzysty w ruchu drogowym w oparciu o przykłady wzięte z życia.

Następnie rozegrano następujące konkursy, w których zwyciężyli:

Konkurs rzutkami ringo

  1. Maksymilian Słonka,
  2. Tymoteusz Turoń,
  3. Tomasz Boruta.

Konkurs „łowienie rybek w suchym stawie”

  1. Piotr Piotruszek,
  2. Tomasz Boruta,
  3. Nina Kosek.

Konkurs rowerowy tor przeszkód kat. chłopcy

  1. Tomasz Boruta,
  2. Maksymilian Słonka,
  3. Filip Penkala.

Konkurs rowerowy tor przeszkód kat. dziewczęta

  1. Nina Kosek,
  2. Zosia Ryszkowska,
  3. Gabrysia Urbańczyk.

Konkurs wiedzy „Czy znasz swoje miasto”

  1. Maksymilian Słonka,
  2. Dominik Weres,
  3. Marcin Socha.

Konkurs odgadywanie hasła

  1. Tomasz Boruta,
  2. Maksymilian Słonka,
  3. Zosia Ryszkowska.

Zbiorowym wysiłkiem rozwiązano również hasło zaszyfrowane w okolicznościowej krzyżówce. Zwycięzcy w konkursach otrzymali nagrody rzeczowe. Puchar dla najmłodszego uczestnika jadącego na rowerze otrzymał Dawid Golasowski, a nagrodę rzeczową dodatkowo Robert Kowalczyk. Nagrodzono również najmłodszego uczestnika rajdu. Był nim Sebastian Werez (rocznik 2016). Puchar Burmistrza Miasta otrzymała 7-osobowa reprezentacja Szkoły Podstawowej nr 1.

Na zakończenie wszyscy mali uczestnicy zostali obdarowani drobnymi pamiątkami, a rodzice i opiekunowie mapami Ziemi Cieszyńskiej, które z powodzeniem mogą służyć planowaniu następnych samodzielnych wypraw rowerowych. Rajd mógł zostać zrealizowany dzięki życzliwej pomocy następujących instytucji oraz firm:

  • Urządu Miejskigo w Cieszynie,
  • Starostwa Powiatowego z Cieszyna,
  • Pizzerii „Palermo” Cieszyn,
  • Sklepu jubilerskiego „Kleoptara”,
  • Sklepu rowerowego „Totem”,
  • oraz innych.
a zwłaszcza dzięki bezinteresownemu zaangażowaniu członków Turystycznego Klubu Kolarskiego „Ondraszek”, którzy zapewnili pełną organizację oraz obsługę tego wydarzenia.
Zbigniew Pawlik - Prezes TKK PTTK „Ondraszek”
Galeria
XVIII Rajd do źródła Olzy

08.06.2019

Kontynuując naszą transgraniczną inicjatywę, 26 uczestników z obu stron Olzy spotkało się w Lasku Miejskim w Jabłonkowie, przy pięknej słonecznej pogodzie, aby zobaczyć jak i co zmieniło się pod Gańczorką, skąd wytryska olziańskie źródełko. Należy dodać, że najmłodszym uczestnikiem tego wydarzenia był 2,5 letni Radek Pawlik, który przybył wraz z rodzicami i dziadkiem.

Po serdecznych powitaniach i załatwieniu spraw sekretariatu pilotowani przez straż miejską pojechaliśmy wzdłuż rzeki w stronę Bukowca. Gmina zainwestowała w prawdziwą ścieżkę rowerową i już parę kilometrów przed mostkiem granicznym na Olzie jechaliśmy po przyzwoitej, wydzielonej z ruchu samochodowego ścieżce.

Po polskiej stronie droga bardzo przyjemnie wiła się w leśnym cieniu wzdłuż Olzy, stopniowo wspinając się w górę. Bez przeszkód dojechaliśmy do skrzyżowania z drogą Kubalonka - Istebna, gdzie skręciliśmy w stronę centrum. Tutaj w Gminnym Ośrodku Kultury oczekiwała nas pani Oliwia Szotkowska, która oprowadziła nas najpierw po kościele powołania Dobrego Pasterza, a następnie po istebniańskiej nekropolii, gdzie zobaczyliśmy groby wielu zasłużonych dla Ziemi Cieszyńskiej postaci. Ta część wycieczki zakończyła się w ośrodku, gdzie wystawiono największą na świecie koronkę koniakowską o średnicy aż 5m! Dzięki temu, trafiła nawet do Księgi Rekordów Guinessa. Naładowani sporą dawką krajoznawczych informacji ruszyliśmy w dalszą drogę, czyli najpierw stromym zjazdem do Istebnej Zaolzia, a następnie w górę coraz węższej Olzy. W końcu dojechaliśmy do miejsca, gdzie kończy się droga. Tutaj też zostawiliśmy bicykle i ruszyliśmy piechotą od niedawna wytyczoną i oznakowaną ścieżką do źródła.

Samo źródełko i okolica wypiękniała: pojawiła się nawet specjalna budka w kształcie kapliczki na metalowe kubki do zaczerpnięcia wody. A ta, jak dawniej wesoło pluskając wypływa spod kamienia na drewniany „ciurczek” - korytko. „Dobry duch” tego miejsca W. Kristen opowiedział historię odkrycia źródełka i jego zagospodarowania, po czym beskidzkimi gróniami i dolinami poniosła się pieśń „Płyniesz Olzo” w naszym wykonaniu.

Wracając pojechaliśmy na metę rajdu do pensjonatu „Maria”. Tutaj czekał na nas przygotowany posiłek czyli grillowane kiełbaski, a dwuosobowa mini-kapela z Koniakowa przygrywała wesoło do tańca i śpiewu. Tutaj też powitała nas serdecznie pani Barbara Juroszek - sołtys wsi Istebna. Po krótkim odpoczynku przeprowadziliśmy konkurs–quiz na temat Istebnej i Trójwsi, w którym zwyciężyli zajmując pierwsze pięć miesjc:

  1. Stanisław Pawlik,
  2. Władysław Niedoba (PTTS),
  3. Czesław Byrtus (PTTS),
  4. Leszek Szurman (Ondraszek),
  5. Aleksander Sorkowicz (Ondraszek).

Piękny puchar ufundowany przez wójta gminy dla najliczniejszej rajdowej drużyny zdobył nasz 15-osobowy zespół Ondraszka, co zostało przywitane gorącym aplauzem. Nagrody w konkursie oraz puchar wręczyła pani sołtys.

Tym zakończyła się organizowana część naszej wyprawy, i ledwie wypowiedziałem formułę zamknięcia rajdu... zaczęło padać. Tak więc w drodze powrotnej nadarzyła się niespodziewanie okazja przetestowania peleryn,a uczestnicy wracali do domów już własnymi ścieżkami.

Trasa z Jabłonkowa w obie strony liczyła ok 40 km, co nie jest jakimś wielkim wyczynem, ale uczestnicy na pewno byli po wrażeniem jej piękna tak, że za rok spotykamy się na trasie na jubileuszowym zlocie!

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Zielonoświątkowa jajecznica

09.06.2019

W sumie nikt z nas nie wie dlaczego na Ziemi Cieszyńskiej akurat w ten dzień powinno się smażyć jajecznicę w plenerze. Jest jednak ważne, że tą lokalną tradycję nadal podtrzymujemy. I w ondraszkowej wersji nie jest to skromny posiłek w małym naczyńku, ale full wypas z wielkiej brytfanny, przygotowywany w kilku rozdaniach.

Organizator wyprawy W. Zmełty - „Kropelka” wyznaczył zbiórkę przy dębowieckiej tężni w samo południe. I choć ostatecznie nie był obecny, hasło podchwyciło aż 54 smakoszy, którzy tutaj przybyli na bicyklach obciążeni bagażem niezbędnych jajecznicowych dodatków. Nie licząc sporej gromady sympatyków, byli to członkowie Ondraszka oraz jastrzębskiego „Wiercipięty”, w tym tym szef tamtejszego Oddziału PTTK - E. Kutyła, a także A. Chełmiński - obrońca tytułu króla strzelców w roku 2018.

„Afi” - J. Pawlik i „Szykowno” - B. Szarzec sprawnie ogarnęły sprawy sekretariatu. Wkrótce po tym, uformowani w sporej wielkości peleton, ruszyliśmy na Podlesie do umówionego rancha „Caterina”. Miejsce było super do organizacji takich imprez jak nasza. Szefem kuchni mianowano L. Szurmana - „Wędrowniczka”, a kooptował do niego „Kolyjosz” - K. Holisz. Szybko wyłoniły się pozostałe podkomisje: do spraw tłuczenia i liczenia jaj, do przygotowania ciepłych napojów oraz do spraw konkursów.

Oczywiście najważniejsze było przygotowanie strzelnicy, czym zajął się „Przypon” - L. Nowak. Pozostałe konkurencje to: rzut lotkami, który sędziował „Olo” - A. Sorkowicz i „Śmieszek” - Ł. Krawczyk i tor przeszkód z jajem, który sędziowali „Juniorek” - B. Sorkowicz oraz Paweł Zmełty. Trochę czasu minęło niż roztłuczono 300 jajek, z których Mistrzowie Ceremonii wyczarowali nad ogniskiem smakowite danie w starodawnej brytfannie i to aż w trzech rozdaniach. Nie sposób opisać tego cudownego zapaszku, jaki się roznosił, ale sadząc po kolejce która się w mig ustawiała widać było, że wszyscy na ten moment czekali z wytęsknieniem.

Równolegle - i w przerwach między posiłkami - rozgrywano wspomniane konkursy. Najbardziej zabawny był tor przeszkód w duecie z jajem, w którym panie z reguły deklasowały parterów. Ku zadowoleniu uczestników na metę dojechał dawno nie widziany „Grajek” - M. Ściskała z nieodłączną harmonią, więc przy śpiewie i żartach nasze posiady przybrały formę radosnego pikniku. Tymczasem zakończyły się konkursy.

Królem strzelców został „Milczek” - M. Bubik osiągając 45/50 pkt, a kolejne miejsca zajęli: „Rechór” - Z. Pawlik, „Dzięcioł” - G. Cieńciała, „Paparazzi” - P. Hamera, „Olo” - A. Sorkowicz. W rzutach lotkami zwyciężył „Śmieszek” - Ł. Krawczyk przed „Milczkiem” - M. Bubikiem i „Rechtorem” - Z. Pawlikiem Tor przeszkód z jajem w najlepszym łącznym czasie pokonali Grażyna i Krzysztof Socha, i w następnej kolejności „Afi” i „Rechtór” - J. oraz Z. Pawlik, Piotr i Krysia Pawliczek, „Gocha” i „Kolyjosz” - M. i K. Holisz, „Ośka” i „Bystry” - J i J Rezmer.

Finałowy konkurs rzutu jajem poprowadził „Paparazii” - P. Hamera. Tutaj z wszystkich par startujących na placu boju ostatecznie został duet „Olo” i „Śmieszek”. Wszyscy wymienieni odebrali drobne nagrody. Na zakończenie nastąpiła jeszcze bardzo uroczysta chwila. „Apanaczi” - B. Toman odebrała już dawno przyznany tytuł Honorowego Przodownika Turystyki Kolarskiej oraz okolicznościowy dyplom i otrzymała spore owacje.

Jako, że powrót był już indywidualny, meta powoli pustoszała, i kolejna fajna impreza należy do przeszłości. Wracając wraz z nowo mianowanym Honorowym przodownikiem turystyki kolarskiej wstąpiliśmy do kawiarni przy tężni solankowej, aby to uczcić małym „co nieco”. Przejechałem przy wymarzonej pięknej pogodzie aż 27 km.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
59 Zlot Przodowników Turystyki Kolarskiej PTTK Nysa

15.06.2019 - 22.06.2019

No i kolejny zlot już za nami. A skoro tak, to nadszedł właściwy moment, aby dokonać podsumowania, przynajmniej z mojego punktu widzenia, jako jednego z 509 uczestników. Od razu, nawet już przy zapisach można było zauważyć, że zlot organizuje zupełnie nowa ekipa.

Niezwykłe było, dotychczas nie spotykane, żądanie przesyłania skanów legitymacji oraz posiadanych uprawnień. Niepokój budziła mnogość proponowanych miejsc zakwaterowania, co wróżyło problemy z zebraniem większej grupy zlotowiczów w jednym miejscu. Biuro zlotu ulokowano w bastionie św. Jadwigi w centrum miasta, gdzie na codzienne odprawy my musieliśmy pokonać ok. 3 km a inni jeszcze więcej, w związku z tym mało uczestników na nie przychodziło. Do tego należy dodać właściwie zupełny brak bieżącej informacji w miejscach zakwaterowań. Praktycznie, kto nie był na odprawie to nic nie wiedział, co na pewno nie ułatwiało udziału w całym programie.

Organizatorzy tzn. grupa działaczy z miejscowego Oddziału PTTK „Tryton” (powstałego dwa lata temu) dotychczas na żadnym zlocie przodowników turystyki kolarskiej jeszcze nie była, więc nie miała doświadczeń z tego zakresu. Dodatkowo dało się też wyczuć jakiś konflikt pomiędzy komandorem zlotu (powszechnie znanym M. Raczyńskim), a resztą organizatorów, czego jednak otwarcie nie powiedziano.

Organizatorzy prowadzili spore grupy na trasach, co przy obserwowanej niesubordynacji uczestników powodowało, że nawet kilkudziesięcioosobowe peletony nieuchronnie przyczyniały się do miejscowych utrudnień na drogach. Na szczęście kierowcy wykazywali sporo cierpliwości, a jako trasy wykorzystywano boczne drogi o małym natężeniu ruchu.

Z drugiej strony trzeba wyraźnie podkreślić, że organizatorzy bardzo się starali, aby z zadania jak najlepiej się wywiązać. Zwiedzanie Nysy z przewodnikiem, który był jednocześnie prezesem Oddziału PTTK było wielką przyjemnością, bowiem był to bowiem lokalny patriota dużego formatu. Wielką popularnością cieszyły się codziennie, zapewniane nieodpłatne, punkty żywieniowe na trasach wycieczek. Woda mineralna, chleb ze smalcem i ogórkiem po pokonaniu kilkudziesięciu kilometró trasy smakowały wybornie.

Lokalizacja bazy namiotowej była wyjątkowa i wymaga osobnego omówienia. Otóż Nysa już w XVIII w. była otoczona austriackimi fortyfikacjami, które zwielokrotnił pruski król Fryderyk po jej zdobyciu. Było to wówczas miasto garnizonowe otoczonym potężnymi fortyfikacjami, w większości do dzisiaj zachowanymi. Fort nr II zbudowany w poł. XIX w. przez Prusaków dzięki wykorzystaniu przez Wojsko Polskie po wojnie, a następnie przekazaniu lokalnemu dzierżawcy uniknął rozszabrowania. I tutaj właśnie, w cieniu fortecznych murów wśród licznych kaponier i działobitni stanęło sporo namiotów, w tym i nasze. Inna rzecz, że brakowało cienia, co przy nadzwyczaj upalnej pogodzie powodowało eksodus niektórych lokatorów wraz z namiotami na przedpole fortu ocienionego lasem.

Komendantem fortu był pan Krzysztof, który jako pasjonat tego miejsca, w historycznym mundurze z epoki napoleońskiej, oprowadzał kilkakrotnie uczestników po fortecznych zakamarkach, ze swadą o nim opowiadając. A na koniec wystrzelił z fortecznej armaty, skutkiem czego jeszcze na drugi dzień dzwoniło mi w uszach. Ponadto, wraz z żoną prowadził stołówkę, z której nikt nie wychodził głodny i dodatkowo obsługiwał jedno z ważniejszych urządzeń czyli piwną pipę.

Nasz fort był też miejscem biesiady na otwarcie i zakończenie zlotu oraz konkursu piosenki turystycznej. Jako lokatorzy z „Roztrzapkiem”, „Śmigiem”, „Niezłomnym” i J. Kożusznikiem pełniliśmy funkcję zatem funkcję gospodarzy dla pozostałej 18-osobowej ekipy Ondraszków oraz 6 przyjaciół z PTTS-u. A obowiązki były prawie co wieczorne, gdyż gitarzysta Józek wcale się nie oszczędzał. W pierwszą noc nasze namioty przeszły test wodoodporności, albowiem w przeddzień otwarcia imprezy przeszła nad nami potężna burza z gwałtownymi opadami.

W takcie wycieczek w okolicę poznaliśmy wiele ciekawych miejscowości w tym Prudnik, Paczków, Otmuchów i Głuchołazy, zwiedzaliśmy obóz jeniecki w Łambinowicach, objechaliśmy dookoła jezioro Nyskie i byliśmy w wielu innych miejscach tej jak dawniej nazywano Ziemi Odzyskanej. Z historii wynikało, że obecni autochtoni są potomkami przesiedleńców z Kresów Wschodnich, a dawniejsi autochtoni zostali zmuszeni do opuszczenia stron rodzinnych i wysiedleni do Niemiec. Ślady ich pobytu są jednak nadal widoczne choćby w sposobie wiejskiej zabudowy, inskrypcjach na zabytkowych budowlach oraz starych cmentarzach. I dopiero drugie pokolenie przesiedleńców uwierzyło, że są u siebie i nikt ich stąd nie wyrzuci, gdyż podróżując przez ten region jeszcze 30-40 lat temu miało się wrażenie tymczasowości.

Warto odnotować nasze klubowe sukcesy: Po zaciętej walce w dogrywce konkursu rowerowego toru przeszkód zwyciężył „Milczek” - M. Bubik. Przygotowani do owacji na jego cześć byliśmy bardzo niemile zaskoczeni, gdy przy ogłoszeniu wyników, w nie do końca jasnych okolicznościach, tytuł zwycięzcy oraz puchar trafił do kogoś innego, który nawet nie brał w tym konkursie udziału! Reklamacja została jednak przyjęta i obiecano, że szkoda będzie naprawiona, choć niesmak pozostał. Natomiast w konkursie piosenki turystycznej dobrą III lokatę zajął „ad hoc” zebrany chórek „Roztrzapek”, „Ośka” i Józek gitarzysta. Zaśpiewali przebojowo i nagroda na pewno się im należała. W tym konkursie startował też duet „Olo” z „Gwarkiem”, jednak wobec licznej konkurencji nie weszli w strefę medalową.

Trzeba też zaznaczyć, że aura była dla nas wyjątkowo łaskawa i większa część wycieczek odbywała się w prawie afrykańskim upale. Ondraszki codziennie jeździły w grupach o różnych konfiguracjach i na różnych trasach, i choć tylko raz raz udało się nam spotkać w większej grupie myślę, że pomimo opisanych perturbacji większość zachowa miłe wspomnienia z pobytu. Mamy też komfortową sytuację albowiem wiemy, gdzie w przyszłym roku się spotkamy: na Kaszubach!

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Greenway Jizera od źródła do ujścia: Szklarska Poręba - Praga

05.07.2019 - 14.07.2019

Zainspirowany zebranymi informacjami podczas ubiegłorocznego pobytu w Czeskim Raju, przez który przepływa malownicza rzeka Izera, zaproponowałem organizację wędrownego obozu rowerowego wyznaczonym szlakiem Greenway Jizera nr „17” od źródła do ujścia. Na tą nietypową rowerową przygodę wybrało się 12 „Jizeraków”: „Czorno” i „Unisono”, „Druhna” i „Długi”, „Afi” i „Rechtór”, „Apanaczi”, „Gwarek”, „Roztrzapek”, „Szprycha” i „Rewor” oraz Halinka.

Dlaczego nietypową? - otóż w zamierzchłych czasach ondraszkowej historii przejazd liniową trasą wraz z całym dobytkiem był standardem, a obecnie zakłada się raczej pobyt w stałej bazie i wycieczki w formie dookolnych pętli. Noclegi jednak zarezerwowaliśmy wcześniej, więc nie musieliśmy taszczyć sprzętu biwakowego. Uczestnicy nie byli też biernymi konsumentami wyprawy, lecz kreatywnie w niej uczestniczyli, bowiem każdy otrzymał odcinek trasy do krajoznawczego opracowania. W ten sposób każdy dzień wyprawy miał swojego lidera.

W sobotni poranek 06.07.2019, zapakowaliśmy się wraz z rowerami do Jędrusiowego busa i ruszyliśmy za zachód. Dłuższy postój nastąpił w Kamieńcu Ząbkowickim, aby zwiedzić pałac Izabeli Orańskiej niedawno otwarty po wieloletniej rekonstrukcji. Ogromna budowla, przypominająca średniowieczny zamek, przetrwała wojenne zawieruchy. Do jej zniszczenia i rozszabrowania doprowadzili dopiero „wyzwoliciele ze wschodu”. I dopiero gdy gmina weszła w jego posiadanie zaangażowała się w odbudowę. Zrobiono naprawdę dużo, lecz do dawnej świetności też jest daleko, bowiem np. według przewodnika po wyzwoleniu na wschód wyjechało aż 17 wagonów pełnych zamkowego wyposażenia i teraz pewnie zdobią jakieś rosyjskie muzea.

Wieczorem dojechaliśmy do Harrachova, gdzie mieliśmy zapewnione dwa noclegi. Rozlokowanie się na trzech kondygnacjach prywatnej wilii-pensjonatu przebiegło sprawnie, więc mogliśmy się oddać ulubionym zajęciom. Mam tu na myśli czteroosobową „grupę karcianą”, która na trasie, gdzie tylko się dało, rżnęła w brydża.

07.07.2019 - Dzień „Apanaczi”

Naszym celem na ten dzień był dojazd do źródła. Zaczęło się jak w horrorze, bowiem rano zjeżdżając do sklepu stwierdziłem nagle, że nie mam hamulców! Rozpędzony, dosłownie w ostatniej chwili przed wjazdem na drogę główną skręciłem w bok i zdołałem wyhamować. Co za ulga! Po małym remoncie, za radą gospodarza pojechaliśmy z powrotem na polską stronę na Polanę Jakuszycką, skąd już górskimi trasami dojechaliśmy do schroniska Orle. Dalej droga wiodła wzdłuż granicy, którą stanowi meandrująca niewielka rzeczka. Finalnie dotarliśmy do rozległej, niegdyś zamieszkałej polany. Po mieszkańcach przymusem wysiedlonych pozostały kamienne podmurówki domów oraz… szkoła. Obecnie jest to schronisko górskie „Chatka Górzystów”. Nasza Izera wypływa z okolicznych młak i bagienek pod szczytem Smyrk (1124 mnpm), oraz pod Wysoką Kopą (1126 mnpm), a więc prawie u celu.

Teren jest łatwo dostępny, stąd można było spotkać wielu turystów na trasie. Jest też sporo rowerzystów, choć droga nadaje się bardziej do jazdy na rowerze górskim, niż dla naszych bombowców. Nie obyło się jednak bez wywrotki. Na szczęście nie było poważniejszego urazu, choć „Apanaczi” pamiątki w formie sporych sińców nosiła do końca wyprawy. Następnie przejechaliśmy na czeską stronę, do dawnej, nadal zamieszkałej osady szklarskiej Jizerka. Tutejszy potok o tej samej nazwie jest pierwszym dopływem naszej rzeki. Zwiedziliśmy ciekawe muzeum etnograficzne, a także nie mniej interesującą restaurację. Po raz pierwszy napotkaliśmy też tabliczkę naszego szlaku Greenway Jizera i odtąd ścieżka rowerowa nr 17 będzie nam towarzyszyć aż do Pragi. Jako, że byliśmy w najwyższym punkcie trasy (862 mnpm) kapitalnym wielokilometrowym zjazdem leśną, lecz asfaltową drogą wzdłuż rzeki dojechaliśmy z powrotem do Harrachova. Po drodze zobaczyliśmy też zabytkowy wiadukt kolejowy, po którym pociąg wysoko nad naszymi głowami przekraczał kanion rzeki.

08.07.2019 - dzień „Druhny” i „Długiego”

Po pożegnaniu Jędrusia, który wracał do Cieszyna teraz już z dobytkiem ruszyliśmy w drogę. Niebawem spotkaliśmy naszą 17-tkę. Była to przyjemna leśna droga, która trawersując strome zbocza kanionu Jizery doprowadziła nas po kilku kilometrach do drogi głównej. Tutaj mogliśmy skorzystać z alternatywnej drogi, jednak ze względu na spodziewane przewyższenia wybraliśmy drogą główną. Następne kilometry przebijaliśmy się w towarzystwie tirów i innych niebezpiecznych pojazdów, a że droga nie miała pobocza, była wąska i kręta pożegnaliśmy ją bez żalu, skręcając na Jilemnice.

To urocze miasteczko z ładnym rynkiem, pałacem i „Ciekawską uliczką” zachęcało do zwiedzania. W informacji turystycznej otrzymaliśmy mapę rowerową, z której wynikało, że istnieje inna ścieżka rowerowa do miasta Semily, dokąd właśnie zmierzaliśmy. Pamiętając o natężeniu ruchu na drodze głównej, postanowiliśmy z niej skorzystać. Tylko „Unisono” trzymał się pierwotnego planu, i tym samym stracił okazję zaliczenia kilku wspaniałych podjazdów i zjazdów, bowiem trasa okazała się mocno górzysta. Na pewno chwalili to sobie nasi „elektrycy” – „Szprycha” i „Rewor” dysponujący e-bike’ami, ale cała reszta już mniej. Nasz nocleg w farmie Lansky też był położony na sporym podjeździe, który pokonaliśmy dosłownie na „ostatnim oddechu”. A, że w przyrodzie panuje równowaga, pensjonat był wygodny i dobrze wyposażony. Miał nawet basen, z którego nie omieszkałem skorzystać.

09.07.2019 - dzień „Roztrzapka”

Rowery miały wolne, bowiem dzisiaj zamierzaliśmy przejść na piechotę Riegerovą ścieżkę. Zaczyna się tuż za Semilami i prowadzi wzdłuż Izery, która tutaj przeciska się przez góry. Jej najciekawszy odcinek to kładka zawieszona wprost nad lustrem wody. Po drugiej stronie rzeki widać było linię kolejową Pardubice-Liberec, która na odcinku 3 km przebija się aż przez 4 tunele o łącznej dług. ok. 800 m, co jest unikatem na europejską skalę. Nasza ścieżka trawersowała strome górskie zbocza, więc szło się całkiem przyjemnie.

Na wysokich urwiskach skalnych wprost nad wodą był szlak alpinistyczny „Via Ferrata” i obserwowaliśmy jak śmiałkowie przywiązani do stalowej linki forsowali te pionowe skały. Po ok. 7 km doszliśmy do miejscowości Podspalov, gdzie w latach 1921-1926 zbudowano nadal działającą elektrownię szczytowo-pompową. Jako, że był to koniec szlaku „Roztrzapek” wraz z „Druhną” i „Długim” postanowili wrócić tą samą trasą z powrotem, a reszta grupy bez „Unisono”, który urwał się wcześniej, obrała drogę powrotną po koronie kanionu. W większości szliśmy lasem, ale w kilku miejscach trafiliśmy na wspaniałe punkty widokowe. A na koniec poszwendaliśmy się jeszcze po mieście i po ok. 20 km nieco zmęczeni dowlekliśmy się do naszej bazy.

10.07.2019 - dzień „Gwarka”

Naszym celem był camping o zagadkowej nazwie „Zrcadlova koza” usytuowany na przedmieściu Turnova, głównego miasta Czeskiego Raju. Ustaliliśmy, że nadal skorzystamy z lokalnej ścieżki rowerowej. Była mocno pofalowana, ale zapewniała piękne widoki na całą okolicę. Po zjeździe z kolejnego wzniesienia, ku naszemu zaskoczeniu natrafiliśmy też na „17-tkę”, która doprowadziła nas do miejscowości Mala Skala. W tym miejscu Izera wypływa na dolinę i traci swój dotychczasowy górski charakter. Na przystanku autobusowym pod opieką „Unisono” i „Długiego” pozostawiliśmy bicykle, i powędrowaliśmy zwiedzić tutejsze atrakcje. A było co: najpierw zamek skalny Vranov-Pantheon, a po przejściu ok. 2 km skalnymi grzbietami Vranovski Hřeben spenetrowaliśmy malownicze ruiny zamku Frydštejn. Wróciliśmy zadowoleni po 2 godz., choć nasz entuzjazm jakoś się nie udzielił czekającym kolegom.

Późnym popołudniem posuwając się wzdłuż brzegu, nie bez problemów, trafiliśmy w końcu na dzienną metę. Nocleg okazał się być w jednym domku podzielonym na trzyosobowe „cele”. I to dosłownie, bo oprócz piętrowego łóżka, szafki i stolika niewiele więcej się tam wcisnęło. Ale nie było co wydziwiać, albowiem cena była przystępna, a i tak jesteśmy w Raju. Co prawda czeskim, ale raj to raj. Wieczorem, pojechaliśmy jeszcze zobaczyć pobliski Turnov.

11.07.2019 - dzień „Afi” i „Rechtora”

Tego dnia naszym zamiarem było zobaczyć niektóre rajskie atrakcje. „Szprycha” lecząc zeszłodniową kontuzję stawu pozostała na campingu, „Rewor” pojechał na trasę rowerem, pozostały team dojechał na dworzec autobusowy, gdzie wpakowaliśmy się wraz z rowerami do „cyklobusa”. Podwieźliśmy się nim aż do miejscowości Troskovice, i jedynie „Gwarek” pojechał dalej, aż do Jičina (tego od Rumcajsa) wybierając własną koncepcję trasy. Nad nami piętrzyła się potężna sylweta zamku Trosky. Pozostałości tego średniowiecznego zamczyska z dwoma wieżami usytuowanymi na sąsiednich wzgórzach, są widoczne w całej okolicy i zapewniają fantastyczny dookolny widok więc nic dziwnego, że są symbolem regionu.

Na podejściu rowery pozostały pod moją opieką, a reszta, w tym „Rewor” szturmowali zamek. Wycieczkę kontynuowaliśmy jadąc po tak zwanej ”złotej ścieżce Czeskiego Raju”. Jest to szlak pieszy obejmujące wszystkie grupy skalne w regionie. Właśnie dlatego, że ścieżka była dedykowana piechurom w kilku miejscach musieliśmy rowery przenosić po sporych kamieniach. Dotarliśmy finalnie do Hrubej Skaly. Atrakcjami tego miejsca jest: bufet, średniowieczny zamek przebudowany na uroczy pałac oraz malownicza skalna grupa „Hruboskalsko”. Tworzą ją mocno zerodowane piaskowce morza jurajskiego, które poprzez ruchy górotworu i dzięki obróbce siłami przyrody otrzymały fantazyjne kształty iglic, wież murów i baszt. Wytyczone między nimi szlaki przypominały w niektórych miejscach wchodzenie do mysiej dziury, czego też spróbowaliśmy.

Jadąc dalej zobaczyliśmy arboretum z cennymi okazami roślin i finalnie dotarliśmy pod mury następnego zamku Valdštejn. Oba zamki, a obecnie pałace są dobrym przykładem wykorzystania walorów obronnych terenu gdzie je zbudowano. Osadzone na wierzchołkach stromych skał wyglądają bardzo malowniczo. Z kolejnych punków widokowych po drodze mieliśmy też możliwość oglądać piękne panoramy na fantazyjnie wyglądające skały.

Wieczorem rozpaliliśmy ognisko i odbyło się wielkie smażenie kiełbasek. Jak się domyślam, ku zachwycie przypadkowych słuchaczy campingu daliśmy też koncert piosenek, który zakończył się krótko przed północą.

12.07.2019 - dzień „Czornej” i „Unisono”

Ten dzień zaczął się nieco inaczej, niż poprzednie bowiem już od rana padało. A, że wcale nie chciało przestać, musieliśmy w końcu przetestować odporność naszych peleryn. Ruszyliśmy zatem w deszczu wzdłuż Izery trzymając się naszej ścieżki. Tuż za miastem wyprowadziła nas na wał przeciwpowodziowy oraz polne drogi. Z krótkimi postojami dojechaliśmy do miejscowości Svijany w tym i pałacu o tej samej nazwie. Cieszyło również to, że jest to nazwa tutejszego browaru. I tak właśnie było - niedawno zrekonstruowany pałac zachwycił nas tematyczną wystawą, a jego piwniczka serwowanym browarem. Deszczu jednak nie udało się przeczekać, więc zapakowani w peleryny ruszyliśmy dalej. Ze względu na niepewną jakość nawierzchni „Unisono” wyprostował nieco trasę i do Mnichova Hradište dojechaliśmy drogą główną na pewnym odcinku na trasie rajdu samochodowego „Raylle Bohemia”.

Tutaj zobaczyliśmy chyba najładniejszą budowlę z widzianych na trasie: barokowy pałac Vallenšteinów usytuowany w regularnym francuskim ogrodzie. Radość zepsuła nam nieco pani w kasie gdyż okazało się, że spóźniliśmy się na jedno wejście, a na następne już nie było biletów. Pocieszyliśmy się nieco zwiedzając zamkową zbrojownię i teatr. Następnie zatrzymaliśmy się jeszcze na obiad w zamkowej gospodzie i późnym popołudniem ruszyliśmy dalej. Na szczęście w końcu przestało padać i znów zaświeciło słońce. Jadąc dalej główną drogą na skróty dotarliśmy do naszego noclegu. Camping Kosmonosy oferował obszerne i wygodne trzyosobowe domki, co po dość spartańskim poprzednim lokum wszystkich zachwyciło. Wieczorem wraz z Gwarkiem udaliśmy się na rowerowy rekonesans do Mladej Boleslav, z którego wróciliśmy ścigani przez kolejną burzową chmurę. Udało się!

13.07.2019 - dzień „Szprychy” i „Rewora”

Wstałem z łóżka lewą nogą i zapomniałem splunąć przez lewe ramię. A w kalendarzu 13-ty: oj niedobrze pomyślałem, i miało się to niestety sprawdzić. Jako, że przed nami był najdłuższy odcinek do pokonania jeszcze dzień wcześniej ustaliliśmy, że nie zwiedzamy muzeum Škody. A szkoda, bo jest to bardzo interesujące muzeum tej popularnej marki od lat produkującej nie tylko samochody, ale wcześniej motocykle, silniki lotnicze oraz… armaty.

Muzeum oglądnęliśmy tylko z zewnątrz przez okna wystawowe i pojechaliśmy na rynek. Dla nas główną atrakcją był interesujący model Jizery, a zebrany tłum obserwował z kolei start aut do spotkanego już wcześniej rajdu samochodowego. Instalacja w bardzo ciekawy sposób przedstawiała rzekę od źródła po ujście, z wypisanymi nazwami kolejnych miast, które już na naszym rajdzie odwiedziliśmy. Co więcej ten model działał, bo woda wypływała z dzbanka w ręku postaci umieszczonej przy źródle i przepływając przez kolejne miasta chowała się w Toušen Lazně, gdzie jeszcze pojawiliśmy się tego samego dnia.

Podbudowani tą wiedzą ruszyliśmy trzymając się naszej 17-tki. Jadąc polnymi drogami wzdłuż rzeki dotarliśmy do osady Krnsko słynącej z jednego z największych żelbetowych wiaduktów kolejowych w Czechach. Mocno ażurowa budowla robi duże wrażenie swymi rozmiarami: ma 152 m długości i 27 m wysokości. W tle za wiaduktem z drzew wystawała wieża pobliskiego pałacu Stranov, gdzie jednak nie skręciliśmy. Teraz jechaliśmy polną drogą wzdłuż rzeki u podnóża wysokiej skarpy. W pewnym momencie, ku naszemu zaskoczeniu pojawiły się dwie przeszkody. Najpierw było to zwalone drzewo w poprzek drogi. Dało się jednak pod nim przejść, ale kawałek dalej kilka drzew dokładnie zatarasowały nam drogę niczym przeciwczołgowa zapora. Tym razem bicykle było trzeba wypchać wysoko po skarpie, aby je sprowadzić z drugiej strony. Łatwo powiedzieć!

Po rozmiękłej po ostatnich opadach glinie było to spore wyzwanie i nie wszystkim się to od razu udało. Np. „Gwarek” wypchał rower pod górę, chwilę się z nim mocował, a w następnej chwili jednak go przeważył, i „skulali się” zgodnie do punktu wyjścia. Aby pokonać tą przeszkodę stosowaliśmy różne techniki, co zostało zawzięcie sfilmowane i obfotografowane. W końcu zmordowani i ubabrani stanęliśmy po drugiej stronie i mogliśmy podróż kontynuować. Pamiętając o tych przejściach po dotarciu do najbliższej drogi asfaltowej po raz kolejny zmodyfikowaliśmy trasę trzymając się teraz drogi utwardzonej. Dotarliśmy do miasta Benatky na Jizerou i ledwie dotarliśmy pod arkady pięknego renesansowego pałacu, kiedy nadeszła kolejna porcja deszczu. Mieliśmy czas podziwiać piękne sgraffiti jako ozdoba pałacowego dziedzińca. Niebawem burza minęła i mogliśmy ruszyć dalej. Na długim zjeździe przed miejscowością Tuřice nagle usłyszałem głośne psst… i już wiedziałem, dalej nie jadę. Choć wymiana dętki nie trwała długo, grupa zdążyła już daleko odjechać.

Z analizy mapy wynikało, że Toušen Lazně, gdzie jechaliśmy było bliżej jadąc znaną nam dobrze ścieżką „17”, i tak też zrobiłem. Po około 2 km na polnej drodze sytuacja z kołem znów się powtórzyła. Na szczęście miałem dwie dętki zapasowe, więc ten zapas wykorzystałem. Dojechałem szczęśliwie do miejsca spotkania z grupą, na rowerowej kładce nad Łabą czułem, że znów jest kapeć! I to dosłownie o 50 m przed miejscem, gdzie byliśmy umówieni. Tym razem poratował mnie „Długi” i użyczył mi swój zapas. Po rajdzie okazało się, że winowajcą był pęknięty kord w oponie.

W końcu pojechałem zobaczyć miejsce, do którego tydzień jechaliśmy. Nasza Izera wpływa tutaj do Łaby i wygląda przy niej jak niewielki potoczek. Tutaj też krzyżuje się szlak Greenway Jizera z Łabską ścieżką. Ta ostatnia ma więcej niż 1200 km od Karkonoszy aż do Morza Północnego. Może byłby to temat na przyszłość? Do Pragi dotarliśmy pierwszy raz napotkaną piękną asfaltową ścieżką dedykowaną rowerzystom. W drodze dopadła nas kolejna burza, a mnie kolejny defekt. Tym razem wyciągnąłem odłamek szkła z przedniego koła. No i jak tu nie wierzyć w feralną 13-tkę! „Rewor” uruchomił GPS-a w smartfonie i finalnie wieczorem stanęliśmy przed hotelem „Pramen” mając za sobą prawie 70 km, a przed sobą perspektywę hotelowego luksusu.

14.07.2019 - pożegnanie z Pragą i zakończenie

Rankiem korzystając nadal z dobrodziejstw smartfona „Rewor” podjął się doprowadzić nasz peleton do centrum. Nie było to takie łatwe. Mocno klucząc przejechaliśmy jeszcze kilkanaście kilometrów zanim stanęliśmy na nabrzeżu Wełtawy blisko centrum. Jako, że dzięki zapobiegliwości „Apanaczi” bilety na pociąg do Czeskiego Cieszyna mieliśmy już w kieszeni, zostało nam pół dnia na Pragę. „Czorno” i „Unisono” wybrali własny wariant zwiedzania, a reszta ekipy zostawiła rowery na pokładzie zacumowanej barki (znów dzięki „Apanaczi”) i poszliśmy zdobywać Złotą Pragę. Trwał sezon, a więc wraz z tłumem turystów szturmowaliśmy Most Karola, Rynek z ratuszem i okoliczne atrakcje wliczając w to gospodę z czeskim jadłem. A jako, że byliśmy rozdzieleni na dwa pociągi powrotne jedna grupa wcześniej się odłączyła, a my wraz z „Afi” do listy zwiedzonych obiektów dołączyliśmy jeszcze Hradczany. Wieczorem spotkaliśmy się na dworcu z „Czorną” i „Unisono”, wpakowaliśmy się z rowerami do pociągu i przygodę Greenway Izera 2019 zakończyliśmy ok. północy w Czeskim Cieszynie.

Tak nasz Rajd Jizeraków się zakończył, więc czas na małe podsumowanie. Mimo iż często zjeżdżaliśmy z wytyczonej trasy uważam, że jest to szlak dobrze oznakowany i ciekawie poprowadzony. Nie dotyczy to oczywiście nawierzchni, albowiem w dużej części był to szlak terenowy, co zresztą w materiałach o trasie było wyraźnie zaznaczone. Choć jechaliśmy z biegiem rzeki, czyli w dół, zwłaszcza na początku były się odcinki wymagające dobrego przygotowania kondycyjnego. Nie jest to jednak szlak specjalnie trudny i warto go polecić, zwłaszcza, że Izera jest jednak dość krótka bo liczy raptem ok. 180 km, (a my łącznie przejechaliśmy ponad 300 km). Mając na uwadze wiele atrakcji na trasie uważam, że program rozpisany na tydzień był jak najbardziej optymalny.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
7 Międzynarodowy Zlot Turystów-Kolarzy FSTU, Truskawiec, Ukraina

23.07.2019 - 28.07.2019

Choć informacja o zlocie dotarła do nas dopiero na rajdzie p.t.kol. w Nysie, to mając na uwadze atrakcyjność regionu decyzja była prosta - jedziemy! Podjęło ją czterech Ondraszków: „Gwarek”, „Milczek”, „Afi” i „Rechtór”.

Ale jak to zwykle bywa, im było bliżej terminu wyjazdu tym większe pojawiały się problemy. Gwarek zagubił gdzieś paszport, co go całkowicie wyeliminowało. Następnie zrezygnował Milczek. Ostatecznie tylko w dwójkę w niedzielę 21.07.2019 autem z bicyklami na dachu wyruszyliśmy na spotkanie przygody. Podróż przez Bochnię, Tarnów, Jasło, Krosno i Sanok odbyła się bez problemów i po ok. 400 km stanęliśmy na granicy UE w Krościenku. Pamiętając opieszałość (czy może skrupulatność) służb na granicy w Użgorodzie, gdzie uprzednio jechaliśmy, byliśmy mile zaskoczeni gdy po ok. 30 min byliśmy już po drugiej stronie granicy.

Teraz do celu pozostało nam ok. 100 km. Niby niewiele, ale ze względu na nawierzchnię drogi oraz oznakowanie, a raczej jego brak, nie było to wcale łatwe. Dodatkowo poganiała nas wielkie, groźnie wyglądające burzowe chmury obejmujące cały horyzont. Udało się jednak dojechać, a deszcz uprzejmie zaczął padać dopiero, jak byliśmy już pod dachem sanatorium „Dnipro”, który został naszą bazą na najbliższy tydzień. Trafiliśmy na komandora rajdu – Mykołę Iwanika oraz Michała Raczyńskiego i dostaliśmy pokój o całkiem przyzwoitym standardzie i po bardzo rozsądnej cenie, włącznie z posiłkami.

Jako, że zlot rozpoczynał się dopiero we wtorek 23.07.2019 wykorzystaliśmy czas do otwarcia na samochodowo-pieszą eksplorację regionu. Zwiedziliśmy pobliski Drohobycz wędrując śladami Brunona Schulza i przepięknych cerkwi, w tym z rejestru UNESCO a także miasto Stryj z zachowaną galicyjską secesyjną zabudową. Szczegółowo na piechotę zwiedziliśmy też Truskawiec. Wody lecznicze odkryto tutaj już na początku XIX w. i już początkiem XX w. było to jedno z najlepszych uzdrowisk europejskich. Do słynnej „Naftusi” zjeżdżała się europejska śmietanka towarzyska, przy okazji nakręcając koniunkturę. Wielka w tym zasługa Rajmunda Jarosza - ówczesnego właściciela uzdrowiska, że potrafił je należycie zabudować i wypromować. Niestety czasy ZSRR nie były już tak łaskawe, choć uzdrowisko nadal funkcjonowało i nadal się rozrastało, choć teraz nie wszerz, a wzwyż. Sowieci zabudowali całą okolicę wielopiętrowymi blokowiskami sanatoriów i hoteli całkowicie zaburzając harmonię dawnej architektury. Na szczęście jednak co nieco z niej pozostało. Ale wody lecznicze nadal przyciągają kuracjuszy, i sądząc po wszechobecnym języku polskim, wielu gości przyjeżdża tutaj z naszego kraju. Uroczystość otwarcia zorganizowano na centralnym placu uzdrowiska, więc zgromadziła wielu widzów. Ku naszemu zaskoczeniu okazało się, że jedyną dekoracją otwarcia nasz był banner Ondraszka, który wcześniej rozwiesiliśmy, więc można było odnieść wrażenie, że to my jesteśmy organizatorami. Zebrało się kilkudziesięciu uczestników: z Polski ok. 20, ze Słowacji 15, a z Ukrainy ok. 40, czyli łącznie niedużo jak na nasze standardy. Były oczywiście oficjalne przemówienia, miłymi słowami powitał nas mer Truskawca, a część artystyczną zapewniła pięknie śpiewająca ok.10-lenia dziewczynka oraz pomysłowy rowerowy występ ukraińskiej młodzieży. Następnie uformowaliśmy peleton i pilotowani przez miejscową policję zrobiliśmy pokazową rundkę dookoła centrum.

Na drugi dzień zlotu zapowiedziano wyjazd grupowy do unikalnego skalnego monastyru z XII w. Mimo, że stawiliśmy się w oznaczonym miejscu i czasie, uczestników nie było wielu. Odniosłem wrażenie, poparte doświadczeniami dni następnych, że założony program był jedynie lekką sugestią, a uczestnicy raczej realizowali własne pomysły. Przypadkiem spotkaliśmy Mirosława ze Lwowa, naszego dobrego znajomego od pierwszego zlotu UFSiT koło Żółkwi, co mnie bardzo ucieszyło. W ok. 20-osobowej grupie ruszyliśmy przez Stebnik i Uliczne do małej wioski Rozgircze. Dość dziurawa, ale asfaltowa droga wiła się malowniczo po wzgórzach, a w mijanych wioskach, już z daleka błyszczały kopuły pięknie odremontowanych cerkwi. Problem polegał na tym, że nasz cel był po drugiej stronie szerokiej rzeki Stryj. Po ok. 30 km stanęliśmy nad jej brzegiem, a według mapy najbliższy most był ok. 20 km dalej. Dzięki prowadzącemu Mirosławowi trafiliśmy na zakamuflowany mostek dla pieszych, po którym dostaliśmy się na drugą stronę rzeki.

Tutaj trafiliśmy na źródło słonawej w smaku wody mineralnej, wypływającej obficie z dziwnego głębinowego ujęcia. I szeroko daleko nie było żadnego sanatorium, więc jedynymi kuracjuszami były pasące się tutaj krowy. Niebawem dojechaliśmy do zbocza niewysokich gór i celu naszej wyprawy. Skalny monastyr to ogromny blok piaskowca usytuowanego w lesie na górskim zboczu. Blok był jednak wewnątrz pusty, bowiem przed wiekami wydrążono w nim na dwóch poziomach komory z przeznaczeniem na cele zakonne oraz modlitwę. Zachowało się sporo rytów skalnych z różnych epok oraz schody wyciosane w skale obecnie mocno już wyślizgane.

Miejsce ciekawe, jednak turystycznie niezagospodarowane, w odróżnieniu od położonego opodal Cesarskiego Uroczyska, które też odwiedziliśmy. Był to prywatny pensjonat w uroczych drewnianych domkach nad stawem, oferujących spędzenie urlopu w leśnej głuszy, ale w całkiem wygodnym otoczeniu.

Czas wracać. Z Mirosławem oraz dwójką Słowaków zdecydowaliśmy wracać na skróty, przez widoczne na horyzoncie góry, za którymi leżał Truskawiec. I jak łatwo było przewidzieć, im było wyżej, tym było trudniej. Najpierw skończył się dziurawy asfalt, następnie na wysokości wsi Oriw została za nami utwardzona droga i pozostała nam rozjeżdżona droga gruntowa offroad, która finalnie zmniejszyła się do wąskiej ścieżki. Przeciwwagą był jednak wspaniały widok na okolice, tym rozleglejszy, im byliśmy wyżej. W końcu zasapani podejściem dotarliśmy na przełęcz. Po przeciwnej stronie czekał nas wielokilometrowy stromy zjazd po niemniej dziurawej kamienistej drodze, która doprowadziła nas jednak do cywilizacji. Afi na wybojach zgubiła proporczyk, który hen w górach pozostał jako pamiątka naszego pobytu. Ok. 70 km trasa była dość ekstremalna, lecz jak zgodnie stwierdziliśmy, było super.

Po analizie propozycji na kolejny dzień zlotu uznaliśmy, że warto pojechać wzdłuż rzeki Stryj w tym miejscu meandrami przebijającej się przez łańcuch Beskidów Skolskich. W sporej grupie wyruszyliśmy do Borysławia, ale już w dużo mniejszym składzie na przełęcz górską i ostrym zjazdem do Schodnicy. Jak się okazało, na trasie Schodnica, Staryj Kropiwnik, Łastiwka, Jasienica, Kindratiw, Rybnik, Schodnica, Borysław, Truskawiec byliśmy już sami. Pod wieloma względami była to trasa naj… bo była:

  • Najdłuższa - bo przejechaliśmy prawie 90 km, i wróciliśmy późnym wieczorem, więc nasza obiadokolacja poszła się paść…
  • Najtrudniejsza - bo zaliczyliśmy kilka górskich przełęczy, w tym w obie strony 11 km podjazd z Borysławia do Schodnicy i nieco krótszy, lecz bardziej stromy w drodze powrotnej,
  • Najciekawsza - bo spotkaliśmy po drodze życzliwych i otwartych ludzi, z którymi przyjemnie się gawędziło,
  • Najładniejsza – bo połączenie gór, rzeki wijącej się między nimi wraz dziurawą drogą, było naprawdę fantastyczne i warte naszego trudu.

Następny dzień zaczął się sporym zaskoczeniem. Otóż siedzimy sobie przy porannej kawie omawiając trasę na dziś, aż tu nagle wchodzi Milczek we własnej osobie. Rozdziawiłem gębę i o mało kawa mi nie wypadła z ręki. Otóż po konsultacjach z pośrednikiem, gdzie załatwiał pobyt okazało się, że wsiadł do autobusu w Katowicach i wysiadł w Truskawcu. Niewielkim minusem było to, że nie mógł zabrać roweru a z oferty wypożyczenia na miejscu nic nie wyszło. Tak więc zapoznawał się bliżej z ofertą miejscowych przewoźników, a my wpakowaliśmy się do auta i z rowerami na dachu podwieźliśmy się do Schodnicy. Stąd już na rowerach pojechaliśmy do skalnej twierdzy Tustań w miejscowości Urycz. Wcale nas nie zdziwiło, że tuż za Schodnicą mającą przecież status uzdrowiska, całkiem przyzwoita droga o dobrej nawierzchni przekształciła się nagle w żwirówkę pełna wyrw i wybojów. Na szczęście w nocy trochę padało i przejeżdżające auta nie ciągnęły za sobą tumanów kurzu jak dotychczas. Telepiąc się na wertepach dojechaliśmy do naszego celu. Słynne uryckie skały z pozostałościami twierdzy są obecnie państwowym rezerwatem kulturowym i wejście było biletowane. Wewnątrz oczywiście nic po drewnianej twierdzy nie zostało, gdyż od XII w. już zjadł ją czas. Pozostały tylko skałki z ciekawym widokiem na okolicę oraz studnia wydrążona w litej skale.

Skalne grzędy były jednak dobrze przygotowane na turystyczną inwazję. Drewniane mostki, schodnie i poręcze zapewniały bezpieczny dostęp nawet starszym osobom. Tutaj przypadkiem spotkaliśmy też naszego Mirosława i dalej pojechaliśmy we trójkę. Ku naszemu zaskoczeniu, przy wyjeździe z wioski, droga na powrót stała się asfaltowa, a w bonusie cały czas jechaliśmy z górki. Po kilku kilometrach we wsi Pidgorodci z nietulonym żalem skręciliśmy na wiejską gruntówkę na brzegu rzeki Stryj, bowiem chcieliśmy dojechać do wsi, o swojsko brzmiącej nazwie, Sopot. Morza tu nie uświadczysz, ale widoki były równie malownicze.

W mijanej wsi Dowhe zobaczyliśmy ładną cerkiew, a Mirosław wypatrzył na przycerkiewnym cmentarzu zaniedbaną mogiłę Kornyły Ustyjanowicza zasłużonego dla ukraińskiej kultury i sztuki, niczym dla polskiej Matejko i Mickiewicz razem wzięci. Lecz po śmierci nie spoczął w Alei Zasłużonych, ale na wiejskim cmentarzu. Dziwne… nie mniej dziwne, wręcz abstrakcyjne było stoisko z pamiątkami usytuowane pośrodku lasu na bezdrożu, gdzie dojechaliśmy, aby zobaczyć największy w okolicy wodospad. Dowiedzieliśmy o nim z jedynej strzałki kierunkowej jaką spotkaliśmy parę kilometrów wcześniej. Wodospad był ciekawy, tak jak owo stoisko „fatamorgana”. Sklepik jednak naprawdę funkcjonował sprzedając np. wino na „stakany”, herbatki ziołowe, czy własnej produkcji marynaty. Jego właściciel na pewno miał wyłączność do obsługi klienteli, bowiem punktu gastronomicznego w tak dziwnym miejscu jeszcze nie widziałem.

Dalsza trasa prowadziła nas nadal brzegiem rzeki, tym razem w szpalerze dorodnych barszczy Sosnowskiego. W pewnym miejscu droga nagle zwężała się do szerokości ścieżki i przeciskała się stromym urwiskiem wysoko nad lustrem wody, u stóp pionowych skalnych grani. Rewelacja!

Do przyśpieszenia tempa jazdy zachęcały nas coraz ciemniejsze chmury zbierające się na horyzoncie. Nastąpił prawdziwy wyścig: kto pierwszy - my czy one? I ledwo dojechaliśmy do auta i wpakowaliśmy rowery na dach, gdy spadły pierwsze krople. Nie ujechałem daleko i nagle spadła na nas dosłownie ściana deszczu! Górskie serpentyny momentalnie zamieniły się w koryto sporej rzeki, a po drodze wraz z wodą „kulały się” całkiem spore kamienie w akompaniamencie błyskawic i grzmotów. Musieliśmy stanąć na poboczu, bo wycieraczki nie nadążały nawet na najwyższych obrotach. Burza szybko minęła, a pamiątką po niej pozostały teraz liczne jeziorka na całą szerokość drogi. Tego wieczoru byliśmy jeszcze na wieczorku pożegnalnym, gdzie wraz z Słowakami i Ukraińcami do północy bawiliśmy się wesoło, a orkiestra znała całkiem sporo polskich przebojów.

W ostatni dzień rajdu znów samotnie wyruszyliśmy na rowerową trasę z Drohobycza. Naszym celem była wieś Nahujowice, gdzie 160 lat temu urodził się Iwan Franko najsławniejszy ukraiński poeta, pisarz, dramaturg, historyk literatury a dodatkowo jeszcze działacz społeczny i polityczny. Obecnie w każdej szanującej się miejscowości Ukrainy jest jego pomnik lub przynajmniej ulica nazwana jego imieniem. We wsi można było zwiedzić odtworzone drewniane gospodarstwo Franków oraz nowoczesne muzeum jemu poświęcone. Opodal był też ciekawy park pamięci, gdzie zachowano m.in. pień drzewa, pod którym siadywał i pisał, niczym Kochanowski pod swoją lipą, można było się też spotkać z postaciami z jego bajek.

Powrót przez Popiel i Borysław drogą, która na mapie była oznaczona jako główna utwierdził nas w przekonaniu, że ze względu na stan nawierzchni była to bardzo bezpieczna trasa dla rowerów.

Niedziela to czas powrotu. Dołączył do nas Milczek, który tych kilka rajdowych dni poświęcił na autobusowo-kolejową eksplorację okolicy. Na granicy kolejka już zdążyła wrócić do normalności, bo przy niewielkim ruchu odprawa trwała 2,5 godziny i trzeba przyznać, że była to w większości „zasługa” polskich służb. Do Cieszyna finalnie dojechaliśmy około północy.

Na zlotowych drogach i bezdrożach w wymagającym terenie przejechaliśmy łącznie ok. 250 km i mimo że teren nie rozpieszczał naszych bicykli spisały się doskonale, bez najmniejszego problemu. W mojej ocenie organizacja zlotu była nacechowana sporą dawką improwizacji, a założony program był wyłącznie lekką sugestią do realizacji. Mając doświadczenia z poprzednich edycji zlotów nic nie było mnie w stanie zadziwić, czy też wyprowadzić z równowagi. Wprost przeciwnie, piękny region i swojskie klimaty jeszcze nie skażone współczesną komercją zostawiły w nas jak najlepsze wspomnienia, a miłą pamiątka pozostanie też koszulka ze zlotowym logo.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Nocna wycieczka zbójnika Ondraszka

03.08.2019

Jak w ubiegłym roku, prowadzący „Paparazzi” - P. Hamera wyznaczył start do tej niecodziennej wycieczki na cieszyńskim rynku o godz. 20:00. Nawet trasa była ta sama: pętla przez Dzięgielów, Bażanowice, Ogrodzona, Kostkowice, Hażlach, razem ok.30 km. Ale warto było jechać, powiem więcej - była to jedna z ciekawszych propozycji w kalendarzu wypraw Ondraszka, choć był to tylko przejazd i nie mieliśmy zamiaru niczego zwiedzać. Dlaczego? - Otóż na rowerze jeździ się zazwyczaj przez dzień, a akcesoria do oświetlenia używa się raczej sporadycznie, kiedy wymusza to sytuacja. Tymczasem świat widziany i ograniczony wyłącznie do zasięgu lampki rowerowej wygląda zupełnie inaczej. Miejsca, które dobrze znamy, choćbyśmy w nich codziennie bywali w ciemnościach wyglądają obco, bo nabierają innego wymiaru: tajemniczości, zagadki a nawet grozy. Jazda wymaga też większej ostrożności i uwagi, bo w świetle reflektorka pojawiają się zakręty i przeszkody, których na drodze dotychczas nie dostrzegaliśmy.

Jest też i inny, pozytywny aspekt nocnej jazdy. Otóż nie widać wysokości wzniesień na które wjeżdżamy, i dzięki temu jest dużo łatwiej je pokonać, bowiem to, że jedziemy pod górkę czujemy wyłącznie jako opór na pedałach.

Czternastu uczestników tej wyprawy w tym pięciu Ondraszków i jedna amazonka - Dorotka przekonali się, że właśnie tak było. Ubrani w odblaskowe kamizelki, z przeróżnymi świecącymi gadżetami na rowerach wyglądaliśmy jak rząd świetlików sunących jeden za drugim, co w świetle z rzadka spotykanych samochodów było tak niespodziewane, że niektóre się nawet zatrzymywały. Równie niezwykle wyglądało to dla imprezowiczów ogródkowych, bo kilka biesiad po drodze spotkaliśmy.

Miłą niespodziankę sprawił wszystkim „Ziołowy” - A. Nowak z małżonką, bowiem przygotowali w swoim domu punkt żywieniowy, z którego chętnie skorzystaliśmy. Niezwykłe było takie wieczorne spotkanie w ciemnościach, kiedy na pożegnanie życzyliśmy dobie dobranoc… Ciekawe doświadczenie, godne polecenia każdemu rowerzyście.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria